sobota, 11 listopada 2023

1 - Spróbuję (cz.1)

 

Rozdział 1

Spróbuję (cz.1)

Ryan

 

 

Siedem lat później, połowa sierpnia, SLC

- Spójrz na tamtego typka - Ryan wskazał palcem na pewnego mężczyznę na jednym z ekranów monitoringu strefy przylotów lotniska, w małym pokoju ochrony, gdzie stał obok swojego najlepszego kumpla i dwóch innych facetów, z którymi szukali potencjalnego podejrzanego.

Wskazał ekran, bo monitorów, przed którymi stali było dziesięć, a oni co prawda nazywali je numerami kamer, ale tego faceta było widać na trzech z nich.

Nie musiał dodawać niczego więcej, bo zachowanie dużego blondyna, na którego wskazywał, było niby luzackie, ale dla nich pełne fałszu.

Nie byli jakimiś pierwszymi lepszymi amatorami w swoim fachu i zawsze zwracali uwagę na podejrzanie się zachowujących klientów ich lotniska, ale tym razem chodziło o coś innego.

Miesiąc wcześniej FBI zorganizowało ze wszystkimi kierownikami zmian i głównymi szefami, zebranie, na którym Ryan obowiązkowo był, a na którym poinformowano ich, że prowadzone jest dochodzenie w sprawie porywania i handlu kobietami, jakie utknęło na ich terenie, a dokładniej miałoby być powiązane z przylotami do SLC samotnych dziewcząt i młodych kobiet z innych stanów.

To się działo na ich terenie, na ich lotnisku i w ostatnich dniach doprecyzowano, że najprawdopodobniej chodziło o przyloty kobiet ze wschodniego wybrzeża.

Co oznaczało, że zostali w to włączeni i przejęli tę część operacji.

Niezależnie od nacisków ze strony FBI i głównego szefa, przejęli się tym śledztwem i zamierzali zrobić dosłownie wszystko, co tylko było w ich mocy, by złapać porywaczy.

Działo się tak głównie dlatego, że byli idealistami, opiekuńczo nastawionymi do ludzi przewijających się przez ich lotnisko.

Czuli się za nich odpowiedzialni.

 Ryan miał skończone dwadzieścia siedem lat i od sześciu lat pracował w ochronie lotniska SLC, a od ponad pół roku był szefem ich zmiany.

Taka kariera w tak młodym wieku powinna być powodem do dumy, ale Ryan jej nie czuł.

Nie chwalił się tym wszystkim dookoła, bo nie był z tego dumny, ale był przekonany głęboko w swojej świadomości, że dostał tę pracę przez znajomości, a nie zdawał sobie sprawy z tego, że jego przełożeni naprawdę go cenili i chwalili.

Nie robili tego prosto w twarz Ryana, a między sobą i za jego plecami, więc jego samoocena nie została przez to podbudowana.

Ryanowi natomiast dokładniej chodziło o to, że jego tata, Roch Maintaining, był szefem obsługi wieży kontrolnej lotniska, gdzie pracował od trzydziestu lat, więc znał wszystkich na IA SLC.

Dlatego też dla Ryana lotnisko IA SLC było jak drugi dom, bo spędzał tu prawie tyle samo czasu, co w swoim domu rodzinnym.

Nie, nie chodziło o gównianą atmosferę w jego domu rodzinnym, bo tam było wspaniale i jego rodzice byli super.

Ich rodzina kochała się i wspierała.

Po prostu temperament i ciekawość świata przyganiały Ryana do budynków lotniska już od lat, a po raz pierwszy przybył tu jako sześciolatek, którego tata przyprowadzał co jakiś czas na godzinę lub dwie, żeby gówniarz zobaczył, gdzie pracuje jego staruszek, jak to powiedział swoim współpracownikom.

Potem, bez wątpienia, Roch żałował tego kroku przez kolejne lata, kiedy słuchał skarg na swojego młodszego syna.

Ryan bowiem już jako siedmiolatek, kiedy mógł pokonać samodzielnie odległość dzielącą go od domu do lotniska, zakradał się w każdy jego kąt, nawet do stref niedozwolonych i nigdy nie dał się złapać, ale przez jakieś dwa, trzy lata bywał widziany przez obsługę.

Później też to robił, ale nikt go nigdy więcej nie zobaczył.

Ryan obserwował z ukrycia ludzi, próbując odgadnąć ich relacje, intencje i miejsce zamieszkania, a potem też cel podróży i inne gówno.

A chociaż to ludzie interesowali go najbardziej, nie ukrywał, że technologia informatyczna, elektronika, była równie ciekawa, zwłaszcza jeśli miała pomóc mu w śledzeniu podróżnych, obsługi lotniska lub bagażu.

Ryan zainteresował się możliwościami inwigilacji ludzi już od pierwszych lat poznawania tych możliwości w szkole podstawowej.

Dlatego wśród wszystkich przedmiotów najszybciej i najbardziej zainteresował się informatyką i matematyką, a później też fizyką i zajęciami technicznymi, bo mógł to wykorzystać na lotnisku.

Kiedy miał jakieś jedenaście lat, Ryan pomógł ukryć się jednemu o cztery lata młodszemu smarkowi, który zrobił małego psikusa sprzątaczom w hali przylotów, po czym chłopcy uciekli razem, chichocząc jak dwa głupki i tak zrodziła się przyjaźń Ryana z Jeremy’m, która przetrwała aż do dziś i była na dobre i na złe.

Byli całkowicie różni, a jednocześnie bardzo do siebie podobni.

Po latach znali się jak łyse konie, porozumiewali się jakby byli telepatami, byli bratnimi duszami, nadawali na tych samych falach, chociaż obserwatorzy twierdzili, że Ryan był przywódcą w tym zbrodniczym teamie.

Nie, nie popełniali prawdziwych przestępstw.

Po prostu bawili się na lotnisku w miejscach, w których stanowczo nie powinni być, czasem nie mogli być, później, jako starsi nastolatkowie, razem wyrywali laski, chodzili na popijawy o wiele wcześniej niż było to prawnie dozwolone, robili wspólnie różne psikusy wzajemnie w swoich szkołach i poza nimi.

Lubili łamanie reguł i ryzyko.

Chodzili do różnych szkół, a Ryan czuł się odpowiedzialny za Jeremy’ego, bo był od niego o kilka lat starszy, ale nigdy nie dał młodemu tego odczuć.

Faktem było też to, że Jeremy z pewnych względów rodzinnych poszedł do szkoły o dwa lata później, niż zwykle chodziły dzieciaki w Stanach, ale to nie było ważne.

Chodziło o to, że Ryan rozpoznał i docenił spostrzegawczość i refleks chłopaka, poczucie humoru i siłę przetrwania, którą dzieciak wykazywał, kiedy życie rzucało mu kolejne kłody pod nogi.

A parę lat potem rodzina Jeremy’ego wyprowadziła się na farmę na pograniczu z Wyoming, a on chciał zostać w SLC, co wywołało lawinę rozmów i ustaleń, z których wynikło dla chłopaków coś niesamowitego.

Zamieszkali w jednym domu, bo rodzice Ryana wynajęli Jeremy’emu pokój nad ich garażem, gdzie urządzili apartament, a właściwie oddzielne mieszkanie, dla obu chłopaków.

Dziewiętnastoletni wówczas Ryan też miał tam sypialnię, obaj mieli niewielki salon, otwartą kuchnię i jedną łazienkę, więc byli prawie niezależni i tylko wejście łączyło ich z domem rodziców Ryana.

Ryan już wtedy zarabiał na siebie wystarczająco dużo, żeby czuć się niezależnym, ale brak opłat za wynajem nie był do bani.

Dla Jeremy’ego tym bardziej.

Najlepszym kumplem z pracy Ryana był natomiast Tristan, na którego wszyscy wołali Riss, a razem z którym Ryan zaczynał pracę w ochronie te sześć lat temu od najniższego szczebla.

Ryan doceniał zmysł obserwacji, znajomość ludzi i ciętą inteligencję nowego kumpla, a Riss doceniał jego wiedzę, doświadczenie w poruszaniu się po IA SLC i refleks.

Dopełniali się i wspierali.

- Tamten też jest niewyraźny - powiedział właśnie Riss, wskazując Ryanowi na inny ekran - Rzuca ślipiami dookoła, jakby bał się, że ochrona jest za blisko.

Riss miał rację i Ryan to widział, więc obserwowali obu facetów na dwóch monitorach, a Ryan przez krótkofalówkę, wydawał dyspozycje swoim współpracownikom, którzy byli w hali przylotów terminala międzystanowego.

Przyleciały samoloty z Nowego Jorku i z Seattle, więc tłum pasażerów zalał halę, ale zarówno Ryan, jak i Riss mieli doświadczenie w śledzeniu typków, których nie chcieli zgubić.

Awans Ryana związany był między innymi z tym, że to on zauważył i miał odwagę, lub może czelność, wskazać głównemu braki w monitoringu na lotnisku.

Początkowo tylko o tym napomknął.

Dostał później zlecenie wskazania, gdzie i pod jakimi kątami powinny być zainstalowane nowe, dodatkowe kamery, opisania tego i rozrysowania na planie hali, co zrobił szczegółowo, bo zawsze robił wszystko szczegółowo.

Lubił precyzję.

Główny to przyjął, nie skomentował, ale po tygodniu okazało się, że przekazał to do realizacji, więc teraz mieli lepszy obraz tego, co działo się we wszystkich halach.

Ryan i Riss razem z resztą ich grupy skupili się na zadaniu.

Za godzinę miał przylecieć samolot z Filadelfii, a potem kolejny z Oklahomy, więc musieli się sprężać, ale to dawało też mniej czasu na ewentualne przejęcie ofiary tamtym, jeśli to byli ci, których szukali.

*****

Tydzień później…

- Kurwa - Ryan mruknął z frustracją do siebie i wiedział, że stojący niedaleko niego Riss ją podzielał - Jak dzisiaj to znowu się rozwieje, to coś rozjebię.

Facet im wciąż umykał.

Przychodził na prawie każdy poranny przylot samolotu z Nowego Jorku, Waszyngtonu i Filadelfii, więc mieli coraz większą pewność, że to był on.

Nie mieli żadnego pieprzonego dowodu.

Zero. Nul. Niente.

To było logiczne, że przychodził właśnie wtedy, bo pasażerowie z tych lotów byli zaspani, zmęczeni i bardzo często rozproszeni.

Byli idealnym celem dla złodziei i, prawdę mówiąc, Ryan z chłopakami przy tej okazji złapali kilku takich w czasie swoich obserwacji.

Ale to były płotki.

- Patrz, stary - Ryana szturchnął Riss, kiedy facet, który stał obok nich pokazał im coś na innym monitorze.

Tym razem obserwowany przez nich facet zainteresował się młodą dziewczyną, która właśnie przyleciała sama z Nowego Jorku i wyglądało na to, że wystawił mu ją jeden z jej współpasażerów, bo podszedł do niej bez wahania, na pewniaka, jakby wiedział, że była tam sama i zgodziłaby się na jego towarzystwo.

Wskazywało to na jedno: na to, że mieli do czynienia z całą szajką, która kursowała między stanami.

Niestety, nadal nie wyczaili kto w niej był.

Nie zauważyli, żeby facet kontaktował się z kimkolwiek innym.

Nie mieli punktu zaczepienia, by pchnąć śledztwo.

A sytuacja z tego dnia dalej potoczyła się tak, że nie mogli interweniować.

Przeczucie mówiło im, że się nie pomylili, ale to było tylko przeczucie.

Mogli tylko patrzeć, jak obserwowany podszedł do dziewczyny, zagadał, ta uśmiechnęła się i odpowiedziała mu, a potem po prostu dała mu swoją podręczną walizkę i poszli razem zgodnie do wyjścia z hali przylotów w stronę parkingu, rozmawiając swobodnie i śmiejąc się do siebie.

Kurwa, ślepy zaułek.

Jednak facet czekał na znajomą.

Musieli szukać dalej.

*****

Wieczorem tego samego dnia…

- To ty, kochanie? - piskliwy głos Candy wdarł się do mózgu Ryana, kiedy tylko przekroczył próg swojego mieszkania.

A kto inny, kurwa, mógłby to być?

Wszedł przecież do własnego mieszkania, otwierając drzwi swoim kluczem i rozbroił alarm swoim kodem.

Jeremy wyprowadził się stąd półtora roku temu, mówiąc wszystkim, że chciał się usamodzielnić, ale ani trochę nie zamydlił tym oczu Ryanowi, a być może również nie jego rodzicom.

Przyjacielowi chodziło o dwie rzeczy i Ryan to wiedział, rozumiał to, chociaż mógł się z tym nie zgadzać.

Pierwszą rzeczą było to, że Ryan często przyprowadzał do mieszkania panienki i, nawet jak starał się je ograniczyć do swojego pokoju, to nie zawsze dawały się utrzymać w ryzach.

Ryan nie preferował seksu na jedną noc.

Przyjaciele mawiali, że był seryjnym monogamistą.

Bawił się w związki, ale, niestety, był w tym gówniany.

Prawdą było to, że nie mieszkał nigdy z żadną z dziewczyn, z którymi sypiał, bo każda miała swoje mieszkanie, ale często zostawały na noc.

Nie sprzyjało to bliższemu poznawaniu się, ale Ryan nie uznawał zdrady w żadnym wydaniu, nawet takiej psychicznej lub emocjonalnej.

To nie działało.

Każdy jego związek rozpadał się po kilku tygodniach, a jego rekordem były trzy miesiące, jakie wytrzymał z pewną Patrycją.

Dopóki go nie zdradziła.

Drugą rzeczą było odczucie Jeremy’ego, z punktu widzenia Ryana całkowicie błędne, że wykorzystywał rodziców Ryana.

Wyprowadzka Jeremy’ego była Ryanowi teraz bardzo nie na rękę, jak się przekonał nie po raz pierwszy, bo Candy nadmiernie rozgościła się w jego mieszkaniu i bywała tu nawet pod jego nieobecność.

Pluł sobie w brodę, że dał jej klucz i cholerny kod do alarmu.

Był tak mało asertywny, że, jak spała w jego łóżku kilka dni temu, kiedy wychodził do pracy, nie miał serca, by ją obudzić.

- …no, mówię ci, Ryan - zawodziła Candy piskliwym głosem - Okropny dzień! Wychodziłam od manikiurzystki, kiedy jakaś baba z dwójką dzieciaków pchnęła drzwi i uszkodziłam sobie świeżo zrobiony tips - jęknęła, wpychając swój palec wskazujący przed jego oczy, aż musiał cofnąć głowę i zamrugał z zaskoczenia - I jeszcze nawrzeszczała na mnie jak jakaś histeryczka, że prawie staranowałam jej dziecko, bo gapiłam się w telefon. Ja! Telefon! - wypluła z pogardą - Nawet idiotka nie rozróżnia Smartfona od iPhone’a!

Candy była drobną blondyneczką, wyglądającą na słodką i uroczą, ale po bliższym poznaniu okazywała się gorzko kwaśnym, zepsutym od środka cukiereczkiem, zwykłą idiotką, rozpieszczoną do granic nieprzyzwoitości córeczką swojego tatusia i nie skalała się najdrobniejszą pracą w żadnej formie, nawet tej udawanej, by dorobić sobie punktów do aplikowania na studia.

Nie potrzebowała tego, studiowania, bo jej tatuś zapłacił za jakiś gówniany kurs, na który nawet nie uczęszczała zbyt systematycznie, a który kończyła tylko po to, by przejąć w przyszłości dywidendy z udziałów w ich rodzinnej firmie.

Teraz udowadniała, że była egocentryczką, egoistką i snobką.

Kurwa, jakim cudem on mógł to przegapić, zanim zaprosił ją do swojego łóżka? - tego Ryan nie wiedział.

Ale zrobił to.

Ryan poczuł ogarniające go zmęczenie całym dniem pracy, ogromną frustrację spowodowaną nierozwiązaną sprawą i zwykły, prozaiczny głód.

A była to wybuchowa mieszanka, która powoli wyprowadzała go z równowagi, chociaż jego tata wpoił w niego zasadę szacunku wobec kobiet, więc nigdy Ryan nie podniósłby na żadną głosu, a co dopiero ręki.

Wszedł do kuchni i zacisnął zęby, kiedy przystanął w jej progu na widok bałaganu, jaki tam panował.

Poprzedniego wieczoru przed snem Ryan posprzątał całą kuchnię po swojej kolacji, na którą przywiózł sobie chińszczyznę kupioną po drodze z pracy, bo nie miał nikogo, kto zadbałby o jego żołądek i dopiero później przyszła Candy, by zająć go rozpraszaniem jego frustracji w jedyny znany jej sposób.

I właśnie teraz Ryan doszedł do wniosku, że w tym też była beznadziejna.

Seks z nią był po prostu nudny.

Więc uznał właśnie w tej chwili, że nadeszła pora, by to zakończyć.

- Candy - zwrócił się do wciąż jazgoczącej dziewczyny z pozornym spokojem - Możesz mi podać swoje klucze?

Dziewczyna podreptała dziecięcym krokiem z podskokami do komody w salonie, gdzie porzuciła swoją torebkę, pogrzebała w niej przez chwilę, a potem wróciła do niego z bezmyślnym uśmiechem na ustach.

Wyciągnęła do niego rękę z pękiem kluczy.

- Dasz mi pilota do garażu? - zapytała, trzepiąc przy tym rzęsami niby-zalotnie i wydymając wargi niczym nastolatka dziubek do selfie.

Ryan nie przyjrzał jej się, ale to jedno wiedział.

DDlg go nie kręciło.

Wolał mieć w łóżku dorosłą kobietę, a nie dziewczynkę, chociaż może był trochę dominujący i mógłby się zaopiekować jakąś uległą.

Ryan odpiął klucz do swojego mieszkania i oddał jej pozostałe dwa, nadal przypięte do różowego, puchatego breloczka.

- A-a-ale, jak to? - zapiszczała Candy, patrząc na jego rękę chowającą klucz do kieszeni jego spodni - Kochanie, przecież…

- Zabierz swoje rzeczy i wyjdź - powiedział Ryan spokojnym, zdecydowanym głosem, patrząc prosto w jej oczy - To koniec.

Przy okazji objął wzrokiem jej całą postać.

Jezu, Jak mógł tego nie widzieć? Przecież większość w niej było sztuczne, sam plastik! - pomyślał i, kiedy to do niego dotarło, z trudem powstrzymał wzdrygnięcie się z obrzydzenia.

- Nie! - wrzasnęła histerycznie - Wyrzucasz mnie? Przecież my się kochamy! Nie możesz mnie tak zostawić!

Ryan próbował być w porządku, naprawdę próbował, bo wierzył, że przemówi jej do rozsądku i obejdzie się bez awantury.

- Candy - mówił spokojnym, normalnym głosem, w którym brzmiała nuta perswazji i rozsądku - Nie pasujemy do siebie. Chcemy czegoś innego. Nigdy nie obiecywałem ci niczego i teraz już widzę wyraźnie, że to się nie uda.

- Nieprawda! - krzyknęła z jękiem - Jest nam dobrze. Kocham cię.

- Ty nie wiesz, jak kochać kogoś poza sobą samą - Ryan zbierał swoją cierpliwość, ale czuł, że się wyczerpywała - Proszę cię, spakuj się i wyjdź.

Na to Candy pokazała swoje prawdziwe oblicze.

- Pierdol się, Ryan - syknęła, poszła wściekłymi krokami do komody, skąd złapała swoją torebkę i ruszyła w stronę wyjścia, by odwrócić się na chwilę i warknąć - Jesteś skurwysynem!

Ryan stał nieruchomo, słuchał trzaśnięcia drzwiami, a potem opuścił głowę i pokręcił nią, wzdychając do podłogi.

Zacisnął usta, podszedł do drzwi i przekręcił w nich klucz, a po sekundowym namyśle założył łańcuch.

Następny dzień miał wolny i wiedział, że będzie musiał poświęcić godzinę lub dwie na zmianę zamków i kodu do alarmu, bo już to przeżywał z Phoebie.

To było rok temu i byli razem ponad dwa miesiące, zanim stwierdził, że to nie było to.

Nic do niej nie czuł.

Dziewczyna prawie zdążyła wprowadzić się, miała u niego mnóstwo swoich rzeczy i nie dała za wygraną do tego stopnia, że dwa dni później znalazł ją nagą w swojej sypialni, kiedy wrócił z pracy.

Następną rzeczą, jaką miał zamiar zrobić, bo wiedział, że na wszelki wypadek musiał zrobić, było powiadomienie rodziców o zerwaniu, bo inna ex, Pamela, weszła do jego mieszkania po zbajerowaniu ich o zagubionych kluczach i zostawieniu bardzo ważnych dokumentów.

*****

CDN.

 

2 komentarze: