czwartek, 21 grudnia 2023

9 - Ideał (Kate)

 Przez pewne zawirowania w moim życiu straciłam na kilka dni dostęp do Internetu.

Przepraszam, że trwało to tak długo.

Dodaję dzisiaj zaległą, drugą część rozdziału 9, a w najbliższy weekend, niezależnie od Świąt pomału będę dodawać rozdział 10.

Pozdrawiam

M.


Rozdział 9

Ideał (Kate)

*****

Marzec

To był jeden z najgorszych dni w roku, bo co roku był taki.

Moje urodziny.

Kiedy kilka tygodni temu Ryan odwoził mnie do domu po naszej wygranej w zawodach międzystanowych, zatrzymaliśmy się na lunch na pizzy w przydrożnej pizzerii razem z całą drużyną i poczułam się po raz pierwszy od… chyba od zawsze normalną nastolatką.

Nigdy tego nie miałam.

Normalności.

Teraz, tu, miałam koleżanki z drużyny, z którymi rozmawiałam o wygranej, wznosiłam toasty za następne zawody, śmiałam się i żartowałam, a wszystko to robiłam u boku mojego chłopaka.

Tak się czułam i tak to wyglądało z boku, dla kogoś postronnego.

Ale Ryan nie był moim chłopakiem i nie mogłam go mieć.

Przypomniałam sobie o tym, szczęśliwie, tuż przed naszym przyjazdem do domu, kiedy Ryan skręcał swoim Fordem na podjazd przed garażem, więc miałam czas, by się ogarnąć.

Wysiadłam z samochodu, jak tylko Ryan wjechał nim do garażu, nie spieszyłam się, więc razem poszliśmy do drzwi, prowadzących na schody, bo tak było grzeczniej.

Jednak pożegnałam się z nim natychmiast po wejściu do jego mieszkania, po czym poszłam do swojej sypialni, by przebrać się, naszykować do wejścia pod prysznic, po przepłukaniu i rozwieszeniu do wyschnięcia stroju kąpielowego i w ogóle naszykować się do całkowitego powrotu do codzienności.

Starałam się zapomnieć o naszym pocałunku, bo, chociaż był cudowny i śniłam o nim przez wiele kolejnych nocy, był niewłaściwy i mógł zepsuć to, co było między nami.

Najgorsze było to, że chciałam więcej.

Jezus Maria, jak ja tego chciałam.

Ale każdego dnia rano wstawałam i powtarzałam sobie znowu, znowu i znowu, że tak było lepiej i że dzięki temu mogliśmy być przyjaciółmi, a ja mogłam bez konsekwencji przytulać się do Ryana wieczorem przed telewizorem, jak to robiłam do tej pory.

Miałam wyjaśnienie mojego postępowania tamtego dnia.

To była zwykła reakcja mojego organizmu, czysta chemia, wina hormonów.

To przez nie przestałam myśleć.

Przed startem napędzała mnie adrenalina, której podwyższony poziom utrzymywał się jeszcze potem jeszcze przez wiele godzin.

A po ogłoszeniu wyników i naszej wygranej do mojej krwi wyrzucone zostały takie ilości endorfin i oksytocyny, że poczułam euforię.

Tak, to było to.

To przez te hormony, a może jeszcze później przez podniesienie się poziomu serotoniny i dopaminy, pocałowałam Ryana tak, jak go tam pocałowałam, a potem zachowywałam się jak szczęśliwa, zakochana nastolatka.

Nigdy się tak nie zachowywałam.

To było głupie.

Przez następny tydzień, kiedy już opadły hormony szczęścia, przez które byłam jakby na haju, zastanawiałam się, jak rozwiązać tę sprawę i wyjaśnić Ryanowi moje uczucia, ale stchórzyłam.

Nie byłam aż tak odważna.

Nie wyjaśniłam mu niczego.

A Ryan nie odpuszczał.

Dotykał mnie niby niechcący, niby niewinnie, ale stale, przy każdej okazji.

A ja czułam każde, nawet najlżejsze muśnięcie.

Pierwsze, zaraz następnego dnia rano, były jak przeskok iskry elektrycznej.

Ryan stawał obok mnie w kuchni tak blisko, by stykały się nasze biodra.

Potem to powtarzał.

Stawał za moimi plecami, kiedy sięgał po kubek lub talerz z wiszącej szafki, kiedy ja stałam przy kuchence lub blacie i przygotowywałam jedzenie, więc czułam gorąco jego brzucha i klatki piersiowej.

Robił to raz za razem.

Przyciągał mnie do siebie na kanapie, kiedy oglądaliśmy film, więc czułam się przytulona, bezpieczna i zaopiekowana.

Gładził moje ramię lub łopatkę, kiedy się witaliśmy lub żegnaliśmy, więc czułam się chciana.

Robił to codziennie.

A najgorsze było to, że, kiedy Ryan był w pracy, brakowało mi jego obecności i tego dotyku, który zaczął znaczyć za dużo.

Tęskniłam za nim.

Za dotykiem i za Ryanem.

Ten dzień nie był lepszy pod tym względem, bo Ryan wyszedł do pracy, zanim ja wstałam z łóżka, więc sama przygotowałam sobie śniadanie i sama wyszłam z mieszkania, by dojechać na zajęcia.

Tego dnia nie wstałam, by pobiegać, jak zwykle to robiłam, więc nie spotkałam go podczas naszych porannych aktywności.

Nie miałam też jego kojącej obecności podczas śniadania.

Na niebie była szaro czarna masa chmur, zapowiadających następne opady śniegu, a ja nie wyspałam się, bo data w kalendarzu szydziła ze mnie już od kilku dni i mój nastrój pogarszał się z godziny na godzinę.

Zresztą nie mogłabym o tym porozmawiać z Ryanem, bo musiałabym mu się przyznać do tego, co ukrywałam.

Do czego się mu nie przyznałam.

A na dodatek ćwiczenia z biochemii przejęła czasowo inna prowadząca, która stwierdziła, że powinna nas lepiej poznać poprzez niezapowiedziana wejściówkę, na którą się na nauczyłam i poczułam się zagrożona również pod tym względem.

Nigdy nie miałam problemów z biochemią.

Jednak sam fakt, że ten sprawdzian wiedzy nie był zapowiedziany, spowodował moją frustrację, a może pogłębił tą, która tak uparcie trzymała się mnie od samego poranka.

Nie mogłam o tym porozmawiać z Bianką.

Nadal za mało jej o sobie mówiłam.

Kiedy skończyły się wszystkie nasze zajęcia na uczelni, poszłyśmy z Ianką do pobliskiej biblioteki uniwersyteckiej, by wyszukać jakieś pozycje do prezentacji, którą zobowiązałyśmy się przygotować na najbliższą etykę zawodu, a tam natrafiłyśmy na mur oporowy w postaci nowej, gburowatej bibliotekarki, która nie pozwoliła nam swobodnie poszperać między regałami.

Moja frustracja tego dnia chyba nie mogła być większa - pomyślałam.

Myliłam się.

Odpuściłyśmy na ten dzień szperanie w bibliotece, szukanie materiałów, niegościnne mury i Ianka, zauważywszy mój zły nastrój, postanowiła wrócić do domu i poprosiła mnie o zrobienie tego samego.

Rozstałyśmy się na schodach biblioteki, bo ktoś miał po nią przyjechać, a ja szłam do swojego SUV’a.

- Kate, może zrób tak, jak ja zawsze robię. Zrób sobie gorącą czekoladę - powiedziała mi Ianka na pożegnanie tym swoim łagodnym, delikatnym głosikiem małej dziewczynki - Wtul się w kocyk z kubkiem w dłoniach i odpocznij.

Uśmiechnęłam się do niej z roztargnieniem, ale nie skomentowałam tych słów, które nie były dobrą radą dla mnie.

- Dobrze, Słonko - powiedziałam tylko i pożegnałam się z nią machnięciem ręką z daleka, bo nie całowałyśmy się ani nie przytulałyśmy.

Była dla mnie najbliższa ze wszystkich koleżanek, ale nie potrafiłam się przed nią do końca otworzyć i zaprzyjaźnić się z nią.

Nie wiedziała o mnie wielu rzeczy.

Nie znała mnie.

Nie przyznałam się jej, że tego dnia miałam urodziny, bo nikomu się do tego nie przyznałam, jak nigdy się nie przyznawałam, bo moja mama nie urządzała mi imprez urodzinowych, żeby nie musieć przyznawać się, ile lat miała jej córka.

A ja nie chciałam być bardziej godna pożałowania, niż już byłam.

Nie chciałam współczucia, a tym bardziej szyderstwa.

Po rozstaniu z Ianką wsiadłam do samochodu i wyruszyłam do domu, czując, że mój zły nastrój jednak się pogłębiał, bo spodziewałam się wejść do pustego domu i spędzić godzinę lub dwie samotnie, zanim Ryan wróciłby z pracy.

Nawet jeśli by wrócił, to ja i tak nie powiedziałam mu, że tego dnia kończyłam dwadzieścia lat, więc to niczego by nie zmieniło, czy byłby w domu przede mną, czy też po mnie.

Kiedy skręciłam na podjazd domu Ingrid i Rocha, zobaczyłam brak samochodów któregokolwiek z nich, ale to też o niczym nie świadczyło, bo mogli swoje samochody wstawić do garażu.

Często tak robili.

Poczułam się osamotniona niezależnie od tego wszystkiego i niezależnie od moich wcześniejszych przeżyć.

Wręcz niewytłumaczalnie, bo powinnam była być do tego przyzwyczajona.

Moja tęsknota, chęć albo może ogromna potrzeba przytulenia się do Ryana, zacisnęła mi supeł w brzuchu.

Przełknęłam gulę, którą to spowodowało w moim gardle.

Zaparkowałam, wysiadłam, zabrałam swoje torby i zamknęłam samochód, wciąż czując narastające przygnębienie, co było o tyle niezwykłe, że byłam przecież do tego przyzwyczajona przez lata życia tym życiem ze swoją rodziną.

Weszłam po schodach, stawiając kroki ciężko i niechętnie, a na górze wyjęłam klucz i otworzyłam drzwi, wzdychając niechętnie na myśl o konieczności przygotowania czegoś na kolację.

Kiedy zdjęłam buty, odstawiłam je na ich miejsce przy ścianie, zdjęłam z siebie kurtkę i powiesiłam ją na wieszaku, złapałam moje torby i, będąc w samych skarpetkach, skierowałam się do kuchni.

Szłam zamyślona, a może ciężko człapałam, bo wciąż przygnębienie mnie nie opuszczało, więc nie zwróciłam żadnej uwagi na to, że przy drzwiach wejściowych stały buty Ryana, wisiała tam jego kurtka i oczywiste było to, że był on w domu i zaraz go napotkam.

Dotarło to do mnie dopiero niecałe pół minuty później i nie przygotowałam się na to, więc na mojej twarzy bez wątpienia było widać mój zły nastrój, całe moje przygnębienie.

Wiedziałam o tym, kiedy usłyszałam szelest i podniosłam głowę, odwracając się w stronę wejścia z korytarzyka, łączącego nasze sypialnie i łazienkę z otwartą częścią dzienną.

Zaalarmowanie na twarzy Ryana wyraźnie powiedziało mi, że zobaczył wszystko to, co chciałam przed nim ukryć.

Przywlekłam na twarz moją najlepszą maskę lekkiego zmęczenia i pogody ducha, ale ten wspaniały mężczyzna chyba nie dał się na nią nabrać.

Było to widać po wyrazie jego twarzy.

Na szczęście odpuścił.

- Hej, Ryan - powiedziałam lekkim tonem - Myślałeś o kolacji?

- Hej - mruknął Ryan w odpowiedzi - Nie. Może coś dzisiaj zamówimy?

Westchnęłam w duchu z prawdziwą ulgą, do której nie chciałam się przyznawać, bo wiedziałam, że była skutkiem mojego depresyjnego nastroju.

- Okej - powiedziałam w końcu i wymusiłam na swoich ustach szerszy uśmiech - Co proponujesz?

Zajęliśmy się wyborem knajpki i dań do zamówienia, a kiedy już go dokonaliśmy, przeszłam do swojego pokoju, by się odświeżyć, przebrać w luźniejsze spodnie i koszulkę, a potem wróciłam do kuchni akurat na czas, żeby uczestniczyć w odbieraniu naszego za mówienia.

Zjedliśmy pizzę, którą dzieliliśmy, bo lubiliśmy taką samą, z dużą ilością kilku gatunków sera i z ekstra dodatkiem salami, sprzątnęliśmy po sobie, a później spędziliśmy kilka wspólnych godzin, jak zwykle je spędzaliśmy, skoro był piątek i nie planowałam nauki na kolejny dzień w szkole.

Ot po prostu zwykły, codzienny czas we własnym towarzystwie.

Dobry czas, ale tym razem czułam się odizolowana od Ryana przez ciążącą mi świadomość wagi tego dnia dla mnie.

I mojej tajemnicy.

Wręcz żałowałam, że był to wyjątkowy piątek, w którym nie pracowałam w klinice, bo pomyślałam, że mogłabym wtedy wyjść z domu, nie myśleć i zająć się pracą albo wręcz znaleźć jakiś powód do radości w moich braciach mniejszych.

 Kiedy pożegnaliśmy się z Ryanem przed udaniem się do naszych sypialni z życzeniami dobrej nocy, weszłam do mojego pokoju, zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i przestałam udawać, że nic się nie działo, a wtedy to mnie dopadło.

Ostatnie pół godziny, zanim przebrałam się w piżamę i pogasiłam górne światło, miotałam się bezmyślnie po pomieszczeniach, wykonując codzienną rutynę i… unikając Ryana.

Ale to wtedy, kiedy zostałam sama, poczułam, jak bardzo byłam samotna.

Nie wiedziałam, dlaczego to mnie dopadło, ale tak się stało.

Więc położyłam się do łóżka, przykryłam kołdrą, z wahaniem wyciągnęłam rękę, ale w końcu zgasiłam światło i ułożyłam się do snu.

Nie nadchodził.

Zmieniłam pozycję po raz pierwszy, potem następny, a później jeszcze i jeszcze, aż, po upływie około pół godziny mojego wiercenia się, zrozumiałam, że nie dam rady zasnąć, bo potrzebowałam Ryana.

Najwyraźniej przyzwyczaił mnie do swojej obecności, do tego, że mogłam się do niego przytulić, oprzeć na nim, więc w tej chwili złego samopoczucia, tęskniłam za tym.

Tęskniłam za bliskością Ryana.

Zamiast to analizować, zamiast przez chwilę się zastanowić, po prostu wstałam, podeszłam do drzwi mojej sypialni, otworzyłam je i zobaczyłam światło pod drzwiami sypialni Ryana, więc podeszłam do nich i złapałam za klamkę.

Być może powinnam była zapukać, zapytać o pozwolenie na wejście, ale tego też nie zrobiłam.

Głupio otworzyłam drzwi i zrobiłam krok do środka jego pokoju, nie zastanowiwszy się, że to było niewłaściwe.

Zamknęłam drzwi za sobą, początkowo nie widząc mężczyzny nigdzie w jego sypialni.

- Kate? - usłyszałam jego zaskoczony głos nieomalże natychmiast, kiedy to zrobiłam i to był moment mojego otrzeźwienia.

- J-ja… - zająknęłam się.

Zobaczyłam, że Ryan stał tam, bok swojego łóżka, ubrany tylko w granatowe spodnie od piżamy, z nagim torsem, z wilgotnymi włosami, osuszając je ręcznikiem, który opadł mu na ramiona, kiedy odwrócił głowę w moją stronę.

- Przepraszam - bąknęłam pod nosem i odwróciłam się, by czmychnąć z powrotem do swojego pokoju.

Za późno i na próżno.

- Nie! - Ryan prawie krzyknął swój protest, a potem, niespodziewanie, jednym wielkim susem znalazł się przy mnie i złapał za moją dłoń, która leżała już na klamce.

- Kate - zapytał - Co chciałaś?

- Czy… - wciągnęłam przerywany wdech, by dokończy ć to, na co nie miałam odwagi, bo chyba tylko jakieś szaleństwo przygnało mnie aż tam - Czy ja… Czy ty… - przerwałam, podniosłam na niego wzrok, a kiedy zobaczyłam jego uważne, zmartwione spojrzenie, skierowane na moją twarz, poczułam gorąco wypływające na moje policzki, schyliłam głowę i dokończyłam mamrocząc szybko, bo wiedziałam, że nie mogłam stchórzyć - Czy mógłbyś mnie przytulić?

Ledwie skończyłam mówić, a już ramiona Ryana otoczyły mnie, przyciągnęły mnie do jego torsu i westchnęłam z ulgą, podnosząc moje ręce i owijając je wokół jego talii, kładąc dłonie na mięśniach jego pleców.

To było to.

Tego potrzebowałam.

Nawet nie przeszkadzało mi to, że był półnagi.

Oparłam skroń o jego obojczyk, czoło wtulając w jego szyję, pod piersiami czując twardość, stabilność i gorąco jego klatki piersiowej i odetchnęłam z ulgą.

Wreszcie byłam przytulona, bezpieczna, w… domu.

Staliśmy tak przez minutę lub dwie, zanim dotarło do mnie, co ja do cholery wyrabiałam, rozluźniłam swoje ręce i zaczęłam się odsuwać od Ryana, by pójść do swojego łóżka i położyć się spać.

Miałam właśnie podziękować i zrobić krok do tyłu, kiedy Ryan zareagował.

- Nie! - warknął ten łagodny, czuły mężczyzna, a ja zamarłam z zaskoczenia.

- Nie pójdziesz - stwierdził Ryan.

Zapatrzyłam się na niego i rozchyliłam wargi.

Co takiego? - pomyślałam, ale nie odezwałam się, bo nie zdążyłam.

Nie miałam szansy, by zaprotestować, a nawet żeby odetchnąć, kiedy Ryan opuścił jedno ramię, drugie przesunął na moją łopatkę i popchnął mnie delikatnie w stronę swojego łóżka.

Wcześniej byłam tak zamyślona, zamknięta we własnym świecie, że nie przyjrzałam się, bo nie patrzyłam.

Teraz spojrzałam tam, zobaczyłam ciemno szarą pościel i grafitowy pled, którym była przykryta, ale nie zrobiłabym ani jednego kroku w tamtą stronę bez zdecydowanej zachęty w postaci silnego, nagiego ramienia Ryana, pchającego mnie w tamtym kierunku.

Jezus Maria, on był półnagi!

- Ryan - szepnęłam, odwracając tułów w stronę idącego tam mężczyzny i unosząc obronnie ręce - nie mogę tu spać.

- Dlaczego? - zapytał Ryan, a ja zacisnęłam wargi.

Bo tak nie wypada - odpowiedziałam mu w swojej głowie, ale ten argument wydał mi się śmieszny, skoro sypiałam w tym samym apartamencie, co on i każdy, kto miałaby pomyśleć sobie cokolwiek niewłaściwego, już to zrobił.

- Właśnie - mruknął Ryan na moje milczenie i popchnął mnie w stronę łóżka, bym na nie weszła, bo przez ten czas do niego dotarliśmy.

Przyznałam mu rację.

Wspięłam się na materac bokiem, wsunęłam nogi pod kołdrę, położyłam się na plecach z głową na poduszce i czekałam, co będzie dalej.

Ryan przez jakąś sekundę patrzył na mnie, leżącą tam, a potem wrócił po ręcznik, którym osuszał włosy, a który rzucił w międzyczasie gdzieś na podłogę, podniósł go, rozwiesił na oparciu krzesła, które stało przy biurku, co doceniłam, wrócił do łóżka, wszedł pod kołdrę, wyciągnął rękę i zgasił światło.

Leżeliśmy obok siebie przez krótką chwilę, oboje na wznak, a potem Ryan podniósł się i zawisł prawie nade mną, opierając się na przedramieniu o materac.

Patrzył na mnie z góry przez kolejną krótką chwilę, a potem nagle wyciągnął rękę, złapał mnie za ramię, otoczył je swoim ramieniem, które wsunął pod moje plecy i przyciągnął mnie do siebie.

Nie walczyłam.

Ryan przetoczył się na plecy, a ja naturalnie wylądowałam nieomalże całkowicie na nim.

To było niesamowite.

Ryan wciąż był w spodniach od piżamy i tylko w nich, więc jego tors był nagi i rozgrzany po kąpieli pod prysznicem.

Leżałam na nim bokiem, z prawą ręką wciśniętą między nas, a prawym biodrem i ramieniem na prześcieradle.

Miałam pod prawym policzkiem gładką, gorącą skórę, która powlekała jego obojczyk, czołem opierałam się o taką samą skórę jego szyi, a pod palcami lewej ręki, która musiałam położyć na jego klatce piersiowej, czułam delikatną szorstkość włosków, jakie tam miał.

Dla swojego bezpieczeństwa usilnie starałam się nie myśleć, nie pamiętać o świetnie zdefiniowanych mięśniach na jego wklęsłym brzuchu ani o tej podniecającej ścieżce włosów, którą widziałam od jego pępka w dół, a która zachęcająco ginęła za gumką jego spodni od piżamy.

Skupiłam się na tym, że ten mężczyzna był dla mnie jak dom.

Czułam ciepło jego ciała, jego twardość i stabilność i to było bardzo miłe.

Poczułam się przytulnie, bezpiecznie, tak… na swoim miejscu.

*****

Następnego dnia rano otworzyłam oczy, kiedy tylko budzik obudził mnie z zaskakująco spokojnego snu i pierwszym, co poczułam było twarde, gorące męskie ciało, do którego byłam przytulona.

Najwyraźniej spałam tak przez całą noc.

Nigdy nie spałam z nikim przez cała noc, chociaż, oczywiście, już kiedyś spałam z mężczyzną.

Nie zdarzyło mi się z żadnym obudzić.

Nie ruszałam się przez chwilę lub dwie, a potem doszło mnie senne, zadowolone mruknięcie Ryana, jego ramiona zgięły się i owinęły mnie, zamykając w pułapce, z której nie mogłabym się wydostać.

Nawet gdybym chciała, a nie chciałam.

- Dzień dobry - mężczyzna mruknął do mnie schrypniętym od snu głosem i to było nawet bardziej niebezpiecznie podniecające, niż było podniecające to, jak czułam się z jego półnagim ciałem obok mojego wieczorem poprzedniego dnia.

- Dzień dobry - odszepnęłam drżąco i jak najciszej mogłam, żeby odepchnąć i opanować to uczucie.

Leżeliśmy przez następną chwilę, a potem Ryan pogładził czubkami palców moje ramię i poczułam jego oddech na włosach.

Wtedy dotarło do mnie, że miałam przed tym się bronić.

Że to było niebezpieczne, niewłaściwe i nie powinnam sobie na to pozwalać.

Zesztywniałam, napinając mięśnie pleców, zgięłam ręce i zaczęłam się odsuwać, ale Ryan nie zamierzał mi na to pozwolić.

Jego ramiona były niczym zrobione ze stali.

Twarde i nieruchome.

- Nie - stanowczo mruknął mi we włosy.

- Ale… - zaczęłam, lecz nie powiedziałam nic więcej, bo musiałabym mu za dużo wyjaśniać, obnażyć się.

Więc wolałam milczeć.

- Kitty - mruknął Ryan ostrzegawczym tonem i to nie ten ton spowodował, że przestałam się poruszać, a moje mięśnie się rozluźniły, ale to słowo.

Uwielbiałam, jak Ryan mówił do mnie Kitty.

Leżeliśmy tak jeszcze przez jakieś pół minuty, zanim Ryan rozluźnił ręce, a potem przesunął je, przekręcił się, zsunął mnie ze swojego ciała i ostatecznie położył nas tak, że znaleźliśmy się przód do przodu.

Moje przedramiona były uwięzione między nami, a jego silne, długie ręce delikatnie mnie obejmowały, więc moja głowa leżała na jego bicepsie, ale przy nosie miałam lekko owłosioną skórę jego piersi.

Czułam jego męski zapach, co mnie dekoncentrowało.

Uniosłam brodę, by zobaczyć, że patrzył na mnie.

- Co to było, Kate? - zapytał łagodnym tonem, a ja zmarszczyłam brwi, bo nie wiedziałam, o co pytał.

- To wczoraj - wyjaśnił Ryan, po raz kolejny dobitnie udowadniając mi, że zauważał bardzo dużo.

Sądziłam nawet, że nic mu nie umykało.

Nadal spróbowałam z nim mojej taktyki delikatnego unikania i lekceważenia faktów, by nie kłamać wprost.

- Nic takiego - powiedziałam, ale nie mogłam mu przy tym patrzeć w oczy, więc opuściłam wzrok na jego szyję - Taki miałam… hmmm… lekki dołek.

Natychmiast dowiedziałam się, że to nie działało.

- Kate! - tym razem głos Ryana zabrzmiał naprawdę groźnie, chociaż nadal był łagodny i cichy.

Westchnęłam cicho, przycisnęłam na chwilę czoło do gorącej skóry mężczyzny, a później podniosłam brodę, by spojrzeć wprost w jego ciepłe oczy, które wciąż nie odwracały się ode mnie.

- Bo ja… hmmm… miałam wczoraj - zaczęłam, wzięłam drżący oddech, po czym dokończyłam - …urodziny.

- Co? - Ryan patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.

- Skończyłam wczoraj dwadzieścia lat - dodałam szeptem.

- Czemu mi nie powiedziałaś? - Ryan zapytał, ale nie czekał na odpowiedź, jakby wiedział, że jej mu nie dam.

- Nieważne - mruknął.

Zacisnęłam za chwilę wargi, żeby ich nie zagryzać, co wiedziałam, że nie było właściwe i patrzyłam na mężczyznę z zapartym tchem.

Wyraz twarzy Ryana zmienił się diametralnie, a zrozumienie, ciepło i… współczucie, jakie się na niej ukazały spowodowały, że mój oddech zagubił się i nie chciał wrócić przez dłuższy czas.

Nie, nie, nie. Nie współczuj mi - myślałam.

A później zaczęłam dyszeć, kiedy Ryan przyciągnął mnie do siebie tak, żebym jak największą powierzchnią tułowia przylegała do jego przodu, co było bardzo dobre, ale on poszedł z tym dalej, bo zgiął szyję, uniósł trochę głowę i mnie pocałował.

Ten pocałunek był inny niż poprzedni.

Nie był gwałtowny i spontaniczny, chociaż nadal był spontaniczny.

Był zamiast tego czuły, delikatny, pieszczotliwy i mówił mi rzeczy, których nie do końca chciałam słuchać, chociaż ich słyszenie i zrozumienie było bardzo, bardzo dobre.

Ale bałam się tego.

Pomógł mi zapomnieć o współczuciu, którego nie chciałam od Ryana, jak nie chciałam nigdy od nikogo.

Pomógł mi przejść do porządku nad tym, że znowu moja mama, tata i wszyscy inni, którzy o tym wiedzieli, zapomnieli o moich urodzinach.

Pomógł mi zapomnieć nawet o tym, że byłam żałosna.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Kitty - powiedział Ryan, kiedy zakończył ten pocałunek i odsunął się ode mnie na kilka centymetrów.

Dyszałam.

Ryan też dyszał.

Ale dotarło do mnie, że był to jego prezent dla  mnie na moje urodziny, więc może przy poprzednim pocałunku dałam mu jakoś znać, że lubiłam to i chciałam więcej, a on nie chciał.

Ale dał mi ten jeszcze jeden pocałunek.

I to powinno mi wystarczyć.

Nie wystarczało, bo z całą przeraźliwą jasnością wiedziałam teraz, że Ryan był ideałem, jakiego drugiego nigdy nie uda mi się znaleźć w moim życiu.


 


1 komentarz: