piątek, 19 stycznia 2024

16 - Na krawędzi (Kate)

 

Rozdział 16

Na krawędzi

Kate

 

 

Październik

Na dworze było zimno, wietrznie i deszczowo, co skutecznie pogarszało mój i tak już fatalny nastrój, chociaż nie przyjechałam tu komunikacją miejską, a swoim wygodnym i ciepłym Eco Sportem.

Ani nie było mi zimno, ani nie byłam chora, bo to złe samopoczucie to było coś, co tkwiło wyłącznie w mojej głowie.

Byłam ubrana w wygodną tunikę swetrową, która zapewniała mi ciepło, a jej jasny, pastelowy, seledynowy kolor powinien mnie podbudować.

Siedziałam na miękkim, kremowym dywanie obok Ianki w jej całkiem dużym pokoiku i naprawdę bardzo mocno próbowałam się skupić na powtarzaniu materiału z ostatnich kilku ćwiczeń i wykładów, bo przygotowywałyśmy się do zapowiedzianego na przyszły poniedziałek kolokwium z biochemii.

Trudno mi jednak było skutecznie uczyć się wśród tych  mdląco-landrynkowo różowych ścian, słodkich, fikuśnych, falbaniastych firaneczek, porozwieszanych wszędzie czerwonych i fioletowych wstążek, miękkich pluszaków, dziewczęcych ubrań, schludnie rozwieszonych na wieszakach w otwartej wgłębionej szafie i wielu innych rzeczy, które tak boleśnie przypominały mi gorsze czasy.

To było jak piekielne déjà vu.

Ten pokój był dosłownie taki sam, jakim był tamten mój w domu w Polsce, który był tak bardzo mojej mamy, urządzony na jej zlecenie przez wykwalifikowaną, drogą projektantkę, a przez to był tak bardzo nie mój.

Miałam w nim zrobione tysiące zdjęć, które mama potem umieściła na swoim koncie na Insta, pod tagiem #słodka córeczka.

Pokój Ianki przez to przywodził mi na myśl wszystko, co straciłam przez lata życia z moją mamą, z moim nieobecnym tatą, z fałszywymi przyjaciółkami.

Nie chodziło o to, że zawsze tak się tutaj czułam.

Po prostu ostatnio źle działo się w moim życiu, a ja nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć, a tym bardziej nie potrafiłam sobie z tym poradzić.

Miesiące, w których miałam obok siebie Ryana spowodowały, że straciłam moją niezależność i samodzielność.

Nie potrafiłam wziąć się w garść.

To nie było tak, że byłam tutaj po raz pierwszy, ale kiedy nie było w domu tatusia Ianki, siedziałyśmy nad książkami w ich biało beżowym salonie i czułam się swobodniej.

A w takie dni jak dzisiaj, kiedy był, musiałyśmy uczyć się w jej pokoiku.

Ianka miała swojego opiekuna.

Wielokrotnie słyszałam, jak rozmawiali ze sobą przez telefon w ciągu dnia, kiedy Ianka meldowała mu, że szła na ćwiczenia lub że zjadła lunch i co jadła.

Widywałam też, jak wskakiwała na niego z rozpędu, kiedy spotykali się obok jego samochodu na parkingu przy uczelni, owijała swoje ręce wokół jego ramion, a nogi wokół jego bioder, całowali się namiętnie i byłam z tego powodu głupio, egoistycznie zazdrosna.

Jej partner był dla niej nie tylko kochankiem, o czym nie rozmawiałyśmy, ale to było widać, ale również był jej obrońcą i zajmował się każdym, nawet najbardziej błahym aspektem jej życia i robił to tak dokładnie, że moja przyjaciółka nie musiała się o nic martwić.

Może nie brałabym tego tak bardzo do siebie, nie byłoby mi z tym tak źle, ale patrzyłam na te różowe ściany, na cudowną relację między Ianką a jej opiekunem i czułam się, jakbym miała spaść.

Mój mentalny basen, ten niby-zbiornik wodny, w którym byłam zawieszona od pewnego czasu, doprowadził mnie do miejsca, w którym czułam, że woda popychała mnie do wodospadu, gdzie hucząca masa spadała w dół za krawędź i nie czekało mnie tam nic dobrego.

Nadal jeszcze tkwiłam na krawędzi, ale bałam się upadku.

Wiedziałam, skąd brało się to uczucie i podejrzewałam, że powinnam je stłumić, bo nie dało się tego wyjaśnić w jakiś racjonalny sposób, ale wynikało ono z jednego z moich największych lęków i nic nie mogłam na nie poradzić.

Miałam wrażenie, że traciłam Ryana.

Byłam tym przerażona.

Od kilku tygodni jeszcze-mój narzeczony miał dla mnie coraz mniej czasu, coraz mniej mi mówił o tym, jak minął jego dzień, coraz częściej bywał milczący i zamyślony w moim towarzystwie.

Ryan był ciągle zajęty, więc spotykaliśmy się w przelocie, ale nie to było dla mnie najgorsze, bo to mogłabym zrozumieć, chociaż nie wiedziałam, co go tak zajmowało.

O wiele, wiele gorsze było to, że witaliśmy i żegnaliśmy się nadal pocałunkiem, ale wydawało mi się, że coraz częściej był to nic nie znaczący gest, który wynikał bardziej z przyzwyczajenia, niż był wyrazem czułości i przywiązania.

Nie, nie zapytałam go, o co chodziło, bo bałam się, że miałam paranoję.

Nie chciałam go do siebie zrazić.

Nie rozmawialiśmy o tym nawet na naszych sesjach terapeutycznych, zresztą również ostatnio przez niego lekceważonych.

Sypialiśmy nadal w jednym łóżku, ale zwykle bywaliśmy odsunięci od siebie, bo Ryna bywał tak zmęczony, że zasypiał, zanim skończyłam swoją wieczorną rutynę albo, z drugiej strony, on robił coś gdzieś-tam tak długo, że ja zdążałam zasnąć, zanim trafił do naszej sypialni.

Bywało, że budziłam się później w nocy lub całkiem rano przytulona do niego, na jego klatce piersiowej lub owinięta od tyłu jego ramieniem, kiedy spaliśmy na łyżeczki, ale nie wiedziałam, co to było i skąd się brało.

I nie uprawialiśmy namiętnego seksu przy każdej okazji, jak bywało to jeszcze dwa, trzy tygodnie temu.

Spotykaliśmy się we dwójkę u rodziców Ryana na kolacji lub po prostu na pogawędkę i tam było swobodnie, normalnie.

Ryan czasem gotował dla nas kolację, sprzątał ze mną po posiłkach, mówił mi, kiedy miał mieć nocną zmianę, chociaż teraz bywało, że, mimo że nie miał nocnej zmiany, wychodził z domu na noc, by coś załatwić.

Mimo tego wciąż czułam się coraz bardziej niepewnie, przewidując nadciągającą stratę tego, którego zdążyłam tak bardzo pokochać, że jego strata byłaby tak bolesna, że byłaby końcem mojego życia.

Dosłownie.

Tak bardzo go kochałam.

Zabierało mi to spokojny sen, oddech i apetyt.

Fakt, że oddałam kontrolę nad bilansem kalorycznym i obiecałam do niej nie wracać, powodował, że czułam się z jego oddaleniem jeszcze gorzej, niż czułabym się z kontrolą.

Musiałam odzyskać kontrolę.

Nad czymkolwiek.

Otrząsnęłam się z tych myśli, przekartkowałam podręcznik w poszukiwaniu tematu, o jaki zapytałam mnie Ianka i zajęłyśmy się ponowne nauką.

*****

Kilka dni później…

Czułam się źle z tym, że przyjechałam z Maggie i Davidem, bo przez to nie miałam tu swojego samochodu i nie czułam się w pełni swobodna i niezależna od innych ludzi, jak lubiłam się czuć.

Część mężczyzn skupiła się wokół Jimmy’ego, bo do pomieszczenia, w którym byliśmy, właśnie wtoczyli razem metalowy wózek kelnerski z ogromnym dziełem sztuki kulinarnej.

Stałam między Sophie a Maggie, mając w pobliżu Anię i Lisę z mężami, w salonie Evy i patrzyłam ze wszystkimi zgromadzonymi, jak mały Davie, klęcząc na krześle, które podstawił mu tam jego tata, zdmuchiwał świeczki na swoim urodzinowym torcie, by po chwili zaklaskać, wybuchnąć razem z przyjaciółmi tej rodziny wesołym - Hurra! - i zaśpiewać - Happy Birthday…

Było sobotnie wczesne popołudnie.

Pogoda trochę się poprawiła, więc tego dnia nie padało i nie wiał tak silny wiatr, chociaż było czuć w powietrzu jesień.

Nie była to jednak złota jesień.

W Stanach nazywało się to indiańska jesień, ale nadal chodziło o łagodne, ciepłe i słoneczne przejście lata w chłodniejsze, bardziej wilgotne dni, które prowadziły do zimy.

Miałam na sobie ciemno niebieską, długą do kolan sukienkę z miękkiej dzianiny swetrowej, którą niedawno kupiłam w butiku Aleka i Sama, a która skutecznie chroniła mnie przed zimnem, jakie ciągnęło od stale uchylonych drzwi na taras.

Na dworze biegało kilka psów i wcześniej były tam dzieci.

Zaproszenie na tą dużą imprezę urodzinową ich syna dostaliśmy od Evy i Jimmy’ego wspólnie z Ryanem już dawno temu, więc nie mogłam zrozumieć, dlaczego stało się tak, że mój mężczyzna nie mógł być tu ze mną.

Nie wyjaśnił mi.

Więc byłam z tego powodu zła i rozżalona, chociaż starałam się tego nie okazywać, żeby ten pogodny chłopiec, którego siódme urodziny właśnie obchodziliśmy, miał swoją chwilę szczęścia.

Dave i tak był długo smutny, bo jego przyjęcie urodzinowe zostało opóźnione o cały tydzień ze względu na mecz soccer’a, jaki jego przybrany brat, Matt, rozgrywał w poprzednią sobotę.

Dlatego stałam się być uśmiechnięta, pogodna i rozmawiałam po trochu ze wszystkimi, udając, że nie stało się nic złego.

Ale byłam tam sama, bez Ryana, kiedy dostałam do ręki papierowy talerzyk z dużą porcją urodzinowego tortu, odstawiłam na bok na stolik moją szklankę z sokiem pomarańczowym, by mieć swobodę ruchu i zaczęłam się rozglądać za widelczykiem, by skosztować poczęstunku.

Wciągnęłam głęboko powietrze do płuc przez nos, a potem wypuściłam je powoli i po cichu przez rozchylone usta, myśląc o tym, co powiedział mi trener Tanner poprzedniego dnia na pływalni.

Mieliśmy zwykły trening i byliśmy już po rozgrzewce, kiedy to zrobiłam.

Wskoczyłyśmy do wody, by poćwiczyć prędkość i wytrzymałość w wodzie każda na swoim torze, zanim z siłowni nadeszłaby grupa młodszych dziewcząt, by uczyć się tego, czego miały się uczyć.

Zanurzyłam się skokiem ze słupka na torze pierwszym, który mi wyznaczono, ale, kiedy ogarnęła mnie woda, przestałam się ruszać.

Przez chwilę płynęłam z napiętym, wyciągniętym ciałem siłą odrzutu, a potem zaczęłam zauważać ciszę i to specyficzne załamanie obrazów wokół mnie.

Opuściłam nogi do dna basenu, lekko podgięłam kolana, ramiona zawisły mi luźno po bokach żeber i rozejrzałam się wokół siebie.

Zawisłam w bezruchu, patrząc pod wodą na pływające zgodnie z poleceniem koleżanki, na błyski światła rozpraszane przez wodę, słuchając pokrzykiwania trenera, które było zniekształcone i stłumione tak samo, jak były wszystkie inne dźwięki znad wody i tkwiłam tak dobrą minutę, zanim machnęłam ręką i nogami, by wybrać kierunek.

Nie mogłam się zdecydować, więc obróciłam się ze dwa razy.

Po następnej minucie wynurzyłam się, a wtedy tuż nad moją głową znalazł się trener, który wyciągnął ramię, schwycił mnie silną dłonią pod pachą i wyszarpnął moje ciało z wody.

Odepchnęłam się od wody, machając nogami, więc pomogłam mu i wyskoczyłam tyłkiem do siadu na kafelkach pokrywających brzeg basenu.

- Co to, do cholery, było? - warknął mi do ucha, kucając za moimi plecami.

Spojrzałam na niego bokiem i mruknęłam cicho - Nic.

Trener wyprostował się lekko, by patrzeć na mnie uważniej, zacisnął wargi, a potem odpuścił i wstał, mówiąc:

- Wracaj do treningu.

Zaczęłam się powoli podnosić, by przejść na koniec toru, wejść na słupek i skoczyć, kiedy dodał głośniej polecenie:

- Dziesięć długości basenu w tą i z powrotem. Tempo. Będę ci mierzył czas.

To było fair, wiec skinęłam głową, nie patrząc na niego i nadal poruszając się w stronę słupka, kiedy rzucił do mnie półgłosem:

- Mam z nim pogadać?

Podniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy, zaskoczona tą propozycją, bo nie spodziewałam się, że byłam taka oczywista.

Trener tylko uniósł brwi, nadal patrząc na mnie tak samo uważnie.

- Nie - mruknęłam - Dzięki.

Prawdę mówiąc, ulżyło mi, poczułam się lepiej, bo przyszło mi na myśl, że miałam kogoś, kogo obchodziłam, kto zająłby się moimi sprawami w moim imieniu.

A to było coś, czego nie miałam nigdy wcześniej.

- Hej, Słonko - usłyszałam obok siebie głos Evy i wróciłam do rzeczywistości, więc spojrzałam na nią, by zobaczyć, że wyciągnęła w moją stronę widelczyk do deserów.

- Dziękuję - powiedziałam cicho, biorąc go od niej.

Bardzo postarałam się, żeby mój uśmiech, który posłałam w jej stronę, wyglądał na jak najbardziej szczery, ale widziałam, że mi się to nie udało, kiedy zobaczyłam wyraz zatroskania w jej oczach.

- Co się dzieje? - Eva zapytała szeptem, jednocześnie łapiąc mnie za dłoń i ciągnąc delikatnie w kierunku bawialni.

Zamierzała mnie wysłuchać i wesprzeć.

Wiedziałam, że powinna być ze swoim synem i z ich gośćmi, bo wszyscy jedli, rozmawiali głośno i radośnie, a ona uwielbiała ten tłum, taką atmosferę i każdego z osobna z tych wszystkich ludzi, którzy się tam zebrali.

- Nic takiego - próbowałam ją zbyć, ale nie dała się i nadal mnie ciągnęła, aż wyszłyśmy poza salon i gwar rozmów stał się tylko szumem.

- Serio, to nic takiego - powiedziałam niby-swobodnie, kiedy puściła moją rękę i odwróciła się przodem do mnie - Po prostu mam trochę gorszy dzień.

Gorszy dzień, tydzień lub miesiąc - pomyślałam sobie, ale ponownie spróbowałam się uśmiechnąć.

- Taaa - mruknęła Eva i zaplotła swoje ramiona pod biustem.

Jeszcze jej takiej nie widziałam.

Była ubrana w śliczną, bardzo kobiecą sukienkę w kolorze dojrzałej pomarańczy, która cudownie komponowała się z jej ufarbowanymi na rudo włosami, a była tak opięta, że uwydatniała wszystkie krzywizny i wcięcia jej ciała.

Zazdrościłam jej tego.

Była tak zgrabna i kobieca, jak i ja chciałabym być.

- No, gadaj - zdecydowanie głośniej fuknęła na mnie Eva, kiedy stałam tam i milczałam, wciąż mając płonną nadzieję, że może zapomni albo przynajmniej zrezygnuje z wypytywania mnie.

Nic z tego.

Eva przechyliła w bok głowę, zacisnęła wargi, wysunęła w moją stronę jedną stopę, obutą w brązowe czółenko na szpilce i zatupała czubkami palców, patrząc na mnie wymownie.

Westchnęłam i miałam ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymałam się.

Była jedną z najbliższych mi osób i mogłam jej zaufać.

- Ryan nie mógł przyjść - powiedziałam, a ona wyprostowała się, ale nie opuściła rąk, kiedy patrzyła na mnie wyczekująco.

Nic nie dodałam, więc rzuciła niecierpliwe - Więc?

Może dziwne było to, że rozmawiałyśmy po angielsku, ale rozumiałam to i akceptowałam, bo może ciocia Eva też, podobnie jak ja, nie lubiła przechodzić z języka angielskiego na polski i na odwrót.

- On… czegoś mi nie mówi - przyznałam cicho, ale opuściłam głowę, bo nie mogłam znieść tego, co mogłabym zobaczyć w jej oczach.

- Och, kochanie - usłyszałam w jej głosie dziwną niepewność.

- Ja rozumiem - powiedziałam szybko, żeby nie pomyślała, że się użalałam - Ma swoje obowiązki, swoje życie. Ale… - zawahałam się, odwróciłam na chwilę wzrok i dokończyłam szeptem - Przedtem mówił mi dokąd idzie i co będzie robił. Rozmawialiśmy. A teraz…

Westchnęłam, ale nie mogłam się zmusić, by podnieść wzrok.

- Co ci zrobił?  - niespodziewanie odezwał się za mną silny głos najwyraźniej rozzłoszczonej Sophie.

- Pytanie chyba brzmi, czego nie zrobił - prawie jednocześnie, też stamtąd usłyszałam cichszy, spokojniejszy głos Maggie.

Podskoczyłam i odwróciłam się na pięcie, by zobaczyć, że stały tam cztery przyjaciółki Evy, które już kilka razy pokazały mi, że mogłam na nie liczyć.

- Nie rozmawiacie - stwierdziła Ania z pewnością w głosie, więc na nią spojrzałam, bo najwyraźniej wiedziała, o czym mówiła.

Zwróciłam wzrok na Lisę, kiedy delikatnie pokiwała głową, jakby ona też mnie rozumiała.

Kiedy spojrzałam z kolei na Maggie, ona również spojrzała wprost w moje oczy, skinęła mi głową raz i kontynuowała:

- Ryan ma pewne zadanie - a potem dodała - David mi trochę powiedział.

Tak, wiedziałam już to, bo powiedziała mi wcześniej, że rozmawiali ze sobą, to znaczy David rozmawiał z Maggie, a ona z nim.

- Powinnaś porozmawiać z Ryanem - powiedziała Eva, więc spojrzałam z powrotem na nią, by zobaczyć, że wyraz jej twarzy był równie łagodny i wyrozumiały, co ton jej głosu.

Zacisnęłam wargi, spojrzałam na swoje stopy i zamyśliłam się.

Nie wiedziałam, jak miałabym to zrobić.

Przecież rozmawialiśmy, robiliśmy to często i nie było problemów, jakich byśmy nie poruszali.

Ale od pewnego czasu Ryan zaczął unikać rozmowy ze mną, a ja nie chciałam go ponaglać, nie chciałam naciskać na wyjawianie tego, co go trapiło, bo mogłyby być to nie jego problemy.

- Nie musisz kazać mu zdradzać cudzych spraw - odezwała się Eva, a ponieważ była to odpowiedź na moje myśli, więc spojrzałam na nią ze zdumieniem - Ale poproś go, by się od ciebie nie oddalał. To zrozumie.

- Ale on nawet - wciągnęłam powietrze do płuc, by zebrać się na odwagę i wyjawić to, co zalegało mi w duszy, a to nie było łatwe - …nie chodzi za mną już na terapię do Torres.

Zobaczyłam, jak wszystkie kobiety zmarszczyły brwi i było to trochę zabawne, a trochę przerażające, jak bardzo były do siebie podobne w reakcjach na zachowania mojego faceta.

- Jak to nie chodzi? - warknęła Sophie.

Zastanowiłam się, czy dobrze robiłam, że ona słuchała tych moich zwierzeń, bo nie chciałam, żeby Ryan miał jakiekolwiek problemy przez tą pełną temperamentu Włoszkę.

Poznałam trochę historią Sophie i Alexa, więc wiedziałam, że potrafiłaby zrobić coś nawet agresywnego, być może bardzo niedobrego, a tym samym skrzywdzić mojego mężczyznę.

Tego nie chciałam.

- No, my… raz nie poszliśmy w ogóle, bo coś mi wypadło - wymieniałam nasze ostatnie spotkania - Potem poszłam sama, bo Ryan zadzwonił, że coś jemu wypadło. A potem, jak zadzwoniłam do niego tuż przed wejściem do gabinetu, bo go nie było, przyznał się, że zapomniał.

Zobaczyłam, jak Eva, Maggie i Lisa zacisnęła wargi.

Ania i Sophie zareagowały zgoła odmiennie, ale nie chciałam o tym myśleć.

- To chwilowe - powiedziałam trochę głośniej i z udawaną pogodą, by przestały rozważać jakąkolwiek reakcję - Jestem pewna, że wszystko się ułoży.

- Powiedz mu, że się martwisz - poradziła mi Eva, a jej głos był cichy, zatroskany i poważny - Poproś, żeby z tobą porozmawiał.

- Tak - powiedziała tym samym tonem Maggie - Może ja coś tam wiem, ale to musi ci powiedzieć Ryan. To sprawa między wami.

- A jakby coś - dodała Eva - Możesz zamieszkać u nas.

Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że mogłam na nie liczyć.

Wzruszenie zatkało mi nos i gardło, ale na szczęście nie musiałam niczego więcej dodawać.

Eva zauważyła, co się ze mną działo, więc wyciągnęła rękę, pogłaskała moje ramię i zapytała cicho:

- Chcesz się przytulić?

Nie chciałam, bo nigdy nie chciałam, ale tym razem o dziwo chciałam.

Więc skinęłam głową, na co Eva chwyciła moje ramię w uścisku palców przyciągnęła mnie do siebie, a po chwili tkwiłam otulona ciepłem jej ramion.

Nawet nie spostrzegłam kiedy, ale dosłownie po sekundzie otoczyły mnie kobiety i poczułam wokół siebie inne, równie ciepłe, kobiece ramiona.

Czułam przyciskający się do moich bioder spory brzuszek i miękkie piersi, bo zwykle któraś z nich była w ciąży lub świeżo po porodzie, masę kobiecych, pachnących, miękkich włosów i czułam się bezpiecznie.

I wtedy wiedziałam.

Rzucono mi właśnie koło ratunkowe, a te ciepłe, delikatne kobiece ramiona z siłą, o którą nie podejrzewałby ich żaden mężczyzna, odciągnęły mnie od tej złowrogiej krawędzi i nie pozwoliły mi za nią spaść i utonąć.

*****

cdn.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz