niedziela, 12 listopada 2023

2 - Och, Jane (cz.1)

 

Rozdział 2

  Och, Jane (cz.1)

 Kate 

uwaga, uwaga - dzisiaj poszły dwa posty. zanim przeczytasz ten, wróć do poprzedniego 

 

Tydzień i dwa dni później…

Był wczesny wrześniowy poranek i wyszłam z siłowni, do której zapisałam się następnego dnia po moim przyjeździe do SLC, ale myślałam wyłącznie o tym, co jeszcze mogłabym zrobić, by znaleźć te kobiety, na których tak bardzo mi zależało.

Fakt, że od razu w hali przylotów na lotnisku SLC, kiedy przyleciałam z Nowego Jorku, znalazł mnie mężczyzna, który twierdził, że zna Jane, ale nie umiał się z nią połączyć, by mi to udowodnić, a ona sama wciąż się do mnie nie odzywała, nie napawał mnie optymizmem.

Czułam, że coś się jej stało i że to nie było dobre.

Oczywiście, nie mogłam zaalarmować żadnych władz, nie mogłam nigdzie zgłosić jej zaginięcia między innymi dlatego, że wtedy wszelkie niepowołane osoby dowiedziałyby się, gdzie byłam i co robiłam.

Nie miałam też bliższego kontaktu z rodziną Jane, chociaż znałam ich, to znaczy spotkaliśmy się raz czy dwa przy okazji ich wizyt u Jane w akademiku.

Wiedziałam więc dość dobrze, że nie martwiliby się o nią, bo ją doskonale znali, a ona bardzo często znikała na kilka tygodni bez jednego słowa wyjaśnienia, a potem wracała cała i zdrowa.

I to był drugi z bardzo ważnych powodów, dla których nie mogłam zaalarmować żadnych władz.

Niestety.

Z ciężkim westchnieniem podeszłam do stojącej na parkingu siłowni trochę starej, błękitnej Micry Nissana, którą kupiłam sobie następnego dnia po zameldowaniu się w akademiku z pieniędzy, jakie dostałam po sprzedaży samochodu, który ponad rok temu kupili mi rodzice.

Dzięki Bogu za transakcje bezgotówkowe.

Chociaż z drugiej strony, byłam zarejestrowana na Wydziale Weterynarii tutejszego Uniwersytetu jako ja.

Oficjalnie.

Załatwiłam sobie przeniesienie przysłanych z Polski dokumentów, które dały mi stypendium w Nowym Jorku, napisałam prośbę o stypendium tutaj i napisałam prośbę o zwolnienie z niektórych egzaminów na pierwszym roku, więc mogłabym od razu zapisać się na kilka zajęć z drugiego roku.

Jeszcze nie dostałam odpowiedzi, ale, nawet jeśli odpowiedzi byłyby negatywne, dałabym radę.

Chociaż o stypendium bym walczyła z różnych powodów.

Pokój, który miałam dzielić z Jane w akademiku miałam również zapisany na swoje nazwisko, z moją wizą studencką, więc polska ambasada i tutejszy konsulat wiedziałyby, gdzie mnie szukać.

Gdyby ktoś mnie szukał.

Nie było niczego tajnego w moich działaniach oprócz… cóż, normalnej rozmowy na ich temat.

Jeśli ktoś by mnie szukał.

Ale miałam pewność, że tych, przed którymi trochę jakby uciekłam, nie zainteresowało to wszystko, co wyprawiałam przez ostatnie ponad pół roku, wydzwaniając do urzędów, pisząc do władz jednego i drugiego uniwersytetu, a nawet sprzedając samochód.

Wystarczyło, że co jakiś czas wysłałam im zdjęcia z mojego cudownego, pełnego sukcesów życia w USA i  nie skarżyłam się.

Tamten samochód, czerwony kabriolet Mercedesa z czarnym podnoszonym dachem, zaocznie kupili mi rodzice, więc nie miałam żadnego wpływu na jego markę, typ a nawet kolor.

Nie zapytali mnie o zdanie, jak nigdy nie pytali.

Nie znałam się na samochodach, bo nigdy wcześniej nie miałam takiej potrzeby, żeby się na nich znać, a nie było to w zakresie moich zainteresowań.

Okazało się, że tamten samochód był drogi i dostałam za niego naprawdę niezłe pieniądze, chociaż możliwe było, że mnie oszukano, bo nie miałam punktu odniesienia, a trochę śpieszyłam się z upłynnieniem go.

Kupno obecnego autka było wynikiem moich wcześniejszych przemyśleń z Polski i być może tutaj mogłabym wybrać lepiej, ale tego nie wiedziałam.

Nie miałam kogo poradzić się.

Micra była mała i wydawała mi się samochodem nie rzucającym się w oczy, a zwrotnym i łatwym do zaparkowania, więc idealnym do poruszania się nim po mieście, chociaż była kilkuletnia.

Jej kolor był mi obojętny.

Po prostu taki się trafił.

A miłym dodatkiem było to, że udało mi się wytargować za nią niezłą cenę, a przynajmniej dużo niższą niż ta, którą usłyszałam na początku naszej rozmowy z dealerem.

To była jedna z niewielu umiejętności, które uznawałam teraz za przydatne, a za które trochę nie lubiłam mojego taty.

Targowanie się o wszystko ze wszystkimi.

Dojechałam na nie zatłoczony, chociaż nie całkiem pusty parking przy moim akademiku, wysiadłam i zamknęłam samochód na klucz po tym, jak zabrałam z niego torbę z rzeczami do ćwiczeń.

Pogoda nadal była sprzyjająca dla mnie, bo mało padało, było dość ciepło, więc nie musiałam kłopotać się grubszymi ubraniami.

Prysznic po przepoceniu po wysiłku, jaki wkładałam w ćwiczenia, zwykle brałam po powrocie z siłowni w akademiku, bo było w nim mało lokatorów, skoro trwały wakacje, ale już dowiedziałam się, że mogłam go brać w budynku siłowni, kiedy wakacje się skończą.

Chociaż było bardzo prawdopodobne, że w ogóle zrezygnowałabym z ćwiczenia na siłowni w czasie trwania roku szkolnego, bo mogłabym nie mieć na to czasu i nie będę chciała wydawać pieniędzy, a będę przecież uczestniczyła w zajęciach fizycznych, które były obowiązkowe na studiach.

Mieli tam jednak całkiem niezłe zaplecze sanitarne, a poza tym mogło się okazać, że tak byłoby szybciej, chociaż na razie robiłam tak, jak robiłam, żeby nie wozić ze sobą wszystkich kosmetyków, do jakich byłam przyzwyczajona.

Moje nawyki w ciągu ostatniego roku nieco się zmieniły i wiedziałam już, że mogłam obejść się mniejszym niż miałam w Polsce, co było podwójnie dobre.

Była w tym niezwykle przydatna dla mnie oszczędność czasu, miejsca, a najważniejsze było to, że również pieniędzy.

To nie było tak, że musiałam bardzo oszczędzać, ale próbowałam ograniczyć swoje wydatki, by móc zapłacić czesne, jeśli moje starania o stypendium by się nie powiodły.

Musiałabym się wtedy gęsto tłumaczyć, jeśli zaczęłabym korzystać z drugiego konta, z którego przelewałam pieniądze na moje konto, do którego karty używałam najczęściej.

„Kieszonkowe”, jakie stamtąd sobie wypłacałam było po to, by nie było na pierwotnym rachunku, do którego miały wgląd niepowołane osoby, lokalizacji punktów, w których dokonywałam płatności bieżących.

Było to jednak za mało na czesne za studia.

Ale ćwiczyć lubiłam.

Na siłowni spędzałam pół godziny trzy razy w tygodniu i było tam kilka osób, które spotykałam regularnie.

Podobnie było na basenie, na którym spędzałam godzinę dwa razy w tygodniu i miałam zamiar robić to przez następne tygodnie, chociaż już się dowiedziałam, że studenci pierwszego roku mogli wybrać wśród zajęć gimnastycznych między innymi pływanie, więc mogłabym pływać na basenie uniwersyteckim i również na tym zaoszczędzić.

Więc tak poznałam kilka nowych osób, ale nie miałam zamiaru poznawać bliżej żadnych ludzi.

Poznanie kogoś mogłoby się skończyć tym, że kogoś bym polubiła, a polubienie kogoś zwykle kończyło się tym, że go traciłam.

Straciłam zbyt wiele osób i zbyt wiele rzeczy, które lubiłam w moim życiu.

Nie chciałam tego ponawiać, bo to bolało.

Weszłam do swojego pokoju i, podobnie jak za każdym razem w ostatnich dniach, mój wzrok powędrował do pustej przestrzeni tam, gdzie od dawna powinny być rzeczy Jane.

W niewielkim pokoju stały dwa pojedyncze łóżka, półki na książki, dwa proste biurka i była tam niewielka, zamykana na przesuwane drzwi, wbudowana, podwójna szafa.

Przy każdym biurku stało zwykłe krzesło i to było tyle.

Do pokoju przylegała mała toaleta.

Nie dotarły tu jeszcze jej skrzynie, więc nie było tam niczego prywatnego Jane, a i moich rzeczy było mało, bo moje skrzynie również nie przyleciały.

Obie większość naszego bagażu spakowałyśmy jednocześnie i tego samego dnia nadałyśmy w podobnych skrzyniach jako przesyłkę lotniczą na cargo, bo tak było taniej niż płacenie za nadbagaż, a tylko podstawowe rzeczy na tydzień lub dwa wzięłyśmy do walizek.

Jezus, Maria, jak sobie przypominałam, jak bardzo przy tym cieszyłyśmy się na to nowe życie w SLC, to czułam wręcz ból serca, że jej tu nie było.

Jane poznałam rok temu, kiedy przyleciałam do Stanów i zamieszkałam w akademiku na kampusie University of New York.

Była moją współlokatorką.

Była tak różna ode mnie, że nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że będę mogła się z kimś takim dogadać, a co dopiero zaprzyjaźnić.

Ale tak właśnie się stało.

Przez pół roku mnie irytowała, chociaż z każdym miesiącem coraz mniej, aż wreszcie polubiłam ją i… zaufałam jej.

Jak nikomu od lat nie ufałam.

Jane była po prostu światłem, bo tryskała energią, ogniem i była istnym wulkanem szalonych pomysłów, których miewała po dziesięć na godzinę.

Stale mówiła.

Potrafiła, jak małe dziecko, spontanicznie podskakiwać dookoła mnie i gestykulować z rozmachem, kiedy szłyśmy zatłoczonymi ulicami lub pasażem w galerii handlowej i rozmawiałyśmy o czymś, nawet na jakiś banalny temat.

Otworzyła mnie.

Sprawiła, że przy niej zaczęłam czasami śmiać się na głos w niekontrolowany sposób, swobodnie reagować na odzywki innych, a nawet nauczyła mnie, jak pokazywać środkowy palec w geście dezaprobaty, kiedy inny kierowca zajechał mi drogę.

Przez nią straciłam kontrolę nad moimi gestami, nad postawą ciała i pozwalałam sobie na okazywanie emocji.

A jednocześnie czułam, że ona była ze mną naprawdę szczera, że nie okłamywała mnie nawet w drobnych sprawach, chociaż nie wiedziałam, ile prawdy było w tych większych.

Po prostu mówiła dużo o swojej rodzinie, o łączących ich więziach, o swoim domu i dzieciństwie, a nigdy nie pytała mnie o moje, nawet jeśli ja sama nie mówiłam jej prawie nic na te tematy.

Przez miniony rok zaprzyjaźniłyśmy się do tego stopnia, że powiedziałam jej, że chciałam przenieść się do Salt Lake City, jak Amerykanie mawiali SLC, przyznałam dlaczego i opowiedziałam jej o moich poszukiwaniach kobiety, z którą kontakt utraciłam jakiś czas temu.

W końcu Jane zaplanowała nawet swoje przeniesienie na University of Utah, żebyśmy mogły być razem, kiedy przyznałam się jej, że chciałam zmienić kierunek studiów i uczelnię.

Dopiero jej przyznałam się, że kochałam zwierzęta.

Była dla mnie jak młodsza siostra, której nie miałam.

Najlepsza, jedyna przyjaciółka.

Jane była szaloną dziewczyną, która najpierw robiła, a dopiero potem myślała i to był główny powód, dla którego teraz się o nią bałam.

Byłam wręcz przerażona tym, co mogło jej się stać.

Bo nikt nie brał jej poważnie, więc nikt by jej nie szukał, a jednocześnie naprawdę mogła się wpakować w olbrzymie kłopoty.

Byłam przerażona myślą, że mogła zaufać niewłaściwej osobie.

Jej rodzina była przyzwyczajona do tego, że Jane odzywała się do nich raz w miesiącu lub rzadziej, a zadzwoniła do nich przed wyjazdem z Nowego Jorku.

Więc nie czekali na telefon od niej.

W czasie tych przemyśleń zdjęłam z siebie przepocone po gimnastyce sportowe ubrania, włożyłam je do torby na pranie, którą miałam na dnie szafy, owinęłam się za dużym, puchatym szlafrokiem, przerzuciłam przez ramię dwa ręczniki i zabrałam w garść potrzebne mi kosmetyki, by udać się pod prysznic.

Nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy lub może raczej nie chciałam ruszać za dużo pieniędzy z moich oszczędności, więc nie dopłaciłam, by mieć pokój z łazienką, a brak współlokatorki również nie wchodził w rachubę.

A administracja akademika dała mi do zrozumienia, że jeśli Jane nie pojawi się do połowy września, do początku roku szkolnego, zostanie mi dokwaterowany ktoś inny, obcy.

Więc miałam dodatkowy powód do zamartwiania się o Jane, chociaż ten jeden był czysto egoistyczny.

Stałam w obudowanej zielonymi kafelkami kabinie prysznicowej pod ostrym strumieniem ciepłej wody i nie relaksowałam się, bo ponure myśli wciąż dominowały w mojej głowie.

Kiedy skończyłam kąpiel, wyszłam spod prysznica z mokrymi włosami i wytarłam się w małej osłoniętej, zamkniętej, małej przestrzeni, zanim wyszłam do pustej części wspólnej żeńskiej strefy prysznicowej akademika.

Owinęłam głowę mniejszym ręcznikiem, nałożyłam szlafrok i przeszłam do swojego pokoju, gdzie zamknęłam się starannie, zanim ponownie się rozebrałam.

Wyjęłam z kosmetyczki balsam, by natrzeć ciało przed założeniem świeżych ubrań i starannie omijałam przy tym wzrokiem odbicie w lustrze, naprzeciwko którego stałam, bo wisiało na ścianie.

Nie lubiłam swojego ciała.

Byłam za mało kobieca, a za bardzo chłopięca, bo nie miałam biustu, bioder, tyłka, a wcięcie w talii było zaznaczone tak słabo, że prawie niewidoczne.

Ciężko pracowałam nad tym, by nie był widoczny mój brzuch, który miał tendencję do brzydkiego wyskakiwania po każdym większym posiłku, jaki zjadłam i bywał większy niż moje piersi, co było obrzydliwe, ohydne.

Włosy obcięłam już w Stanach, kilka miesięcy temu, do takiej długości, że jedynie zakręcone w loki kosmyki muskały moją szyję, co było wygodne, chociaż może mało atrakcyjne.

Ale i tak byłam mało atrakcyjna, więc nie miało to znaczenia.

Ubrałam się w wygodny, chociaż niezbyt wyjściowy, strój do pracy, na który składały się dżinsy i zwykły t-shirt, zjadłam szybkie śniadanie składające się z muesli, które sama przygotowywałam z różnych płatków, ziaren i świeżych owoców zalanych jogurtem naturalnym, a potem umyłam szybko zęby w małej toalecie przy pokoju i wyszłam ponownie z akademika do swojego samochodu.

Było bardzo ciepło jak na prawie-jesień, więc nie musiałam brać niczego więcej do ubierania się, a tylko miałam przy sobie torebkę z niezbędnymi rzeczami takimi jak telefon i portfel.

Na nogi założyłam Air Max’y, do kupna których namówiła mnie kiedyś Jane, a które okazały się być bardzo wygodne do pracy, jaka mnie czekała, co już wiedziałam, bo pracowałam w nich dorywczo w Nowym Jorku jako kelnerka.

Tym razem cel mojej podróży był oddalony nieco bardziej, więc musiałam przebijać się zatłoczonymi o tej porze ulicami miasta przez dobre piętnaście minut, ale bardzo lubiłam to, że tutejsze ulice były szerokie i przejrzyście oznakowane, więc jechałam prawie z przyjemnością.

To był trzeci dzień mojej pełnoetatowej, poważnej pracy w tutejszej prawdziwej klinice weterynaryjnej, chociaż za ponad tydzień miałam pracować już tylko na pół etatu, bo zaczynały się zajęcia w szkole.

Kochałam to.

Znalazłam tą pracę przez Internet w tym samym czasie, kiedy zaczęłam na poważnie załatwiać sobie przeniesienie się na University of Utah, który, jak już wiedziałam, powinnam nazywać po prostu U.

Złożyłam aplikację i zostałam przyjęta od ręki.

Chciałam pracować, ale to było coś więcej.

Praca w klinice weterynaryjnej miała mi przynieść trochę pieniędzy na bieżące wydatki, ale również dać doświadczenie w pracy ze zwierzętami oraz ewentualny staż, który potrzebowałabym odbyć w czasie studiów.

Miałam już tego typu doświadczenie z Polski, bo pracowałam jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt i jako opiekunka w hotelu dla zwierząt, na co zaświadczenia miałam w języku angielskim, bo dołączyłam je również do prośby o stypendium na studiach.

Wtedy miało mi to dać punkty do mojej aplikacji na jakiś uniwersytet w Wielkiej Brytanii lub Stanach, ale tak naprawdę robiłam to, bo kochałam zwierzęta, byłam dobra w tym, co robiłam i, co może było nawet ważniejsze, czułam się w ten sposób potrzebna.

Moim rodzicom mówiłam zawsze o tym pierwszym powodzie.

Moja praca ze zwierzętami zaczęła się jednak o wiele wcześniej, bo od dzieciństwa jeździłam konno w stadninie pod miastem, do której woziła mnie mama lub jedna z opiekunek.

Cóż, opiekunki częściej.

Jak tak pomyślę, to dochodzę do wniosku, że przez kilka ostatnich lat wyłącznie opiekunki.

Nawet wolałam, kiedy na te lekcje zawoziły mnie opiekunki, bo moja mama nie do końca zdawała sobie sprawę, że przygotowanie do lekcji i sprzątnięcie po niej oznaczało również pewne zabiegi pielęgnacyjne przy koniach, w boksie, a tam nie było do końca czysto i ładnie, jak to sobie wyobrażała moja mama.

Mnie to nie przeszkadzało.

A w tej konkretnej stadninie ostatecznie znano mnie na tyle dobrze, że pozwalano mi na samodzielne czyszczenie koni, czyszczenie ich kopyt w określonych okolicznościach, kiedy nie wymagało to interwencji specjalisty.

Ale dzięki temu nauczyłam się używania kilku narzędzi, wiedziałam, jak podejść do konia, unieść jego nogę, potrafiłam rozpoznać ich charaktery i zapanować nad niektórymi nieco bardziej niesfornymi.

Okazało się, że miałam rękę do zwierząt, intuicję do ich leczenia i poczułam się tam chciana, doceniona.

A poza tym asystowałam kilka razy podczas pracy zaprzyjaźnionemu z nimi weterynarzowi, co dało mi spojrzenie od jego strony na jego pracę.

I to właśnie był początek mojej pasji.

Pasji, z którą musiałam się kryć przez lata, by mieć możliwość jej realizacji.

Co prawda ta pasja miała swoje drugie dno.

Chodziło o to, że zwierzęta mnie nie oceniały, nie wypytywały, mogłam przy nich być po prostu sobą.

Nie musiałam niczego udawać i nie musiałam się spinać.

Nie kazały mi być najlepszą, bo dla nich byłam najlepsza.

Wystarczyło, że byłam.

Dlatego weterynaria, leczenia zwierząt, pomaganie im, a nawet zwykłe przebywanie z nimi było dla mnie spełnieniem wszelkich marzeń, nie tylko o zawodzie, ale też o sposobie życia.

Kiedy dojechałam do kliniki, rozdzwonił się mój telefon, a na wyświetlaczu pojawił się lokalny numer telefonu stacjonarnego, więc odebrałam.

Dobrze, że zaparkowałam, bo moja Micra nie miała komputera pokładowego z możliwością podłączenia telefonu na głośnomówiący.

- Halo? - zapytałam, wiedząc, że nie powinnam się przedstawiać i nie powinnam zaczynać od „Tak”, by nikt tego nie wykorzystał.

###
CDN.

2 komentarze: