Przez pewne zawirowania w moim życiu straciłam na kilka dni dostęp do Internetu.
Przepraszam, że trwało to tak długo.
Dodaję dzisiaj zaległą, drugą część rozdziału 9, a w najbliższy weekend, niezależnie od Świąt pomału będę dodawać rozdział 10.
Pozdrawiam
M.
Rozdział 9
Ideał (Kate)
*****
Marzec
To
był jeden z najgorszych dni w roku, bo co roku był taki.
Moje
urodziny.
Kiedy
kilka tygodni temu Ryan odwoził mnie do domu po naszej wygranej w zawodach
międzystanowych, zatrzymaliśmy się na lunch na pizzy w przydrożnej pizzerii
razem z całą drużyną i poczułam się po raz pierwszy od… chyba od zawsze normalną nastolatką.
Nigdy
tego nie miałam.
Normalności.
Teraz,
tu, miałam koleżanki z drużyny, z którymi rozmawiałam o wygranej, wznosiłam
toasty za następne zawody, śmiałam się i żartowałam, a wszystko to robiłam u
boku mojego chłopaka.
Tak
się czułam i tak to wyglądało z boku, dla kogoś postronnego.
Ale
Ryan nie był moim chłopakiem i nie mogłam
go mieć.
Przypomniałam
sobie o tym, szczęśliwie, tuż przed naszym przyjazdem do domu, kiedy Ryan
skręcał swoim Fordem na podjazd przed garażem, więc miałam czas, by się
ogarnąć.
Wysiadłam
z samochodu, jak tylko Ryan wjechał nim do garażu, nie spieszyłam się, więc
razem poszliśmy do drzwi, prowadzących na schody, bo tak było grzeczniej.
Jednak
pożegnałam się z nim natychmiast po wejściu do jego mieszkania, po czym poszłam
do swojej sypialni, by przebrać się, naszykować do wejścia pod prysznic, po
przepłukaniu i rozwieszeniu do wyschnięcia stroju kąpielowego i w ogóle
naszykować się do całkowitego powrotu do codzienności.
Starałam
się zapomnieć o naszym pocałunku, bo, chociaż był cudowny i śniłam o nim przez wiele kolejnych nocy, był niewłaściwy i mógł zepsuć to, co było
między nami.
Najgorsze
było to, że chciałam więcej.
Jezus
Maria, jak ja tego chciałam.
Ale
każdego dnia rano wstawałam i powtarzałam sobie znowu, znowu i znowu, że tak było lepiej i że dzięki
temu mogliśmy być przyjaciółmi, a ja mogłam bez konsekwencji przytulać się do
Ryana wieczorem przed telewizorem, jak to robiłam do tej pory.
Miałam wyjaśnienie
mojego postępowania tamtego dnia.
To
była zwykła reakcja mojego organizmu, czysta chemia, wina hormonów.
To
przez nie przestałam myśleć.
Przed
startem napędzała mnie adrenalina, której podwyższony poziom utrzymywał się
jeszcze potem jeszcze przez wiele godzin.
A
po ogłoszeniu wyników i naszej wygranej do mojej krwi wyrzucone zostały takie
ilości endorfin i oksytocyny, że poczułam euforię.
Tak,
to było to.
To
przez te hormony, a może jeszcze później przez podniesienie się poziomu
serotoniny i dopaminy, pocałowałam Ryana tak, jak go tam pocałowałam, a potem
zachowywałam się jak szczęśliwa, zakochana nastolatka.
Nigdy
się tak nie zachowywałam.
To
było głupie.
Przez
następny tydzień, kiedy już opadły hormony szczęścia, przez które byłam jakby
na haju, zastanawiałam się, jak rozwiązać tę sprawę i wyjaśnić Ryanowi moje
uczucia, ale stchórzyłam.
Nie
byłam aż tak odważna.
Nie
wyjaśniłam mu niczego.
A
Ryan nie odpuszczał.
Dotykał
mnie niby niechcący, niby niewinnie, ale stale, przy każdej okazji.
A
ja czułam każde, nawet najlżejsze muśnięcie.
Pierwsze,
zaraz następnego dnia rano, były jak przeskok iskry elektrycznej.
Ryan
stawał obok mnie w kuchni tak blisko, by stykały się nasze biodra.
Potem
to powtarzał.
Stawał
za moimi plecami, kiedy sięgał po kubek lub talerz z wiszącej szafki, kiedy ja
stałam przy kuchence lub blacie i przygotowywałam jedzenie, więc czułam gorąco
jego brzucha i klatki piersiowej.
Robił
to raz za razem.
Przyciągał
mnie do siebie na kanapie, kiedy oglądaliśmy film, więc czułam się przytulona,
bezpieczna i zaopiekowana.
Gładził
moje ramię lub łopatkę, kiedy się witaliśmy lub żegnaliśmy, więc czułam się chciana.
Robił
to codziennie.
A
najgorsze było to, że, kiedy Ryan był w pracy, brakowało mi jego obecności i
tego dotyku, który zaczął znaczyć za dużo.
Tęskniłam
za nim.
Za
dotykiem i za Ryanem.
Ten
dzień nie był lepszy pod tym względem, bo Ryan wyszedł do pracy, zanim ja
wstałam z łóżka, więc sama przygotowałam sobie śniadanie i sama wyszłam z
mieszkania, by dojechać na zajęcia.
Tego
dnia nie wstałam, by pobiegać, jak zwykle to robiłam, więc nie spotkałam go
podczas naszych porannych aktywności.
Nie
miałam też jego kojącej obecności podczas śniadania.
Na
niebie była szaro czarna masa chmur, zapowiadających następne opady śniegu, a
ja nie wyspałam się, bo data w kalendarzu szydziła ze mnie już od kilku dni i
mój nastrój pogarszał się z godziny na godzinę.
Zresztą
nie mogłabym o tym porozmawiać z Ryanem, bo musiałabym mu się przyznać do tego,
co ukrywałam.
Do
czego się mu nie przyznałam.
A
na dodatek ćwiczenia z biochemii przejęła czasowo inna prowadząca, która
stwierdziła, że powinna nas lepiej poznać poprzez niezapowiedziana wejściówkę,
na którą się na nauczyłam i poczułam się zagrożona również pod tym względem.
Nigdy
nie miałam problemów z biochemią.
Jednak
sam fakt, że ten sprawdzian wiedzy nie był zapowiedziany, spowodował moją
frustrację, a może pogłębił tą, która tak uparcie trzymała się mnie od samego
poranka.
Nie
mogłam o tym porozmawiać z Bianką.
Nadal
za mało jej o sobie mówiłam.
Kiedy
skończyły się wszystkie nasze zajęcia na uczelni, poszłyśmy z Ianką do pobliskiej
biblioteki uniwersyteckiej, by wyszukać jakieś pozycje do prezentacji, którą
zobowiązałyśmy się przygotować na najbliższą etykę zawodu, a tam natrafiłyśmy
na mur oporowy w postaci nowej, gburowatej bibliotekarki, która nie pozwoliła
nam swobodnie poszperać między regałami.
Moja frustracja
tego dnia chyba nie mogła być większa - pomyślałam.
Myliłam
się.
Odpuściłyśmy
na ten dzień szperanie w bibliotece, szukanie materiałów, niegościnne mury i
Ianka, zauważywszy mój zły nastrój, postanowiła wrócić do domu i poprosiła mnie
o zrobienie tego samego.
Rozstałyśmy
się na schodach biblioteki, bo ktoś miał po nią przyjechać, a ja szłam do
swojego SUV’a.
-
Kate, może zrób tak, jak ja zawsze robię. Zrób sobie gorącą czekoladę -
powiedziała mi Ianka na pożegnanie tym swoim łagodnym, delikatnym głosikiem
małej dziewczynki - Wtul się w kocyk z kubkiem w dłoniach i odpocznij.
Uśmiechnęłam
się do niej z roztargnieniem, ale nie skomentowałam tych słów, które nie były
dobrą radą dla mnie.
-
Dobrze, Słonko - powiedziałam tylko i pożegnałam się z nią machnięciem ręką z
daleka, bo nie całowałyśmy się ani nie przytulałyśmy.
Była
dla mnie najbliższa ze wszystkich koleżanek, ale nie potrafiłam się przed nią
do końca otworzyć i zaprzyjaźnić się
z nią.
Nie
wiedziała o mnie wielu rzeczy.
Nie
znała mnie.
Nie
przyznałam się jej, że tego dnia miałam urodziny, bo nikomu się do tego nie
przyznałam, jak nigdy się nie
przyznawałam, bo moja mama nie urządzała mi imprez urodzinowych, żeby nie
musieć przyznawać się, ile lat miała jej córka.
A
ja nie chciałam być bardziej godna pożałowania, niż już byłam.
Nie
chciałam współczucia, a tym bardziej szyderstwa.
Po
rozstaniu z Ianką wsiadłam do samochodu i wyruszyłam do domu, czując, że mój
zły nastrój jednak się pogłębiał, bo spodziewałam się wejść do pustego domu i
spędzić godzinę lub dwie samotnie, zanim Ryan wróciłby z pracy.
Nawet
jeśli by wrócił, to ja i tak nie powiedziałam mu, że tego dnia kończyłam
dwadzieścia lat, więc to niczego by nie zmieniło, czy byłby w domu przede mną,
czy też po mnie.
Kiedy
skręciłam na podjazd domu Ingrid i Rocha, zobaczyłam brak samochodów
któregokolwiek z nich, ale to też o niczym nie świadczyło, bo mogli swoje
samochody wstawić do garażu.
Często
tak robili.
Poczułam
się osamotniona niezależnie od tego wszystkiego i niezależnie od moich
wcześniejszych przeżyć.
Wręcz
niewytłumaczalnie, bo powinnam była
być do tego przyzwyczajona.
Moja
tęsknota, chęć albo może ogromna potrzeba
przytulenia się do Ryana, zacisnęła mi supeł w brzuchu.
Przełknęłam
gulę, którą to spowodowało w moim gardle.
Zaparkowałam,
wysiadłam, zabrałam swoje torby i zamknęłam samochód, wciąż czując narastające
przygnębienie, co było o tyle niezwykłe, że byłam przecież do tego
przyzwyczajona przez lata życia tym życiem ze swoją rodziną.
Weszłam
po schodach, stawiając kroki ciężko i niechętnie, a na górze wyjęłam klucz i
otworzyłam drzwi, wzdychając niechętnie na myśl o konieczności przygotowania
czegoś na kolację.
Kiedy
zdjęłam buty, odstawiłam je na ich miejsce przy ścianie, zdjęłam z siebie
kurtkę i powiesiłam ją na wieszaku, złapałam moje torby i, będąc w samych
skarpetkach, skierowałam się do kuchni.
Szłam
zamyślona, a może ciężko człapałam, bo wciąż przygnębienie mnie nie opuszczało,
więc nie zwróciłam żadnej uwagi na to, że przy drzwiach wejściowych stały buty
Ryana, wisiała tam jego kurtka i oczywiste było to, że był on w domu i zaraz go
napotkam.
Dotarło
to do mnie dopiero niecałe pół minuty później i nie przygotowałam się na to,
więc na mojej twarzy bez wątpienia było widać mój zły nastrój, całe moje
przygnębienie.
Wiedziałam
o tym, kiedy usłyszałam szelest i podniosłam głowę, odwracając się w stronę
wejścia z korytarzyka, łączącego nasze sypialnie i łazienkę z otwartą częścią
dzienną.
Zaalarmowanie
na twarzy Ryana wyraźnie powiedziało mi, że zobaczył wszystko to, co chciałam
przed nim ukryć.
Przywlekłam
na twarz moją najlepszą maskę lekkiego zmęczenia i pogody ducha, ale ten wspaniały
mężczyzna chyba nie dał się na nią nabrać.
Było
to widać po wyrazie jego twarzy.
Na
szczęście odpuścił.
-
Hej, Ryan - powiedziałam lekkim tonem - Myślałeś o kolacji?
-
Hej - mruknął Ryan w odpowiedzi - Nie. Może coś dzisiaj zamówimy?
Westchnęłam
w duchu z prawdziwą ulgą, do której nie chciałam się przyznawać, bo wiedziałam,
że była skutkiem mojego depresyjnego nastroju.
-
Okej - powiedziałam w końcu i wymusiłam na swoich ustach szerszy uśmiech - Co
proponujesz?
Zajęliśmy
się wyborem knajpki i dań do zamówienia, a kiedy już go dokonaliśmy, przeszłam
do swojego pokoju, by się odświeżyć, przebrać w luźniejsze spodnie i koszulkę,
a potem wróciłam do kuchni akurat na czas, żeby uczestniczyć w odbieraniu
naszego za mówienia.
Zjedliśmy
pizzę, którą dzieliliśmy, bo lubiliśmy taką samą, z dużą ilością kilku gatunków
sera i z ekstra dodatkiem salami, sprzątnęliśmy po sobie, a później spędziliśmy
kilka wspólnych godzin, jak zwykle je spędzaliśmy, skoro był piątek i nie
planowałam nauki na kolejny dzień w szkole.
Ot
po prostu zwykły, codzienny czas we własnym towarzystwie.
Dobry
czas, ale tym razem czułam się odizolowana od Ryana przez ciążącą mi świadomość
wagi tego dnia dla mnie.
I
mojej tajemnicy.
Wręcz
żałowałam, że był to wyjątkowy piątek, w którym nie pracowałam w klinice, bo
pomyślałam, że mogłabym wtedy wyjść z domu, nie myśleć i zająć się pracą albo
wręcz znaleźć jakiś powód do radości w moich braciach mniejszych.
Kiedy pożegnaliśmy się z Ryanem przed udaniem
się do naszych sypialni z życzeniami dobrej nocy, weszłam do mojego pokoju,
zamknęłam drzwi, oparłam się o nie plecami i przestałam udawać, że nic się nie
działo, a wtedy to mnie dopadło.
Ostatnie
pół godziny, zanim przebrałam się w piżamę i pogasiłam górne światło, miotałam
się bezmyślnie po pomieszczeniach, wykonując codzienną rutynę i… unikając
Ryana.
Ale
to wtedy, kiedy zostałam sama, poczułam, jak bardzo byłam samotna.
Nie
wiedziałam, dlaczego to mnie dopadło, ale tak się stało.
Więc
położyłam się do łóżka, przykryłam kołdrą, z wahaniem wyciągnęłam rękę, ale w
końcu zgasiłam światło i ułożyłam się do snu.
Nie
nadchodził.
Zmieniłam
pozycję po raz pierwszy, potem następny, a później jeszcze i jeszcze, aż, po upływie
około pół godziny mojego wiercenia się, zrozumiałam, że nie dam rady zasnąć, bo
potrzebowałam Ryana.
Najwyraźniej
przyzwyczaił mnie do swojej obecności, do tego, że mogłam się do niego
przytulić, oprzeć na nim, więc w tej chwili złego samopoczucia, tęskniłam za
tym.
Tęskniłam
za bliskością Ryana.
Zamiast
to analizować, zamiast przez chwilę się zastanowić, po prostu wstałam,
podeszłam do drzwi mojej sypialni, otworzyłam je i zobaczyłam światło pod
drzwiami sypialni Ryana, więc podeszłam do nich i złapałam za klamkę.
Być
może powinnam była zapukać, zapytać o pozwolenie na wejście, ale tego też nie
zrobiłam.
Głupio
otworzyłam drzwi i zrobiłam krok do środka jego pokoju, nie zastanowiwszy się,
że to było niewłaściwe.
Zamknęłam
drzwi za sobą, początkowo nie widząc mężczyzny nigdzie w jego sypialni.
-
Kate? - usłyszałam jego zaskoczony głos nieomalże natychmiast, kiedy to
zrobiłam i to był moment mojego otrzeźwienia.
-
J-ja… - zająknęłam się.
Zobaczyłam,
że Ryan stał tam, bok swojego łóżka, ubrany tylko w granatowe spodnie od
piżamy, z nagim torsem, z wilgotnymi włosami, osuszając je ręcznikiem, który
opadł mu na ramiona, kiedy odwrócił głowę w moją stronę.
-
Przepraszam - bąknęłam pod nosem i odwróciłam się, by czmychnąć z powrotem do
swojego pokoju.
Za
późno i na próżno.
-
Nie! - Ryan prawie krzyknął swój protest, a potem, niespodziewanie, jednym
wielkim susem znalazł się przy mnie i złapał za moją dłoń, która leżała już na
klamce.
-
Kate - zapytał - Co chciałaś?
-
Czy… - wciągnęłam przerywany wdech, by dokończy ć to, na co nie miałam odwagi,
bo chyba tylko jakieś szaleństwo przygnało mnie aż tam - Czy ja… Czy ty… -
przerwałam, podniosłam na niego wzrok, a kiedy zobaczyłam jego uważne,
zmartwione spojrzenie, skierowane na moją twarz, poczułam gorąco wypływające na
moje policzki, schyliłam głowę i dokończyłam mamrocząc szybko, bo wiedziałam,
że nie mogłam stchórzyć - Czy mógłbyś
mnie przytulić?
Ledwie
skończyłam mówić, a już ramiona Ryana otoczyły mnie, przyciągnęły mnie do jego
torsu i westchnęłam z ulgą, podnosząc moje ręce i owijając je wokół jego talii,
kładąc dłonie na mięśniach jego pleców.
To
było to.
Tego
potrzebowałam.
Nawet
nie przeszkadzało mi to, że był półnagi.
Oparłam
skroń o jego obojczyk, czoło wtulając w jego szyję, pod piersiami czując
twardość, stabilność i gorąco jego klatki piersiowej i odetchnęłam z ulgą.
Wreszcie
byłam przytulona, bezpieczna, w… domu.
Staliśmy
tak przez minutę lub dwie, zanim dotarło do mnie, co ja do cholery wyrabiałam, rozluźniłam
swoje ręce i zaczęłam się odsuwać od Ryana, by pójść do swojego łóżka i położyć
się spać.
Miałam
właśnie podziękować i zrobić krok do tyłu, kiedy Ryan zareagował.
-
Nie! - warknął ten łagodny, czuły
mężczyzna, a ja zamarłam z zaskoczenia.
-
Nie pójdziesz - stwierdził Ryan.
Zapatrzyłam
się na niego i rozchyliłam wargi.
Co takiego? - pomyślałam, ale
nie odezwałam się, bo nie zdążyłam.
Nie
miałam szansy, by zaprotestować, a nawet żeby odetchnąć, kiedy Ryan opuścił
jedno ramię, drugie przesunął na moją łopatkę i popchnął mnie delikatnie w
stronę swojego łóżka.
Wcześniej
byłam tak zamyślona, zamknięta we własnym świecie, że nie przyjrzałam się, bo
nie patrzyłam.
Teraz
spojrzałam tam, zobaczyłam ciemno szarą pościel i grafitowy pled, którym była
przykryta, ale nie zrobiłabym ani jednego kroku w tamtą stronę bez zdecydowanej
zachęty w postaci silnego, nagiego
ramienia Ryana, pchającego mnie w tamtym kierunku.
Jezus Maria, on
był półnagi!
-
Ryan - szepnęłam, odwracając tułów w stronę idącego tam mężczyzny i unosząc
obronnie ręce - nie mogę tu spać.
-
Dlaczego? - zapytał Ryan, a ja zacisnęłam wargi.
Bo tak nie wypada - odpowiedziałam
mu w swojej głowie, ale ten argument wydał mi się śmieszny, skoro sypiałam w tym
samym apartamencie, co on i każdy, kto miałaby pomyśleć sobie cokolwiek niewłaściwego,
już to zrobił.
-
Właśnie - mruknął Ryan na moje milczenie i popchnął mnie w stronę łóżka, bym na
nie weszła, bo przez ten czas do niego dotarliśmy.
Przyznałam
mu rację.
Wspięłam
się na materac bokiem, wsunęłam nogi pod kołdrę, położyłam się na plecach z
głową na poduszce i czekałam, co będzie dalej.
Ryan
przez jakąś sekundę patrzył na mnie, leżącą tam, a potem wrócił po ręcznik,
którym osuszał włosy, a który rzucił w międzyczasie gdzieś na podłogę, podniósł
go, rozwiesił na oparciu krzesła, które stało przy biurku, co doceniłam, wrócił
do łóżka, wszedł pod kołdrę, wyciągnął rękę i zgasił światło.
Leżeliśmy
obok siebie przez krótką chwilę, oboje na wznak, a potem Ryan podniósł się i
zawisł prawie nade mną, opierając się na przedramieniu o materac.
Patrzył
na mnie z góry przez kolejną krótką chwilę, a potem nagle wyciągnął rękę,
złapał mnie za ramię, otoczył je swoim ramieniem, które wsunął pod moje plecy i
przyciągnął mnie do siebie.
Nie
walczyłam.
Ryan
przetoczył się na plecy, a ja naturalnie wylądowałam nieomalże całkowicie na
nim.
To
było niesamowite.
Ryan
wciąż był w spodniach od piżamy i tylko w nich, więc jego tors był nagi i
rozgrzany po kąpieli pod prysznicem.
Leżałam
na nim bokiem, z prawą ręką wciśniętą między nas, a prawym biodrem i ramieniem
na prześcieradle.
Miałam
pod prawym policzkiem gładką, gorącą skórę, która powlekała jego obojczyk,
czołem opierałam się o taką samą skórę jego szyi, a pod palcami lewej ręki,
która musiałam położyć na jego klatce piersiowej, czułam delikatną szorstkość
włosków, jakie tam miał.
Dla
swojego bezpieczeństwa usilnie starałam się nie myśleć, nie pamiętać o świetnie
zdefiniowanych mięśniach na jego wklęsłym brzuchu ani o tej podniecającej
ścieżce włosów, którą widziałam od jego pępka w dół, a która zachęcająco ginęła
za gumką jego spodni od piżamy.
Skupiłam
się na tym, że ten mężczyzna był dla mnie jak dom.
Czułam
ciepło jego ciała, jego twardość i stabilność i to było bardzo miłe.
Poczułam
się przytulnie, bezpiecznie, tak… na
swoim miejscu.
*****
Następnego
dnia rano otworzyłam oczy, kiedy tylko budzik obudził mnie z zaskakująco
spokojnego snu i pierwszym, co poczułam było twarde, gorące męskie ciało, do
którego byłam przytulona.
Najwyraźniej
spałam tak przez całą noc.
Nigdy
nie spałam z nikim przez cała noc, chociaż, oczywiście, już kiedyś spałam z
mężczyzną.
Nie
zdarzyło mi się z żadnym obudzić.
Nie
ruszałam się przez chwilę lub dwie, a potem doszło mnie senne, zadowolone mruknięcie
Ryana, jego ramiona zgięły się i owinęły mnie, zamykając w pułapce, z której
nie mogłabym się wydostać.
Nawet
gdybym chciała, a nie chciałam.
-
Dzień dobry - mężczyzna mruknął do mnie schrypniętym od snu głosem i to było
nawet bardziej niebezpiecznie podniecające, niż było podniecające to, jak
czułam się z jego półnagim ciałem obok mojego wieczorem poprzedniego dnia.
-
Dzień dobry - odszepnęłam drżąco i jak najciszej mogłam, żeby odepchnąć i
opanować to uczucie.
Leżeliśmy
przez następną chwilę, a potem Ryan pogładził czubkami palców moje ramię i
poczułam jego oddech na włosach.
Wtedy
dotarło do mnie, że miałam przed tym się bronić.
Że
to było niebezpieczne, niewłaściwe i nie powinnam sobie na to pozwalać.
Zesztywniałam,
napinając mięśnie pleców, zgięłam ręce i zaczęłam się odsuwać, ale Ryan nie
zamierzał mi na to pozwolić.
Jego
ramiona były niczym zrobione ze stali.
Twarde
i nieruchome.
-
Nie - stanowczo mruknął mi we włosy.
-
Ale… - zaczęłam, lecz nie powiedziałam nic więcej, bo musiałabym mu za dużo
wyjaśniać, obnażyć się.
Więc
wolałam milczeć.
-
Kitty - mruknął Ryan ostrzegawczym tonem i to nie ten ton spowodował, że
przestałam się poruszać, a moje mięśnie się rozluźniły, ale to słowo.
Uwielbiałam,
jak Ryan mówił do mnie Kitty.
Leżeliśmy
tak jeszcze przez jakieś pół minuty, zanim Ryan rozluźnił ręce, a potem
przesunął je, przekręcił się, zsunął mnie ze swojego ciała i ostatecznie
położył nas tak, że znaleźliśmy się przód do przodu.
Moje
przedramiona były uwięzione między nami, a jego silne, długie ręce delikatnie mnie
obejmowały, więc moja głowa leżała na jego bicepsie, ale przy nosie miałam
lekko owłosioną skórę jego piersi.
Czułam
jego męski zapach, co mnie dekoncentrowało.
Uniosłam
brodę, by zobaczyć, że patrzył na mnie.
-
Co to było, Kate? - zapytał łagodnym tonem, a ja zmarszczyłam brwi, bo nie
wiedziałam, o co pytał.
-
To wczoraj - wyjaśnił Ryan, po raz kolejny dobitnie udowadniając mi, że
zauważał bardzo dużo.
Sądziłam
nawet, że nic mu nie umykało.
Nadal
spróbowałam z nim mojej taktyki delikatnego unikania i lekceważenia faktów, by
nie kłamać wprost.
-
Nic takiego - powiedziałam, ale nie mogłam mu przy tym patrzeć w oczy, więc
opuściłam wzrok na jego szyję - Taki miałam… hmmm… lekki dołek.
Natychmiast
dowiedziałam się, że to nie działało.
-
Kate! - tym razem głos Ryana
zabrzmiał naprawdę groźnie, chociaż nadal był łagodny i cichy.
Westchnęłam
cicho, przycisnęłam na chwilę czoło do gorącej skóry mężczyzny, a później
podniosłam brodę, by spojrzeć wprost w jego ciepłe oczy, które wciąż nie
odwracały się ode mnie.
-
Bo ja… hmmm… miałam wczoraj -
zaczęłam, wzięłam drżący oddech, po czym dokończyłam - …urodziny.
-
Co? - Ryan patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
-
Skończyłam wczoraj dwadzieścia lat - dodałam szeptem.
-
Czemu mi nie powiedziałaś? - Ryan zapytał, ale nie czekał na odpowiedź, jakby
wiedział, że jej mu nie dam.
-
Nieważne - mruknął.
Zacisnęłam
za chwilę wargi, żeby ich nie zagryzać, co wiedziałam, że nie było właściwe i
patrzyłam na mężczyznę z zapartym tchem.
Wyraz
twarzy Ryana zmienił się diametralnie, a zrozumienie, ciepło i… współczucie, jakie się na niej ukazały
spowodowały, że mój oddech zagubił się i nie chciał wrócić przez dłuższy czas.
Nie, nie, nie. Nie
współczuj mi
- myślałam.
A
później zaczęłam dyszeć, kiedy Ryan przyciągnął mnie do siebie tak, żebym jak
największą powierzchnią tułowia przylegała do jego przodu, co było bardzo
dobre, ale on poszedł z tym dalej, bo zgiął szyję, uniósł trochę głowę i mnie
pocałował.
Ten
pocałunek był inny niż poprzedni.
Nie
był gwałtowny i spontaniczny, chociaż nadal był
spontaniczny.
Był
zamiast tego czuły, delikatny, pieszczotliwy i mówił mi rzeczy, których nie do
końca chciałam słuchać, chociaż ich słyszenie i zrozumienie było bardzo, bardzo dobre.
Ale
bałam się tego.
Pomógł
mi zapomnieć o współczuciu, którego nie chciałam od Ryana, jak nie chciałam
nigdy od nikogo.
Pomógł
mi przejść do porządku nad tym, że znowu
moja mama, tata i wszyscy inni, którzy o tym wiedzieli, zapomnieli o moich
urodzinach.
Pomógł
mi zapomnieć nawet o tym, że byłam żałosna.
-
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Kitty - powiedział Ryan, kiedy
zakończył ten pocałunek i odsunął się ode mnie na kilka centymetrów.
Dyszałam.
Ryan
też dyszał.
Ale
dotarło do mnie, że był to jego prezent
dla mnie na moje urodziny, więc może
przy poprzednim pocałunku dałam mu jakoś znać, że lubiłam to i chciałam więcej,
a on nie chciał.
Ale
dał mi ten jeszcze jeden pocałunek.
I
to powinno mi wystarczyć.
Nie
wystarczało, bo z całą przeraźliwą jasnością wiedziałam teraz, że Ryan był
ideałem, jakiego drugiego nigdy nie uda mi się znaleźć w moim życiu.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń