niedziela, 3 grudnia 2023

7 - Byli kolegami (cz.2)

 

Rozdział 7

Byli kolegami (cz.2)

Kate

*****

Pół godziny później…

Ryan naszykował dla nas kolację.

To było troskliwe, przemyślane i hojne z jego strony, a spowodowało we mnie kolejną falę wzruszenia, którego nie chciałam i nie powinnam czuć.

To było prawie tak, jakbym wróciła z pracy do domu, w którym czekał na mnie ktoś bliski, by zająć się mną, zadbać o moje zdrowie i dobre samopoczucie.

Bałam się tego uczucia.

Wróciłam do domu kilkanaście minut temu, zaparkowałam mojego Forda na stałym miejscu, wysiadłam, wyjęłam potrzebne rzeczy, odpięłam Blondi z pasów bezpieczeństwa i przypięłam jej smycz do szelek, by nie poszła w niepowołane miejsce, skoro nie znała tego terenu.

Wpakowałam sobie pod pachę legowisko, złapałam za torby, zamknęłam SUV’a i ruszyłyśmy do drzwi.

Wchodziłyśmy z Blondi po schodach, łączących apartament Ryana z domem jego rodziców, a ja przez cały czas mówiłam do niej:

- Będzie dobrze, kochanie, będzie dobrze, zobaczysz. Poznasz zaraz takiego pana, który jest bardzo miły i poznasz nowe miejsce. Obiecuję, że nie będziesz tutaj długo, ale będzie ci tu dobrze.

Wciąż niosłam pod pachą psie legowisko, w ręku bardzo pękatą torbę z miską i puszkami, chociaż suchą karmę zostawiłam w bagażniku, a drugą ręką trzymałam smycz Blondi, więc miałam problem z włożeniem klucza do zamka.

Drzwi się same otworzył i zobaczyłam za nimi Ryana.

Odsunął się natychmiast, żeby zrobić nam miejsce, ale przykucnął o krok dalej i odezwał się do suni:

- Cześć, Blondi, jestem Ryan.

Uśmiechnęłam się w duchu, bo dokładnie tak przywitałabym małe dziecko, czyli na dystans i udając zadowolenie z tego, że je widziałam.

Tak, nie lubiłam dzieci i nigdy nie marzyłam, by jakieś mieć.

- No, wchodź, malutka - mruknęłam do niej pieszczotliwie, chociaż Blondi była pełnokrwistą Labradorką, więc nie była całkiem malutka.

Spojrzała na mnie, zaciągnęła się zapachem Ryana, a potem niepewnie weszła do mieszkania.

Pozwoliła się dotknąć Ryanowi po tym, jak trąciła go nosem w wyciągniętą w jej stronę dłoń, a później pozwoliła się pogłaskać między uszami, więc uznałam, że go zaakceptowała.

Nie musieli się lubić, bo przecież miała u nas mieszkać tylko kilka dni, ale i tak poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałam.

Ruszyłam do kuchni z moim bagażem, a wtedy Ryan podniósł się i zabrał część rzeczy ode mnie, informując mnie - Zamówiłem dla nas pizzę na kolację i już ją przywieźli.

Zamarłam i zagapiłam się na niego, bo zadbał o kolację dla nas, dla mnie, chyba podejrzewając, że nie zdążyłam niczego zjeść po zajęciach i przed wyjazdem po Blondi.

- Dzięki - wymamrotałam - To wspaniale. Jestem głodna.

Ryan wyszczerzył białe, równe zęby w pełnym uśmiechu, kiedy odwracał się, by zanieść psie legowisko do mojego pokoju.

Zachłysnęłam się oddechem, bo z tym uśmiechem, będąc taki rozluźniony, wyglądał oszałamiająco pięknie.

Zastanawiałam się, czy było to nadal koleżeństwo, czy już coś więcej; to, co było między nami; ale nie chciałam sobie robić nadziei.

Nie powinnam.

Nie mogłam.

Musiałam trzymać się mojej strategii przetrwania, ochrony mojego serca przed ponownym odrzucenie, przed stratą, która, jak doskonale wiedziałam, była nieunikniona.

Miałam stypendium do zdobycia.

Miałam studia do dokończenia.

Musiałam odnaleźć kobietę, której nie straciłam, ale zagubiłam.

Myśląc o tym, trzymając się tej myśli kurczowo, odstawiłam psie puszki z przyniesionej torby do szafki pod zlewem, wyjęłam z niej obie miski i do jednej nalałam wody, a w tym czasie Blondi opadła na podłogę brzuchem z cichym jękiem, pyskiem skierowana w stronę drzwi, jakby chciała mi pokazać, że była tam tylko na chwilę.

To tak jak ja.

Musiałyśmy to po prostu przeczekać.

Ona nie zamierzała nas pokochać, a ja nie zamierzałam być niczym więcej jak tylko koleżanką Ryana.

*****

Kilka dni później…

Założyłam moje nowe dżinsy rurki i kaszmirowy, jasno zielony sweterek z dekoltem w serek, który przywiozłam ze sobą z Polski, bo szykowałam się do wyjścia z Ryanem do jego rodziców na kolację z okazji jego urodzin.

Tak naprawdę to nie było „wyjście”, lecz przejście z jednej części budynku do drugiej, ale i tak liczyło się to, że szliśmy gdzieś razem.

Zostałam zaproszona, jakby to była oczywistość, że pójdę z Ryanem.

Blondi nadal mieszkała z nami.

Lisa urodziła chłopczyka, któremu dała na imię Danny, o czy poinformowała mnie SMS’em następnego dnia po tym, jak zabrałam Blondi.

Niestety, jej synek miał żółtaczkę fizjologiczną i musiał być poddany naświetlaniu, więc mieli wyjść ze szpitala do domu dopiero jutro.

Nie pojechałam tam do niej.

Wiedziałam, że odwiedzali ją teściowie i przyjaciółki, więc moja obecność była tam wręcz niepożądana.

Dlatego odpuściłam.

Zresztą nie było mi spieszno, by obejrzeć maluszka i nie zamierzałam się z tego tłumaczyć, więc po prostu skorzystałam z wymówki, że Lisa miała w szpitalnym pokoju tłum gości, a ja nie chciałam go powiększać.

Sprawy między mną a Ryanem się unormowały, o ile mogłam to tak nazwać, bo byliśmy kolegami, współlokatorami i, chociaż się nie przyjaźniliśmy, to sobie wzajemnie ułatwialiśmy życie na tyle, na ile mogliśmy.

Moje treningi pływackie przeniosłam już całkiem na popołudnie, a raczej na wczesny wieczór, co szczęśliwie było możliwe, bo część koleżanek z drużyny też o to poprosiła, a niektóre nawet zrobiły to wcześniej.

Ranki miałam więc luźniejsze, a to umożliwiło mi spacery z Blondi, które przeznaczałam na poranne przebieżki, które sunia pokochała.

Biegałyśmy we dwie codziennie, ja i pies na długiej, parcianej smyczy, i zamierzałam to zamienić w przyszłości, kiedy już oddam Blondi jej właścicielce, w swoją rutynę, bo bardzo mi się spodobało.

Najdziwniejsze było to, że w czasie wczorajszego porannego joggingu dołączył do nas Ryan i to też mi się spodobało.

Biegliśmy obok siebie już dwa razy, wczoraj i dzisiaj, i odpowiadało mi zarówno tempo tych joggingów, jak i milcząca zgodność naszych rozgrzewek, przystanków i podpowiedzi Ryana co do trasy.

Blondi była wręcz szczęśliwa z dwóch powodów, czyli dlatego, bo mogła się wyszaleć, a potem pospać, kiedy ja jechałam na zajęcia, a Ryan do pracy lub co-on-tam miał do zrobienia i dlatego, że byliśmy całym „stadem”.

Labradory to psy myśliwskie, ale każdy pies jest zwierzęciem stadnym, wiec zawsze będzie im odpowiadało przebywanie w większym gronie znanych im ludzi, a najlepiej byłby, gdyby to była rodzina.

Blondi zrobiła z nas taką „zastępczą” rodzinę dla siebie w związku z utratą jej właściwej rodziny.

A ja bardzo starałam się pamiętać, że nie byliśmy z Ryanem rodziną.

Wychodziło mi to coraz słabiej, ale wciąż byłam bardzo zajęta, teraz tym bardziej, że pewnego wieczoru przyjechał Xavier, zostałam zaproszona do biura Ingrid i podpisaliśmy formalną umowę na mój udział w reklamie ubrań sportowych, które, nawiasem mówiąc, dostałam do przetestowania na własność i bardzo mi się spodobały.

Od przyszłego tygodnia mieliśmy zacząć zdjęcia, kręcić filmy i wiedziałam, że będę jeszcze bardziej zajęta.

Co było jeszcze bardziej dobre, bo oznaczało, że moja strategia unikania Ryana działała doskonale i rozwijała się.

Myśląc o tym wyszłam z mojego pokoju, zabierając po drodze telefon, by wsunąć go do tylnej kieszeni dżinsów, bo torebki nie potrzebowałam mieć ze sobą i ruszyłam do salonu, żeby tam poczekać na Ryana.

Zobaczyłam go, jak tylko wyszłam do korytarza, bo mieszkanie Ryana było duże jak na pokoje nad garażem, ale nadal małe.

Stał tam, przy wyspie kuchennej, oparty bokiem biodra o blat i przeglądał to, co najwidoczniej przyniósł ze skrzynki pocztowej, a co wyglądało na stertę ulotek, pism i rachunków.

No, może mniej rachunków, bo większość z nich Roch dostawał na swoją pocztę elektroniczną, a rachunki za media jego apartamentu tak samo dostawał Ryan na swoją, ale zdążyłam się już dowiedzieć, że część z nich przychodziła też w formie papierowej.

Nadal przed Ryanem stał kosz na papier i większość z tego, co przeglądał, lądowała właśnie tam.

Zawsze to tak wyglądało, a ja przez te kilka tygodni już to widziałam przynajmniej dwa razy i za każdym razem uznawałam to za bardzo seksowną pozę Ryana.

Tak, pociągał mnie, podobał mi się fizycznie tak samo bardzo, jak podobał mi się, pociągał mnie psychicznie i intelektualnie.

Był bardzo męski na ten sposób dominującego faceta-alfy, ale jednocześnie w razie potrzeby, i to często, delikatny.

Głównie dlatego starałam się trzymać od niego na dystans, bo podobał mi się za bardzo.

Przełknęłam ślinę, wzięłam uspokajający wdech, powtórzyłam w myślach moją mantrę - Dasz radę - i zrobiłam kolejny krok w stronę kuchni.

- Hej - zawołałam neutralnym tonem - Jestem gotowa. Może być? - rozłożyłam szeroko ręce i spojrzałam na soje nogi ze zmarszczonymi brwiami.

Nie, nie dopraszałam się komplementów.

Po prostu Ryana wcześniej uprzedził mnie, że nie będzie to proszona kolacja dla znajomych, a tylko nieco bardziej uroczysta kolacja w gronie rozszerzonej wersji ich rodziny.

Kiedy mi to przekazał, udało mi się nie spanikować na myśl, że uznał mnie za rodzinę i starałam się trzymać się tego, że byliśmy kolegami, a ja dostałam zaproszona tylko dlatego, że tak wypadało, bo tam byłam i musiałabym zostać sama.

Ryan podniósł głowę, obejrzał mnie od stóp do głów i to spojrzenie, jakim mnie obrzucił było tak gorące, że musiałam sobie przypominać, że mieliśmy być tylko kolegami.

Nie brnij w to, bo kiedyś go stracisz - przypominałam sobie.

- Hej - mruknął Ryana, a jego głos był schrypnięty na sposób, który powiedział mi, że spodobało mu się to, co widział - Może być - dodał szeptem.

On jest mężczyzną, a ty jesteś kobietą - powiedziałam sobie - Po prostu potrzebuje kobiety, więc się podnieca.

Tak, to było jakieś wytłumaczenie.

Taki mężczyzna musiał mieć swoje potrzeby.

Od tygodni nie widziałam, żeby Ryan miał jakąś kobietę.

Nigdy żadnej nie przyprowadził do swojego mieszkania, nigdy nie napotkałam na najmniejszy nawet ślad bytności jakiejś tutaj, więc wiedziałam to.

Nadal nie mogłam mieć pewność, czy nie spotyka się z jakąś gdzieś u niej, ale nie przynosił na sobie zapachu damskich perfum (nie, żebym go specjalnie obwąchiwała) ani śladów szminki.

- Wyglądasz pięknie - powiedział w końcu Ryana, prostując się i odkładając resztę tego, co trzymał na blat obok siebie.

- Dziękuję - powiedziałam i wskazałam wzrokiem na papiery - Dokończ, przecież nie spieszymy się. Sprawdzę miski Blondi.

Ryan skinął głową, wygiął wargi w uśmieszku i, nie patrząc na nie, chwycił z powrotem papiery w dłoń.

Podeszłam do misek, schyliłam się, a Blondi podreptała za mną.

Miała pustą miskę na wodę, więc ją podniosłam, podeszłam do zlewu, by ją przepłukać i napełnić, a sunia śledziła mnie wzrokiem.

Kiedy zauważyłam, że nadal stała tam i patrzyła na mnie wyczekująco, a druga miska też była pusta, więc uznałam, że była głodna i po odstawianiu miski z wodą otworzyłam szafkę z puszkami z karmą.

Schyliłam się, wyjęłam jedną i zabrałam się za jej otwarcie.

Odwracając się z nią w dłoni i odkładając urwane wieczko na blat, zauważyłam, że Ryan już skończył sortować papiery, stał tam, gdzie wcześniej stał i wpatrywał się w… mój tyłek!

Czyżby mu się podobał?

Niemożliwe.

Nie miałam krągłych bioder, jak to lubili mężczyźni u kobiet, więc nie wiedziałam, czemu ta myśl przymknęła mi przez głowę, ale schlebiła mi.

Zablokowałam ją tak szybko, jak szybko się pojawiła, bo oprócz tego, że była niedorzeczna, była szkodliwa w moim postanowieniu wytrwania w koleżeństwie z Ryanem.

Tak jest bezpieczniej - powtarzałam sobie co jakiś czas w głowie dla przypomnienia, ale przecież to wiedziałam.

Po napełnieniu miski Blondi karmą za pomocą łyżki, wyrzuciłam opróżnioną puszkę do pojemnika na metale, sprzątnęłam też wieczko, włożyłam łyżkę do zmywarki i odwróciłam się przodem do Ryana.

- Już? - zapytał bez ponaglania, jak zwykłe pytanie i, kiedy skinęłam głową, uśmiechnął się lekko, wyciągnął rękę zapraszająco w stronę drzwi i przechylił tam głowę w geście Idziemy.

Znałam ten gest, bo widziałam go u Ryana wiele razy i polubiłam go, bo tak naprawdę był przejawem troski a nie arogancji.

Oznaczał, że miałam wyjść pierwsza za drzwi, a on sprawdzi, czy wszystko w domu zostawiliśmy w porządku, uruchomi alarm i zamknie za nami drzwi na klucz, upewniając się, że są zabezpieczone.

Czekałam, aż to zrobi.

Przyzwyczaiłam się do tego, że miałam nie schodzić po schodach bez Ryana, kiedy szliśmy gdzieś razem, bo lubił upewnić się, że było bezpiecznie poza domem, kiedy wychodziliśmy za drzwi zewnętrzne.

Czułam się wtedy zaopiekowana.

Ryan miał taki właśnie charakter, a ja to doceniałam i czerpałam z tego, dopóki to miałam dal siebie.

Zeszliśmy na półpiętro, kilka schodków w dół do drzwi domu rodziców Ryana, a potem on mnie wyprzedził, by otworzyć je własnym kluczem.

U mamy Ryana poprzedniego dnia zostawiłam swój prezent dla niego na urodziny i miałam nadzieję, że mu się spodoba.

Ryan kończył właśnie dwadzieścia osiem lat, więc był o ponad osiem lat starszy ode mnie, a w ogóle tego nie było po nas widać.

Przynajmniej tak sądziłam.

On wyglądał młodo, był przystojny, zgrabny i wysportowany, z ja wyglądałam poważnie i byłam zbyt spokojna jak na swoje dziewiętnaście lat.

Ryan zamykał za nami, a ja weszłam, nie czekając na niego, bo znałam dobrze jego rodziców i lubiłam ich.

Przeszłam przez drzwi i od razu udałam się do kuchni, do Ingrid, a Ryan bez wahania poszedł za mną, bo stamtąd było słuchać wyraźne trzaskanie garnkami, które oznaczało, że tam była.

W kuchni również był schowany mój prezent dla Ryana, więc nawet dobrze się złożyło.

*****

Ryan

Na tej kameralnej, rodzinnej kolacji Ryan czuł się dobrze w towarzystwie rodziców, Larsa i Kate, a zwłaszcza Kate, i nie mógł się nadziwić, jak bardzo ta dziewczyna, jeszcze nastolatka, pasowała do jego rodziny i do niego.

Wiedział o niej niewiele, ale było to coś, co było najważniejsze, poczynając od tego, że mieli podobne poczucie humoru i śmiali się z tego samego.

Lubili podobne filmy, spędzanie czasu na kanapie w salonie z miska popcornu, kiedy inne kobiety uważały to za stratę czasu, który mogły wykorzystać na seks i za dużą ilość wchłanianych kalorii.

Ryan nie zauważył, by Kate w ogóle kiedykolwiek liczyła kalorie, a co dopiero, żeby je ograniczała.

Lubił to w niej.

Była wygadana, ale w sensie elokwentna, a nie pyskata i nigdy nie zrzędziła, nie marudziła ani nie narzekała.

Byli kolegami, ale zawsze rozmawiali na neutralne tematy, a nigdy nie zwierzali się sobie, więc daleko im było do przyjaźni.

Ale Ryan wiedział, że Kate go lubiła, a może nawet bardziej niż lubiła, tylko po prostu była z nieznanego mu powodu nieufna i wycofana.

Żadna nastolatka nie powinna być aż tak ostrożna, jak ona była, co oznaczało, że ta konkretna przeżyła coś złego.

A jemu bardzo zależało na tym, żeby mu zaufała, bo wtedy mógłby mieć to, czego pragnął najbardziej na świecie.

Coś więcej z Kate.

Już kiedy spotkali się po raz pierwszy zauroczyła go swoją urodą.

Potem spodobało mu się jej poczucie humoru i spokojny sposób bycia.

Stopniowo polubił, chociaż długo cholernie go wkurzały, zarówno jej samodzielność, jak i niezależność.

A odkąd zamieszkali razem podobało mu się w niej coraz więcej.

Ale postanowił czekać i postanowił stopniowo ja do siebie przekonywać.

Jeśli byłaby blisko, mógł poczekać na to, żeby Kate mu zaufała.

Więc na razie byli tylko kolegami.


 

2 komentarze: