wtorek, 6 lutego 2024

22 - Moja córeczko (Kate)

 

Rozdział 22

Moja córeczko

Kate

 

 

Ta droga od szafy, w której wcześniej powiesiłam swoją kurtkę, do drzwi, którymi miałam wyjść z sali szpitalnej Ryana, była najdłuższą drogą, jaką kiedykolwiek przebyłam w swoim życiu.

Nogi nie chciały mi się poruszać.

Jakbym brodziła w zastygłej smole.

Sekundy ciągnęły się w nieskończoność i, jak później o tym myślałam, przypominały mi słowa Maggie trwało to całe wieki.

Dokładnie tak to czułam.

Nie słyszałam niczego i nikogo, bo w głowie ciągle i ciągle w kółko brzmiały mi słowa Ryana Nie chcę cię tu.

Zaschło mi w gardle, ale nie mogłam przełknąć śliny.

Myśli kotłowały mi się po głowie z dominującą jedną jako pytaniem Co ja mam teraz zrobić?

Nie pomyślałam o tym, że przywiózł mnie tam David i nie miałam swojego samochodu, wiec nie miałabym jak wrócić do domu.

Nie pomyślałam o tym, że nie byłam pewna, czy nadal był to mój dom.

Po prostu chciałam wykonać polecenie Ryana i wyjść stamtąd.

Dlatego szłam przed siebie.

Ale też dało mi to czas na przypomnienie sobie kilku prawd.

Jedną z tych prawd było to, że to nie byłam ja, że ja nie byłam sobą, wychodząc z tej sali, bez słowa podporządkowując się tak dziwnemu i niemiłemu poleceniu Ryana, a zdążyłam trochę już siebie poznać.

Podczas tych wielu, bardzo wielu rozmów z Sarą ustaliłam, że zawsze wypełniałam polecenia innych, bo byłam zastraszona i nie miałam wyjścia.

Musiałam to robić, żeby przetrwać.

Moja mama mogła to zrobić, bo byłam zbyt młoda i byłam od niej zależna również finansowo.

Podczas mojej podróży do wyjścia z pokoju szpitalnego Ryana dotarło do mnie, że tym razem było inaczej, bo teraz, kiedy Ryan rozkazał mi, bym wyszła i pojechała do domu, a ja tego nie chciałam, nie musiałam tego robić.

Bo przecież nie chciałam.

Powinnam najpierw z nim porozmawiać.

Musiał mnie wysłuchać.

Drugą prawdą było to, co mówiły kobiety na spotkaniach grupy Maggie i Alice, czyli reakcja męża Liliany na ból i ograniczenie sprawności podczas jego rehabilitacji.

Nie powiedziały mi tego wprost, ale kiedyś, idąc do toalety w barze, w którym spotkałyśmy się na kawę, ciastka i plotki, podsłuchałam je dwie, Lilianę i Romę, wracające z zaplecza, gdzie paliły papierosy, jak kończyły swoją rozmowę.

- …jak ma gorszy dzień - mówiła Liliana, a ja wiedziałam, że mówiła o swoim mężu - Bardziej go boli masaż blizn lub nie udaje mu się czegoś zrobić, potrafi mi powiedzieć, że nie chce ze mną być i mam się z nim rozwieść.

Mąż Liliany bywał dla niej wredny, bo nie chciał, żeby go żałowała.

Tak, niczym uderzenie pioruna dotarło do mnie, że to o to chodziło Ryanowi.

Ryan powiedział, że mam wyjść, bo nie chce, żebym go oglądała takiego słabego, chorego i bezbronnego - pomyślałam.

Ryan był, jaki był, czyli był opiekuńczy, troskliwy, ale też chciał być postrzegany jako męski, silny i niepokonany.

Ale on opiekował się mną, kiedy byłam chora, a ja chciałam opiekować się nim nie dlatego, że byłam mu to winna, ale dlatego, że mi na nim zależało.

Na tym polega miłość.

To była kolejna prawda, która uderzyła we mnie jak pociąg towarowy.

Kochałam Ryana, ale on chyba nie wiedział, że miłość to nie tylko branie, ale też dawanie i właśnie teraz chciałam mu dać.

Dać mu tę odrobinę czułości i troski, na jaką zasługiwał.

Dlatego, kiedy złapałam dłonią za klamkę, wyprostowałam plecy, napięłam wszystkie mięśnie, moje wargi zacisnęły się w wąską kreskę, a czoło się zmarszczyło.

Nie mogłam wyjść.

Stałam przez chwilę przodem do drzwi, uzmysławiając sobie, że za mną rozbrzmiały i ucichły wzburzone głosy rodziców Ryana, kiedy szłam przez pokój, bo wcześniej niczego nie słyszałam przez krew pulsującą głośno w moich uszach.

Teraz cisza dosłownie dzwoniła mi w uszach.

Spojrzałam na moje drżące palce zaciśnięte na klamce, wzięłam jeszcze jeden wdech, ale to mnie nie uspokoiło.

Wręcz przeciwnie, poczułam złość skierowaną na irracjonalne zachowanie mojego narzeczonego.

Nie, nie złość.

Byłam na niego wściekła.

Sara podczas jednej z naszych sesji powiedziała mi, że nie powinnam ukrywać swoich emocji, a najlepiej uwalniać je szybko, chociaż w możliwie kontrolowany sposób.

Wzięcie jednego, a potem drugiego wdechu pomogło mi się opanować, ale nie zamierzałam kryć się z moją wściekłością i skierować ją na tego, kto ją spowodował.

Na Ryana.

Więc odwróciłam się powoli, ale podeszłam do jego łóżka szybko, by stanąć tam, rzucić torebkę na stolik obok łóżka i zawarczeć ze złością:

- Jak śmiesz tak do mnie mówić, Ryanie Maintaining!

Ryan spojrzał na mnie, otworzył usta i znieruchomiał, podobnie jak znieruchomieli jego rodzice, którzy do tej pory stali przytuleni do siebie przy odległym oknie.

- Chyba sobie żartujesz, jeśli myślisz, że powinnam wyjść - Ryan nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, więc podniosłam prawą rękę i skierowałam ją wnętrzem dłoni do niego, kiedy jej palce wskazywały sufit.

- A-a - powiedziałam, energicznie raz kręcąc głową, spoglądając na swoje buty, a potem opuściłam rękę i dłoń zawiniętą w pięść oparłam o moje biodro, kiedy podniosłam głowę, by spojrzeć na niego i ciągnąć dalej.

- Więc, według ciebie ty - wyrzuciłam prawą dłoń z palcem wskazującym wyciągniętym w jego stronę i dźgnęłam w powietrzu, mówiąc - …mogłeś zbierać mnie - wskazałam prawym kciukiem na swoją pierś, kontynuując - …z podłogi w łazience koło zabrudzonej toalety, jak byłam chora i… jak to wspaniale określiłeś do Sary? - żeby podkreślić mój sarkazm zgięłam prawą dłoń do swojej twarzy, oparłam jej łokieć na palcach lewej ręki, spojrzałam w sufit i popukałam się palcem wskazującym po policzku, udając, że próbowałam sobie przypomnieć - Rzygałam jak kot! - krzyknęłam, wyrzucając obie ręce na boki i do góry, kiedy wyprostowałam się i wywróciłam oczami do sufitu.

- To… - ugodowym tonem spróbował się odezwać Ryan, na co ponownie oparłam pięści o biodra, pochyliłam się do przodu, tupnęłam nogą i krzyknęłam:

- Cicho! Teraz ja mówię!

Ryan ucichł, ale jego szaro niebieskie oczy zalśniły humorem, co wcale nie powodowało załagodzenia mojej wściekłości.

- A ja nie mogę ci pomagać w twojej chorobie, bo… - przerwałam podniosłam obie ręce i wyrzuciłam je na boki, ponownie chwilowo spoglądając w sufit - Co?

Zaczęłam chodzić po pokoju, co chwilę ekspresyjnie wyrzucając ręce na boki lub do sufitu i paplałam głośno:

- Myślałam, że rozumiemy się, że to, co mamy to partnerstwo. Ale widocznie nie! Myślałam, że się dogadaliśmy, że pomagamy sobie wzajemnie. Ale… - nie zatrzymując się, przerwałam i prychnęłam - Pfff! - a później kontynuowałam moje paplanie - …szanowny pan widocznie sobie nie życzy! Myślałam, że się zrozumieliśmy, że kocha się na dobre i na złe, ale…

- Kate! - zawołał Ryan, więc spojrzałam na niego.

Stałam oddalona od niego o kilka kroków i popatrzyłam na niego z rozżaleniem, kiedy dokończyłam ciszej:

- A ja cię kocham, Ry. Naprawdę cię kocham. Na dobre i na złe. W zdrowiu i w chorobie. Więc nie rozumiem…

- Chodź tu, Kitty - zawołał Ryan łagodnym głosem, na który zamrugałam gwałtownie, bo poczułam, jakby zaraz miała się rozpłakać.

- Ja nie rozumiem - dodałam szeptem, ale ruszyłam w jego kierunku powolnym, chwiejnym krokiem.

Kiedy tam szłam, zobaczyłam rodziców Ryana, którzy stali nadal przy oknie, a Roch obejmował Ingrid od tyłu w talii, bo wyglądała, jakby zamierzała biec do mnie, kiedy wcześniej dostałam swojego napadu słowotoku.

Trzymał ją i oboje mi się przyglądali.

Zatrzymałam się i pomyślałam ze wstydem, że zrobiłam z siebie kompletną kretynkę, więc rozchyliłam wargi i otworzyłam szeroko oczy, a moje ciało napięło się do ucieczki, kiedy stanęłam po środku sali.

- Kate? - Ryan zawołał mnie tym razem zaniepokojonym tonem - Nie mogę do ciebie wstać - stwierdził, więc spojrzałam na niego - Ty musisz przyjść do mnie. Już i tak za bardzo ruszałem się i denerwowałem.

To brzmiało prawie jak szantaż emocjonalny, ale nie obchodziło mnie to, bo najważniejsze było to, że Ryan faktycznie nie powinien był się wysilać, a może nie powinnam go denerwować i nawet dać mu spać.

Dlatego w końcu podeszłam bliżej do jego łóżka.

- Usiądź tu, Kitty - powiedział mój mężczyzna łagodnie i pogładził brzeg materaca dłonią, ale nie podniósł głowy i nie poruszył ręką, a ponieważ był bardzo blady, więc pomyślałam, że czuje się źle i natychmiast wykonałam jego prośbę.

Nie czułam się dobrze z tym, co mi powiedział, nie czułam się w porządku z tym, co sama powiedziałam, więc ruszyłam się tylko o mały kroczek, kiedy oddychałam ciężko i szybko, a na dodatek nie mogłam mu spojrzeć w oczy.

- Kate, ja… - Ryan zaczął, ale nie dokończył swojego zdania, tylko przerwał i westchnął.

- Przepraszam - szepnęłam i jeszcze niżej zwiesiłam głowę.

- Kitty, spójrz na mnie - powiedział Ryan i jego głos był jeszcze bardziej łagodny, o ile to było możliwe.

Nie zrobiwszy kolejnego kroku, podniosłam głowę i wreszcie milcząco spojrzałam w jego oczy.

- Nie stracisz mnie - powiedział cicho, łagodnie, ale z mocą.

Zacisnęłam wargi, bo tak, to o to chodziło.

Wypierałam to uczucie, okłamywałam siebie sama, że poradziłam sobie z tym strachem, ale najwyraźniej tak nie było.

Usłyszałam z boku głos, który świadczył o tym, że Ingrid gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc, ale tam nie spojrzałam.

Wiedziałam, że nie wiedziała tego o mnie.

Najwyraźniej właśnie się dowiedziała.

Ale ja nie mogłam oderwać wzroku od kochanych oczu mojego wspaniałego mężczyzny, który znał mnie lepiej, niż ja sama znałam siebie.

- Nie stracisz mnie, słyszysz, Kitty? - Ryan zapytał głośniej, a ja, jakbym była zahipnotyzowana, skinęłam głową, kiedy wciąż patrzyłam w jego oczy - Jesteś moją rodziną - powiedział.

- Tak - szepnęłam.

- No to chodź tu bliżej mnie - powiedział już dużo ciszej, a w jego głosie zabrzmiało zmęczenie, więc poczułam wyrzuty sumienia.

Ruszyłam niemrawo nogami, by pokonać dzielący nas dystans, usiadłam na brzegu materaca, położyłam dłoń na jego mostku i pochyliłam się całym ciałem w stronę jego twarzy.

Było mi tak strasznie wstyd za mój wybuch.

- Ry, ja nie chciałam… - zaczęłam znowu go przepraszać, ale mi na to nie pozwolił.

- Nie chciałaś powiedzieć, że mnie kochasz? - zapytał z humorem w głosie, ale to mnie przestraszyło, więc pokręciłam energicznie głową, by zaprzeczyć.

- To ja przepraszam, kochanie - powiedział Ryan, kładąc dłoń na mojej dłoni, pod którą wyczuwałam przyspieszone, słabe bicie jego serca.

Wiedziałam, co to oznaczało.

Miał zbyt niskie ciśnienie i był zmęczony.

Musiałam odpuścić.

- Kocham cię - powiedziałam cicho i łagodnie, by go uspokoić - Zamknij oczy. Śpij. Odpoczywaj. Przyjdziemy do ciebie jutro rano.

Czułam, jak Ryan się rozluźniał.

- Mhm - mruknął - Dali mi niezłe usypiacze - mamrotał coraz ciszej.

Nie sądziłam, żeby chodziło o leki, które dali mu w kroplówkach, bo raczej była to reakcja jego organizmu na ranę i stres, ale nie powiedziałam tego na głos.

Najważniejsze było to, że zaczął odpoczywać, relaksować się i zasypiać.

Dlatego siedziałam tam bez ruchu i w ciszy.

Kiedy jego oczy zamknęły się, a oddech uspokoił, wyprostowałam się, a wtedy poczułam blisko za plecami obecność Ingrid.

Wstałam ostrożnie, żeby nie obudzić Ryana, odwróciłam się przodem do jego mamy i szepnęłam ponownie - Przepraszam.

Ingrid bez słowa wyciągnęła obie ręce w moją stronę, delikatnie chwyciła palcami moje ramiona, a następnie przyciągnęła mnie do swojego ciała.

To było takie miłe.

Zamrugałam gwałtownie, kiedy owinęła mnie rękoma i przytuliła mocno do swojej piersi, rozłożyła palce jednej dłoni na moich łopatkach a drugą pogładziła moje włosy.

- Już dobrze, moja córeczko - szepnęła w moje włosy i musiałam bardzo się wysilić, by stłumić szloch, który wyrwał mi się z piersi.

Moja córeczko.

Nigdy nie słyszałam tych słów.

Nigdy, przenigdy, od nikogo.

Jak dobrze brzmiały.

*****

cdn.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz