niedziela, 4 lutego 2024

21 - Wyjdź! (cz.1)

 

Rozdział 21

Wyjdź! (cz.1)

Kate

 

 

Nie, absolutnie nie byłam na to przygotowana.

Długie, wyczerpujące rozmowy, jakie prowadziłam z Sarą podczas naszych sesji psychoterapeutycznych i luźne, ale pomocne wymiany myśli, jakie prowadziły kobiety, kiedy spotykałyśmy się w ich „grupie wsparcia”, pomogły mi w opanowaniu paniki i nie czułam się przerażona, więc pod tym względem byłam przygotowana.

Nie byłam przygotowana na to, że będę tam sama ze swoimi myślami w towarzystwie pomocnych, sympatycznych, ale ani trochę nie rozmownych mężczyzn, przez co moje lęki zaatakowały mnie ze zdwojoną siłą.

Siedziałam już pół godziny w poczekalni oddziału ratunkowego z Davidem i Markiem, którzy milczeli równie wytrwale, co ja i czułam napięcie każdego, najdrobniejszego mięśnia.

Nie byliśmy tam jednak tylko we trójkę.

Przez dwadzieścia minut słuchaliśmy histerycznego, głośnego zawodzenia jakiejś kobiety, której nastoletni syn znajdował się na sali operacyjnej, gdzie był operowany z powodu jakiegoś złamania otwartego po wypadku samochodowym.

Jej partner, a może mąż, siedział prawie w ciszy w porównaniu z nią, bo modlił się tylko półgłosem, upominając ją co chwilę cichym głosem, by nie traciła sił na płacz, a los ich syna powierzyła Bogu.

Wiara, wiarą, ale autentycznie miałam tego dość.

Szczęśliwie, kilka minut temu przyszedł po nich lekarz i zabrał ich do sali pooperacyjnej, bo, chociaż ich syn miał być nieprzytomny, mieli do wypisania jakieś dokumenty, a my przy okazji dowiedzieliśmy się, że operacja trwała od dwóch godzin, a oni dojechali tak późno, bo nie mieszkali w SLC.

Podobno ich syna przewieziono tu helikopterem prosto z miejsca wypadku.

Nieważne.

Westchnęłabym ze zmęczenia i z ulgi, że zrobiło się cicho, ale wciąż oddychając najciszej, jak mogłam, nasłuchiwałam kroków z korytarza.

Dlaczego więc nie usłyszałam Maggie, która nadeszła w tym momencie, tego nie wiedziałam.

Zobaczyłam tylko, że David nagle czujnie podniósł głowę, więc spojrzałam w jego stronę ze zdziwieniem, a dopiero potem usłyszałam za plecami otwierające się drzwi do poczekalni.

A przez te kilka sekund miałam okazję zaobserwować, jak zmienił się wyraz twarzy tego ciemnego, ponurego w obejściu mężczyzny.

To było tak, jakby w jego oczy zaświeciło słońce.

Z jego twarzy spojrzałam na drzwi i zobaczyłam małą, pogodną Maggie sunącą drobnymi kroczkami w jego stronę z lekkim uśmiechem na ustach.

Zbliżyła się, kiedy wstawał i po raz kolejny zaskoczył mnie, chociaż już nie powinien, kontrast między nimi.

Maggie była ładnie, kobieco zaokrąglona w biodrach i biuście, co mogło być wynikiem jej czterech ciąż, a wiedziałam, że nie zamierzali poprzestać na tym i starali się o kolejne dziecko.

Była niska, jasnowłosa, ogólnie drobna, o twarzyczce niczym porcelanowa laleczka, podczas gdy on był trochę niekształtny, rozrośnięty i wielki we wszystkie strony, zwalisty i ciemny.

I już na pierwszy rzut oka było widać, jak mocno się kochali.

- Hej - przywitała się najpierw z nim, a on nie odpowiedział, kiedy pochylił się i pocałował ją prosto w usta.

- Cześć, Kate - przywitała się Maggie, odchodząc od swojego męża i podchodząc do mnie, a po drodze zerknęła w kierunku drugiego z mężczyzn i rzuciła do niego przelotne - Hej, Mark - na co ten skinął głową.

- Jak się czujesz? - Maggie zadała mi to samo pytanie, które zadawała mi już wiele razy i usiadła przy mnie na plastikowym krzesełku, które było połączone z moim stalową rurką pod siedziskiem i nie miało podłokietników.

Nie wiedziałam, co miałam jej odpowiedzieć, bo tak naprawdę nie wiedziałam, jak się czułam, a na pewno nie umiałam tego nazwać.

Wiedziałam bez wątpienia, że byłam skołowana, przestraszona, a przede wszystkim byłam zniecierpliwiona oczekiwaniem.

Dlatego wybrałam odpowiedź:

- Nadal nic nie wiemy.

- Wiem, kochanie - powiedziała Maggie, kładąc dłoń na moich rękach, które trzymałam złożone na torebce, którą miałam na kolanach.

Kiedy ją podniosła, wzięła spod moich dłoni torebkę i rzuciła ją ostrożnie na torbę treningową, którą po przyjściu wcisnęłam pod moje krzesełko.

Potem wyciągnęła w moją stronę drugą rękę i dopiero wtedy ze zdumieniem zauważyłam, że trzymała w niej brązowy, tekturowy holder z czterema charakterystycznymi kubkami z kawą.

- Jaką chcesz? - zapytała mnie, a ja zamrugałam.

- Dla mnie? - spytałam, wskazując brodą na holder w jej ręku, a Maggie przytaknęła z uśmiechem.

- Czarna? - poprosiłam z wahaniem, a wtedy Maggie wyciągnęła z holdera jeden z kubków i mi go podała - Proszę - powiedziała, zanim odwróciła się do mężczyzn i rozdała im również po kubku z kawą.

- Cukier, słodzik, śmietanka? - zapytała jeszcze, a ja pokręciłam głową.

- Dziękuję - powiedziałam w tym samym czasie, co Mark, złapałam za plastikową pokrywkę, otworzyłam kubek i zaciągnęłam się zapachem kawy.

Potrzebowałam tego, chociaż wcześniej sama sobie przeczyłam.

- To zawsze tak długo trwa - oznajmiła Maggie, usadawiając się przy moim boku, więc spojrzałam na nią z niezrozumieniem.

- Czekanie w szpitalu - wyjaśniła.

- Zdarza wam się to często, czy…? - zaczęłam pytać, ale nie miałam śmiałości, by dokończyć, bo tak naprawdę chyba nie chciałam wiedzieć.

Znowu mnie to zaczęło przerażać, wiec skupiłam się na oddychaniu.

- Och, no wiesz - Maggie zaczęła opowiadać, wyginając przy tym zabawnie wargi - Z Ryanem może nie będzie tak długo, bo to nie operacja, a badania - zamrugałam i spojrzałam na nią spłoszona, ale ona mówiła, jakby nie zrobiła na mnie wrażenia lub jakby tego nie zauważyła - Na Alexa czy Billy’ego czekaliśmy godzinami. Jak Eva rodziła, to też trwało całe wieki - to ostatnie dodała mruknięciem, które zbiegło się z innym dźwiękiem.

Usłyszałam westchnięcie i spojrzałam zdezorientowana, by zobaczyć, ze David zwiesił głowę do podłogi, kiedy siedział na swoim krześle z szeroko rozstawionymi kolanami, na których opierał łokcie, a między nimi trzymał swoje dłonie owinięte jedne o drugą.

 Kiedy zapadła cisza, zabrzmiało - Kruszynko, straszysz ją! - to David niskim głosem poinformował Maggie, podnosząc głowę tylko o tyle, by ją przekręcić w bok i tak patrzeć na nas, ale nie robiąc niczego więcej.

- Oj tam, oj tam - powiedziała Maggie lekceważąco - Kate kocha Ryana i wie, z czym wiąże się jego praca. Nie jest tak groźna, jak wasza. Prawda? - to ostatnie Maggie rzuciła w moją stronę, a ja nie miałam wyboru, jak jej przytaknąć, kiwając głową.

Miała rację.

- Nadal - mruknął Mark z żartobliwym naciskiem - Straszysz ją!

Nagle poczułam się lepiej z tym ich przekomarzaniem się, więc rozluźniłam mięśnie, usiadłam głębiej na krześle i prawie się uśmiechnęłam, popijając wciąż ciepłą kawę z papierowego kubka.

Chociaż byłam ciekawa tej części, jak Eva rodziła, więc to było coś, o co zapytałam w następnej kolejności.

Słyszałam już o tym z ust Evy, ale chciałam usłyszeć wersję Maggie.

Dalsza rozmowa nie była czymś wymagającym uwagi, dotyczyła drobiazgów i dzięki temu nie musiałam się na niej skupiać, ale i tak odciągała moje myśli od tego, co działo się ze szklanymi drzwiami izby przyjęć.

Kilkanaście minut później do szpitala dotarła Lisa.

Patrzyłam, jak szła od drzwi z delikatnym, łagodnym uśmiechem i podziwiałam to, w jaki sposób się poruszała.

Była w zaawansowanej ciąży, a nadal w każdym jej ruchu była elegancja, gracja i niewymuszona wykwintność.

Po wejściu do poczekalni najpierw przywitała się ze swoim mężem, który na jej widok wstał i podszedł do niej szybkim krokiem, a dopiero później podeszła do nas i usiadła na krzesełku po przeciwnej stronie mnie niż Maggie.

- Wybacz, kochanie, ale nie będę mogła długo tu być - powiedziała do mnie zmartwionym tonem - Muszę zaraz wracać do Danny’ego.

- Nie został z babcią? - zapytała Maggie, a ja pomyślałam o rodzicach Lisy, a potem przypomniałam sobie, że ona pochodziła z Anglii, więc chodziło o rodziców Marka.

Zresztą ktoś mówił mi, że Lisa nie miała rodziców.

Podniosłam wzrok na Marka i zobaczyłam, że patrzył na Lisę prawie dokładnie tak, jak wcześniej David na Maggie.

Słuchałam wymiany zdań tych dwóch kobiet i wiedziałam, że miały to, miały mężów, miały dom, co ja miałam dzięki Ryanowi i nie zazdrościłam im, a dzięki temu poczułam się spokojniejsza.

Obecność tych dwóch przyjaciółek sprawiła, że mogłam jeszcze łatwiej walczyć ze swoimi lękami.

Kobiety wciągnęły mnie w rozmowę, ponownie pytając o drobiazgi, o codzienność, jak gotowanie, szkoła, praca i znowu poczułam, że się rozluźniałam.

Już wiedziałam, co robiły i byłam im za to wdzięczna.

Sprawiały, że przestawałam myśleć o tym, co złego mogło się stać i nie nasłuchiwałam każdego dźwięku dochodzącego z korytarza.

Dzięki temu nie poddawałam się swoim lękom i łatwiej było mi zapanować nad atakami paniki, chociaż mogłam im powiedzieć, że już to zrobiłam wcześniej.

Wtedy do poczekalni weszli Abigail i Will.

Może weszli nie było dobrym słowem na określenie tego, jak się pojawili, bo Abi raczej wpadła z rozpędem, jakby biegła do nas korytarzem i tylko Will powstrzymywał ją przed sprintem.

Abigail dosłownie kilka dni wcześniej miała zdjęty opatrunek na rannej nodze, więc nie dziwiłam się, że się o nią bał.

Dziewczyna nie przywitała się z nikim, kiedy obrzuciła mnie trochę nieprzytomnym wzrokiem, po którym od razu poznałam, że była w o wiele gorszym stanie, niż ja.

- Kate, tak bardzo cię przepraszam - zawołała, prawie płacząc, stając przede mną i wykręcając ze zdenerwowania palce u obu rąk - To moja wina, że Ryan tam poszedł...

- Nie! - warknięcie Davida wyrwało mnie ze stuporu, w jaki wpadłam na jej słowa, więc zamrugałam, zerwałam się z krzesła i złapałam ją za ramiona obiema dłońmi, by spojrzeć jej prosto w twarz.

Musiałam ją uspokoić.

- Abi… - powiedziałam cicho, ale z całą mocą, na jaką mogłam się zebrać - Ryan jest dorosły - patrzyłam, jak oszołomienie spowodowało, że rozchyliła wargi, jakby nie spodziewała się, że będę tak mówić - Jest doświadczony i wie, co robi. To jego praca - puściłam jej ramiona, opuściłam ręce wzdłuż swojego ciała i wyprostowałam się, nadal nie odwracając spojrzenia od jej oczu - A poza tym to on po prostu taki jest. Jest opiekuńczy. Chciał cię chronić. Chciał, żebyś czuła się dobrze. Racja?

Patrzyłam, jak na jej twarz wypłynęła ulga i zrozumienie, ale wciąż miałam wrażenie, że się oskarżała o to, co się stało.

Cóż, nie mogłam zrobić nic więcej.

- Racja - szepnęła Abi i pomyślałam, że nie było to szczere, ale w tej samej chwili podszedł do nas Will, przywitał się ze mną krótkim - Hej, Kate - i złapał swoją dziewczynę za rękę, by ją odciągnąć w stronę wolnego krzesła.

Akurat w tym samym momencie, kiedy zajęliśmy ponownie swoje miejsca na krzesełkach i mężczyźni, stojąc w odległym od nas miejscu przy oknie, zaczęli wymieniać się informacjami, do poczekalni weszła Eva z Jimmy’m.

Moje serce podskoczyło, zerwałam się na równe nogi i podbiegłam do niej.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo potrzebowałam jej obecności, bliskości kogoś, kto znał mnie lepiej niż cała reszta i mógł mnie pocieszyć przytuleniem.

Może mogłabym przytulić się do Maggie lub Lisy, ale obecność ich mężów mnie krępowała, a z Evą i Jimmy’m tak nie było.

- Ciociu Evo! - zawołałam automatycznie po angielsku, kiedy dosłownie wpadłam w jej ciało.

Byłyśmy prawie tego samego wzrostu, ale miałam na nogach trapery, a Eva zawsze nosiła buty na obcasach.

Tym razem były to botki na sześciocentymetrowych koturnach.

Nie było to dużo, ale może ja się tak skuliłam, a może ona tak się wyciągnęła, że dopasowałam się prawie idealnie do jej torsu i moja twarz ułożyła się w zgięciu jej szyi, dokładnie między uchem a obojczykiem.

Objęłam ja ramionami wokół żeber, a jedno z ramion Evy owinęło się wokół moich ramion, kiedy usłyszałam, jak powiedziała - Jimmy, Słońce, czy mógłbyś?

- Już, Aniele - usłyszałam niski pomruk głosu jej męża.

Jimmy podszedł i wziął coś z jej ręki, by mogła mnie objąć i wtulić dłonią moją głowę w jej szyję jeszcze mocniej, niż ja sama to zrobiłam.

Byłam na swoim miejscu i czułam się tam dobrze.

Stałam tak przez chwilę, kiedy Eva szeptała mi do ucha po polsku - Moja kochana Kasieńko.

Przełknęłam łzy, które chciały mi zatkać nos i zamrugałam, bo to było takie dobre, tak bardzo dobre…

Spełnienie moich marzeń.

- Ryan z tego wyjdzie, Słonko - powiedziała Eva już głośniej i po angielsku, wciąż delikatnie głaszcząc moje włosy, a ja skinęłam głową i tak samo odpowiedziałam - Wiem.

- On jest silny, tu są dobrzy lekarze - mówiła Eva, wciąż tak samo mnie pocieszając - Wszystko będzie dobrze.

- Wiem - powtórzyłam, a potem z lekkim westchnieniem odsunęłam twarz od jej szyi, kiedy poczułam czyjąś bliską obecność.

- Przepraszam, kochanie, ale my już musimy jechać - powiedziała Lisa, przysuwając się brzuchem ciążowym do mojego boku, kiedy pochyliła się, by pocałować mnie w policzek.

- Wiem - powiedziałam ponownie, ale tym razem innym tonem, a później dodałam - Dziękuję, że przyjechałaś.

Odwróciłam się w stronę jej męża i dodałam do niego - Dziękuję za pomoc.

- Nie ma za co, Słonko - powiedział Mark Taylor niskim głosem, a ja poczułam, że było za co i to było coś więcej, niż sama ich obecność w tej poczekalni, ale nic nie dodałam.

Skinęłam głową i postarałam się uśmiechnąć, kiedy odsunęłam się od Evy i pozwoliłam im się pożegnać.

- Dzień dobry państwu - w tej samej od drzwi zabrzmiał chwili męski głos, więc wszyscy obejrzeliśmy się w tamtym kierunku - Ryan Maintaining?

W drzwiach do poczekalni stał młody mężczyzna w fartuchu lekarskim i w ręku trzymał podkładkę z dokumentami.

- Jestem jego narzeczoną, Kate Śmigucko - odpowiedziałam głośno, robiąc krok w jego stronę, więc spojrzał na mnie i odwrócił się całym ciałem w moim kierunku, ale zerknął niepewnie na pozostałych.

- To przyjaciele i rodzina - dodałam wyjaśniającym tonem, machnąwszy w ich stronę jedna ręką.

Skinął głową, a potem wyprostował się, przedstawił i zaczął mówić:

- Pan Maintaining ma pękniętą czaszkę po uderzeniu tępym narzędziem - powiedział mi coś, co mogłam wiedzieć albo może raczej, czego się spodziewałam - Spodziewamy się wstrząśnienia mózgu, ale to będziemy obserwować, kiedy się wybudzi, czyli w ciągu najbliższych kilku godzin. Nie podajemy mu leków, bo chcemy, żeby odzyskał przytomność, żebyśmy mogli go lepiej zdiagnozować.

Spojrzał na mnie uważnie, a ja skinęłam głową, wciąż patrząc mu prosto w oczy, bo to wszystko było zrozumiałe.

- Wykonaliśmy tomografię z kontrastem i wygląda na to, że nie ma krwiaka, który zagrażałby mu w jakiś sposób, ale to, oczywiście może wyjść później, w ciągu najbliższych kilku dni - kontynuował - Na razie pan Maintaining musi pozostać w szpitalu na obserwacji. Przeniesiemy go teraz na oddział urazowy, więc proszę się tam udać. Jeśli ma pani numer jego ubezpieczenia, to pomogłoby nam w postępowaniu.

- Oczywiście - powiedziałam i prawie się puknęłam dłonią w czoło na swoja głupotę, bo nie przyszło mi to do głowy.

Bez numeru ubezpieczenia Ryan był traktowany jako najtańszy pacjent państwowej służby zdrowia, a to w Stanach nie było zbyt dobre.

Potrzebowałam skontaktować się z jego rodzicami, bo byłam przekonana, że w jego pracy i z zarobkami jego rodziców, Ryan miał wykupione więcej niż podstawowe ubezpieczenie.

Lekarz skinął nam głową na pożegnanie, wymamrotał jakąś formułkę i wyszedł, a tuż za nim wyszli Lisa i Mark.

- My też już pojedziemy - usłyszałam głos Maggie, kiedy oboje z Davidem ruszyli w moją stronę.

Wyjmowałam wtedy telefon z mojej torebki i nie zauważyłam, że byli blisko Evy i Jimmy’ego, ale schowałam aparat do tylnej kieszeni dżinsów, by się z nimi pożegnać.

Uściskałyśmy się z Maggie, a ona szepnęła mi do ucha - Zadzwoń, jeśli będziesz potrzebowała - puściłam ją, skinęłam jej głową, patrząc prosto w jej oczy, a później pożegnaliśmy się z Davidem kiwnięciami głowy na odległość, kiedy wychodzili za drzwi.

Widziałam, że Eva rozmawiała z Abi i Will jej przytakiwał, więc podeszłam, żeby usłyszeć, jak namawiała ją do powrotu do domu.

- Tak, Abi - powiedziałam przyjaciółce mojego mężczyzny - Eva ma rację. Nie ma sensu, żebyśmy tu robili tłok i siedzieli wszyscy razem. Musisz odpocząć. Jedźcie do domu.

- Zadzwonisz, jak się obudzi? - zapytała moja rówieśniczka, a ja ponownie pomyślałam o tym, jak wiele przeżyła i jak długo musiała być dzielna.

- Zadzwonię - obiecałam jej i objęłam ją ostrożnie, by ją krótko uścisnąć i puścić.

- Zabierz ją do domu - powiedziałam do Willa.

Jej facet skinął głowa w moją stronę, ale już był zajęty zapewnieniem komfortu swojej kobiecie, więc nie była to zaangażowane.

Zebrali się i wyszli z poczekalni, kiedy ja tylko patrzyłam za nimi.

Zostaliśmy tylko z Evą i Jimmy’m, ale on nachylił się do Evy, szepnął jej coś do ucha i również wyszedł na korytarz.

Wyjęłam swój telefon z kieszeni, uruchomiłam go, wybrałam z listy kontaktów tym razem mamę Ryana i nacisnęłam zieloną słuchawkę, a następnie przyłożyłam telefon do ucha.

- Tak? - Ingrid odezwała się na wydechu już po pierwszym sygnale.

- Hej, Ingrid - powitałam ją spokojnie, by dać jej trochę czasu na uspokojenie się - Lekarz był przed chwilą. Skończyli badania. Moglibyście przyjechać. Ryan jest w szpitalu VAMC na oddziale urazowym - poinformowałam ją i słyszałam w tle głos Rocha, więc miałam nadzieję, że wszystko słyszał.

- Dobrze, kochanie - powiedziała mi do ucha Ingrid nieco drżącym głosem - Przyjedziemy najszybciej, jak się da.

- Jest tu Eva i byli inni, nie byłam sama. Roch miał rację, byłby tłok - powiedziałam jej, żeby się nie martwiła - Jak będziecie wchodzili do szpitala, dajcie znać, to wami pokieruję.

- Okej - szepnęła mama Ryana.

- I, Ingrid… - powiedziałam szybko, żeby nie zdążyła się rozłączyć, a przez to mówiłam głośniej, niż było to konieczne.

- Tak? - spytała z roztargnieniem w głosie.

- Potrzebny będzie numer ubezpieczenia Ryana - przypomniałam jej - i inne dane do uzupełnienia dokumentacji.

- Och, tak - powiedziała, jakby też o tym nie pomyślała - Podeślę ci.

- Tak… dobrze - powiedziałam, ale już odpowiedziała mi cisza - Albo przywieźcie - dodałam za późno.

Rozłączyła się.

Ruszyłam do rzędu krzeseł, by zabrać torbę treningową z rzeczami Ryana, swoją torebkę, a wtedy zobaczyłam na niedalekim krzesełku płócienną torbę, która była trochę podobna do moich, ale z całkiem innym malunkiem.

Pomyślałam o Abi.

- To moja - powiedziała Eva.

- Och - westchnęłam i uśmiechnęłam się krzywo, ale Eva tylko dodała - Abi robi dla przyjaciół takie wyjątkowe. Każdy ma trochę inne.

Tak, wiedziałam to, bo moje też były niepowtarzalne.

Pozbierałam swoje rzeczy, Eva zabrała swoje, bo obie miałyśmy obok toreb porzucone nasze kurtki, a później ruszyłyśmy na korytarz.

Jimmy stał niedaleko blatu pielęgniarek, więc poszłyśmy w jego stronę.

- Mamy pójść do skrzydła A - poinformował nas Jimmy, kiedy do niego dotarliśmy i od razu odwrócił się w stronę wind, byśmy mogli pójść tam razem.

CDN

1 komentarz: