Rozdział 22
Moja córeczko
Kate
Ta
droga od szafy, w której wcześniej powiesiłam swoją kurtkę, do drzwi, którymi
miałam wyjść z sali szpitalnej Ryana, była najdłuższą drogą, jaką kiedykolwiek
przebyłam w swoim życiu.
Nogi
nie chciały mi się poruszać.
Jakbym
brodziła w zastygłej smole.
Sekundy
ciągnęły się w nieskończoność i, jak później o tym myślałam, przypominały mi
słowa Maggie trwało to całe wieki.
Dokładnie
tak to czułam.
Nie
słyszałam niczego i nikogo, bo w głowie ciągle i ciągle w kółko brzmiały mi słowa Ryana Nie chcę cię tu.
Zaschło
mi w gardle, ale nie mogłam przełknąć śliny.
Myśli
kotłowały mi się po głowie z dominującą jedną jako pytaniem Co ja mam teraz zrobić?
Nie
pomyślałam o tym, że przywiózł mnie tam David i nie miałam swojego samochodu,
wiec nie miałabym jak wrócić do domu.
Nie
pomyślałam o tym, że nie byłam pewna, czy nadal był to mój dom.
Po
prostu chciałam wykonać polecenie Ryana i wyjść stamtąd.
Dlatego
szłam przed siebie.
Ale
też dało mi to czas na przypomnienie sobie kilku prawd.
Jedną
z tych prawd było to, że to nie byłam ja,
że ja nie byłam sobą, wychodząc z tej
sali, bez słowa podporządkowując się tak dziwnemu i niemiłemu poleceniu Ryana,
a zdążyłam trochę już siebie poznać.
Podczas
tych wielu, bardzo wielu rozmów z
Sarą ustaliłam, że zawsze wypełniałam polecenia innych, bo byłam zastraszona i
nie miałam wyjścia.
Musiałam
to robić, żeby przetrwać.
Moja
mama mogła to zrobić, bo byłam zbyt młoda i byłam od niej zależna również
finansowo.
Podczas
mojej podróży do wyjścia z pokoju szpitalnego Ryana dotarło do mnie, że tym
razem było inaczej, bo teraz, kiedy Ryan rozkazał
mi, bym wyszła i pojechała do domu, a ja tego nie chciałam, nie musiałam
tego robić.
Bo
przecież nie chciałam.
Powinnam
najpierw z nim porozmawiać.
Musiał mnie wysłuchać.
Drugą
prawdą było to, co mówiły kobiety na spotkaniach grupy Maggie i Alice, czyli
reakcja męża Liliany na ból i ograniczenie sprawności podczas jego
rehabilitacji.
Nie
powiedziały mi tego wprost, ale kiedyś, idąc do toalety w barze, w którym
spotkałyśmy się na kawę, ciastka i plotki, podsłuchałam je dwie, Lilianę i Romę,
wracające z zaplecza, gdzie paliły papierosy, jak kończyły swoją rozmowę.
-
…jak ma gorszy dzień - mówiła Liliana,
a ja wiedziałam, że mówiła o swoim mężu - Bardziej
go boli masaż blizn lub nie udaje mu się czegoś zrobić, potrafi mi powiedzieć,
że nie chce ze mną być i mam się z nim rozwieść.
Mąż
Liliany bywał dla niej wredny, bo nie chciał, żeby go żałowała.
Tak,
niczym uderzenie pioruna dotarło do mnie, że to o to chodziło Ryanowi.
Ryan powiedział,
że mam wyjść, bo nie chce, żebym go oglądała takiego słabego, chorego i
bezbronnego
- pomyślałam.
Ryan
był, jaki był, czyli był opiekuńczy, troskliwy, ale też chciał być postrzegany
jako męski, silny i niepokonany.
Ale
on opiekował się mną, kiedy byłam chora, a ja chciałam opiekować się nim nie
dlatego, że byłam mu to winna, ale dlatego, że mi na nim zależało.
Na
tym polega miłość.
To
była kolejna prawda, która uderzyła we mnie jak pociąg towarowy.
Kochałam
Ryana, ale on chyba nie wiedział, że miłość to nie tylko branie, ale też
dawanie i właśnie teraz chciałam mu dać.
Dać
mu tę odrobinę czułości i troski, na jaką zasługiwał.
Dlatego,
kiedy złapałam dłonią za klamkę, wyprostowałam plecy, napięłam wszystkie
mięśnie, moje wargi zacisnęły się w wąską kreskę, a czoło się zmarszczyło.
Nie mogłam wyjść.
Stałam
przez chwilę przodem do drzwi, uzmysławiając sobie, że za mną rozbrzmiały i
ucichły wzburzone głosy rodziców Ryana, kiedy szłam przez pokój, bo wcześniej
niczego nie słyszałam przez krew pulsującą głośno w moich uszach.
Teraz
cisza dosłownie dzwoniła mi w uszach.
Spojrzałam
na moje drżące palce zaciśnięte na klamce, wzięłam jeszcze jeden wdech, ale to
mnie nie uspokoiło.
Wręcz
przeciwnie, poczułam złość skierowaną
na irracjonalne zachowanie mojego narzeczonego.
Nie,
nie złość.
Byłam
na niego wściekła.
Sara
podczas jednej z naszych sesji powiedziała mi, że nie powinnam ukrywać swoich
emocji, a najlepiej uwalniać je szybko, chociaż w możliwie kontrolowany sposób.
Wzięcie
jednego, a potem drugiego wdechu pomogło mi się opanować, ale nie zamierzałam
kryć się z moją wściekłością i skierować ją na tego, kto ją spowodował.
Na Ryana.
Więc
odwróciłam się powoli, ale podeszłam do jego łóżka szybko, by stanąć tam, rzucić
torebkę na stolik obok łóżka i zawarczeć ze złością:
-
Jak śmiesz tak do mnie mówić, Ryanie Maintaining!
Ryan
spojrzał na mnie, otworzył usta i znieruchomiał, podobnie jak znieruchomieli
jego rodzice, którzy do tej pory stali przytuleni do siebie przy odległym oknie.
-
Chyba sobie żartujesz, jeśli myślisz,
że powinnam wyjść - Ryan nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, więc
podniosłam prawą rękę i skierowałam ją wnętrzem dłoni do niego, kiedy jej palce
wskazywały sufit.
-
A-a - powiedziałam, energicznie raz kręcąc głową, spoglądając na swoje buty, a
potem opuściłam rękę i dłoń zawiniętą w pięść oparłam o moje biodro, kiedy podniosłam
głowę, by spojrzeć na niego i ciągnąć dalej.
-
Więc, według ciebie ty - wyrzuciłam
prawą dłoń z palcem wskazującym wyciągniętym w jego stronę i dźgnęłam w
powietrzu, mówiąc - …mogłeś zbierać mnie
- wskazałam prawym kciukiem na swoją pierś, kontynuując - …z podłogi w łazience
koło zabrudzonej toalety, jak byłam chora i… jak to wspaniale określiłeś do Sary? - żeby podkreślić mój sarkazm zgięłam
prawą dłoń do swojej twarzy, oparłam jej łokieć na palcach lewej ręki,
spojrzałam w sufit i popukałam się palcem wskazującym po policzku, udając, że
próbowałam sobie przypomnieć - Rzygałam
jak kot! - krzyknęłam, wyrzucając obie ręce na boki i do góry, kiedy wyprostowałam
się i wywróciłam oczami do sufitu.
-
To… - ugodowym tonem spróbował się odezwać Ryan, na co ponownie oparłam pięści
o biodra, pochyliłam się do przodu, tupnęłam nogą i krzyknęłam:
-
Cicho! Teraz ja mówię!
Ryan
ucichł, ale jego szaro niebieskie oczy zalśniły humorem, co wcale nie powodowało załagodzenia mojej
wściekłości.
-
A ja nie mogę ci pomagać w twojej chorobie, bo… - przerwałam podniosłam obie
ręce i wyrzuciłam je na boki, ponownie chwilowo spoglądając w sufit - Co?
Zaczęłam
chodzić po pokoju, co chwilę ekspresyjnie wyrzucając ręce na boki lub do sufitu
i paplałam głośno:
-
Myślałam, że rozumiemy się, że to, co
mamy to partnerstwo. Ale widocznie nie! Myślałam, że się dogadaliśmy, że pomagamy sobie wzajemnie. Ale… - nie zatrzymując się, przerwałam i prychnęłam - Pfff! - a później kontynuowałam moje
paplanie - …szanowny pan widocznie
sobie nie życzy! Myślałam, że się
zrozumieliśmy, że kocha się na dobre i na złe, ale…
-
Kate! - zawołał Ryan, więc spojrzałam
na niego.
Stałam
oddalona od niego o kilka kroków i popatrzyłam na niego z rozżaleniem, kiedy
dokończyłam ciszej:
-
A ja cię kocham, Ry. Naprawdę cię kocham. Na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie. Więc nie rozumiem…
-
Chodź tu, Kitty - zawołał Ryan łagodnym głosem, na który zamrugałam gwałtownie,
bo poczułam, jakby zaraz miała się rozpłakać.
-
Ja nie rozumiem - dodałam szeptem, ale ruszyłam w jego kierunku powolnym,
chwiejnym krokiem.
Kiedy
tam szłam, zobaczyłam rodziców Ryana, którzy stali nadal przy oknie, a Roch
obejmował Ingrid od tyłu w talii, bo wyglądała, jakby zamierzała biec do mnie,
kiedy wcześniej dostałam swojego napadu słowotoku.
Trzymał
ją i oboje mi się przyglądali.
Zatrzymałam
się i pomyślałam ze wstydem, że zrobiłam z siebie kompletną kretynkę, więc
rozchyliłam wargi i otworzyłam szeroko oczy, a moje ciało napięło się do
ucieczki, kiedy stanęłam po środku sali.
-
Kate? - Ryan zawołał mnie tym razem zaniepokojonym tonem - Nie mogę do ciebie
wstać - stwierdził, więc spojrzałam na niego - Ty musisz przyjść do mnie.
Już i tak za bardzo ruszałem się i denerwowałem.
To
brzmiało prawie jak szantaż emocjonalny, ale nie obchodziło mnie to, bo
najważniejsze było to, że Ryan faktycznie
nie powinien był się wysilać, a może nie powinnam go denerwować i nawet dać mu
spać.
Dlatego
w końcu podeszłam bliżej do jego łóżka.
-
Usiądź tu, Kitty - powiedział mój mężczyzna łagodnie i pogładził brzeg materaca
dłonią, ale nie podniósł głowy i nie poruszył ręką, a ponieważ był bardzo
blady, więc pomyślałam, że czuje się źle i natychmiast wykonałam jego prośbę.
Nie
czułam się dobrze z tym, co mi powiedział, nie czułam się w porządku z tym, co
sama powiedziałam, więc ruszyłam się tylko o mały kroczek, kiedy oddychałam
ciężko i szybko, a na dodatek nie mogłam mu spojrzeć w oczy.
-
Kate, ja… - Ryan zaczął, ale nie dokończył swojego zdania, tylko przerwał i
westchnął.
-
Przepraszam - szepnęłam i jeszcze niżej zwiesiłam głowę.
-
Kitty, spójrz na mnie - powiedział Ryan i jego głos był jeszcze bardziej
łagodny, o ile to było możliwe.
Nie
zrobiwszy kolejnego kroku, podniosłam głowę i wreszcie milcząco spojrzałam w
jego oczy.
-
Nie stracisz mnie - powiedział cicho, łagodnie, ale z mocą.
Zacisnęłam
wargi, bo tak, to o to chodziło.
Wypierałam
to uczucie, okłamywałam siebie sama, że poradziłam sobie z tym strachem, ale
najwyraźniej tak nie było.
Usłyszałam
z boku głos, który świadczył o tym, że Ingrid gwałtownie wciągnęła powietrze do
płuc, ale tam nie spojrzałam.
Wiedziałam,
że nie wiedziała tego o mnie.
Najwyraźniej
właśnie się dowiedziała.
Ale
ja nie mogłam oderwać wzroku od kochanych oczu mojego wspaniałego mężczyzny,
który znał mnie lepiej, niż ja sama znałam siebie.
-
Nie stracisz mnie, słyszysz, Kitty? - Ryan zapytał głośniej, a ja, jakbym była
zahipnotyzowana, skinęłam głową, kiedy wciąż patrzyłam w jego oczy - Jesteś
moją rodziną - powiedział.
-
Tak - szepnęłam.
-
No to chodź tu bliżej mnie - powiedział już dużo ciszej, a w jego głosie zabrzmiało
zmęczenie, więc poczułam wyrzuty sumienia.
Ruszyłam
niemrawo nogami, by pokonać dzielący nas dystans, usiadłam na brzegu materaca, położyłam
dłoń na jego mostku i pochyliłam się całym ciałem w stronę jego twarzy.
Było
mi tak strasznie wstyd za mój wybuch.
-
Ry, ja nie chciałam… - zaczęłam znowu go przepraszać, ale mi na to nie
pozwolił.
-
Nie chciałaś powiedzieć, że mnie kochasz? - zapytał z humorem w głosie, ale to mnie przestraszyło, więc pokręciłam energicznie
głową, by zaprzeczyć.
-
To ja przepraszam, kochanie - powiedział Ryan, kładąc dłoń na mojej dłoni, pod którą
wyczuwałam przyspieszone, słabe bicie jego serca.
Wiedziałam,
co to oznaczało.
Miał
zbyt niskie ciśnienie i był zmęczony.
Musiałam
odpuścić.
-
Kocham cię - powiedziałam cicho i łagodnie, by go uspokoić - Zamknij oczy. Śpij.
Odpoczywaj. Przyjdziemy do ciebie jutro rano.
Czułam,
jak Ryan się rozluźniał.
-
Mhm - mruknął - Dali mi niezłe usypiacze - mamrotał coraz ciszej.
Nie
sądziłam, żeby chodziło o leki, które dali mu w kroplówkach, bo raczej była to
reakcja jego organizmu na ranę i stres, ale nie powiedziałam tego na głos.
Najważniejsze
było to, że zaczął odpoczywać, relaksować się i zasypiać.
Dlatego
siedziałam tam bez ruchu i w ciszy.
Kiedy
jego oczy zamknęły się, a oddech uspokoił, wyprostowałam się, a wtedy poczułam
blisko za plecami obecność Ingrid.
Wstałam
ostrożnie, żeby nie obudzić Ryana, odwróciłam się przodem do jego mamy i szepnęłam
ponownie - Przepraszam.
Ingrid
bez słowa wyciągnęła obie ręce w moją stronę, delikatnie chwyciła palcami moje
ramiona, a następnie przyciągnęła mnie do swojego ciała.
To było
takie miłe.
Zamrugałam
gwałtownie, kiedy owinęła mnie rękoma i przytuliła mocno do swojej piersi, rozłożyła
palce jednej dłoni na moich łopatkach a drugą pogładziła moje włosy.
-
Już dobrze, moja córeczko - szepnęła w moje włosy i musiałam bardzo się wysilić,
by stłumić szloch, który wyrwał mi się z piersi.
Nigdy
nie słyszałam tych słów.
Nigdy,
przenigdy, od nikogo.
Jak
dobrze brzmiały.
*****
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz