Rozdział 7
Kate
*****
Pół godziny
później…
Ryan
naszykował dla nas kolację.
To
było troskliwe, przemyślane i hojne z jego strony, a spowodowało we mnie
kolejną falę wzruszenia, którego nie chciałam i nie powinnam czuć.
To
było prawie tak, jakbym wróciła z pracy do domu, w którym czekał na mnie ktoś
bliski, by zająć się mną, zadbać o moje zdrowie i dobre samopoczucie.
Bałam
się tego uczucia.
Wróciłam
do domu kilkanaście minut temu, zaparkowałam mojego Forda na stałym miejscu,
wysiadłam, wyjęłam potrzebne rzeczy, odpięłam Blondi z pasów bezpieczeństwa i
przypięłam jej smycz do szelek, by nie poszła w niepowołane miejsce, skoro nie
znała tego terenu.
Wpakowałam
sobie pod pachę legowisko, złapałam za torby, zamknęłam SUV’a i ruszyłyśmy do
drzwi.
Wchodziłyśmy
z Blondi po schodach, łączących apartament Ryana z domem jego rodziców, a ja
przez cały czas mówiłam do niej:
-
Będzie dobrze, kochanie, będzie dobrze, zobaczysz. Poznasz zaraz takiego pana,
który jest bardzo miły i poznasz nowe miejsce. Obiecuję, że nie będziesz tutaj
długo, ale będzie ci tu dobrze.
Wciąż
niosłam pod pachą psie legowisko, w ręku bardzo pękatą torbę z miską i
puszkami, chociaż suchą karmę zostawiłam w bagażniku, a drugą ręką trzymałam
smycz Blondi, więc miałam problem z włożeniem klucza do zamka.
Drzwi
się same otworzył i zobaczyłam za nimi Ryana.
Odsunął
się natychmiast, żeby zrobić nam miejsce, ale przykucnął o krok dalej i odezwał
się do suni:
-
Cześć, Blondi, jestem Ryan.
Uśmiechnęłam
się w duchu, bo dokładnie tak przywitałabym małe dziecko, czyli na dystans i
udając zadowolenie z tego, że je widziałam.
Tak,
nie lubiłam dzieci i nigdy nie marzyłam, by jakieś mieć.
-
No, wchodź, malutka - mruknęłam do niej pieszczotliwie, chociaż Blondi była
pełnokrwistą Labradorką, więc nie była całkiem malutka.
Spojrzała
na mnie, zaciągnęła się zapachem Ryana, a potem niepewnie weszła do mieszkania.
Pozwoliła
się dotknąć Ryanowi po tym, jak trąciła go nosem w wyciągniętą w jej stronę
dłoń, a później pozwoliła się pogłaskać między uszami, więc uznałam, że go
zaakceptowała.
Nie
musieli się lubić, bo przecież miała u nas mieszkać tylko kilka dni, ale i tak
poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałam.
Ruszyłam
do kuchni z moim bagażem, a wtedy Ryan podniósł się i zabrał część rzeczy ode
mnie, informując mnie - Zamówiłem dla nas pizzę na kolację i już ją przywieźli.
Zamarłam
i zagapiłam się na niego, bo zadbał o kolację dla nas, dla mnie, chyba podejrzewając, że nie zdążyłam niczego zjeść po
zajęciach i przed wyjazdem po Blondi.
-
Dzięki - wymamrotałam - To wspaniale. Jestem głodna.
Ryan
wyszczerzył białe, równe zęby w pełnym uśmiechu, kiedy odwracał się, by zanieść
psie legowisko do mojego pokoju.
Zachłysnęłam
się oddechem, bo z tym uśmiechem, będąc taki rozluźniony, wyglądał oszałamiająco pięknie.
Zastanawiałam
się, czy było to nadal koleżeństwo, czy już coś więcej; to, co było między
nami; ale nie chciałam sobie robić nadziei.
Nie
powinnam.
Nie
mogłam.
Musiałam
trzymać się mojej strategii przetrwania, ochrony mojego serca przed ponownym
odrzucenie, przed stratą, która, jak doskonale wiedziałam, była nieunikniona.
Miałam
stypendium do zdobycia.
Miałam
studia do dokończenia.
Musiałam
odnaleźć kobietę, której nie straciłam, ale zagubiłam.
Myśląc
o tym, trzymając się tej myśli kurczowo, odstawiłam psie puszki z przyniesionej
torby do szafki pod zlewem, wyjęłam z niej obie miski i do jednej nalałam wody,
a w tym czasie Blondi opadła na podłogę brzuchem z cichym jękiem, pyskiem
skierowana w stronę drzwi, jakby chciała mi pokazać, że była tam tylko na
chwilę.
To
tak jak ja.
Musiałyśmy
to po prostu przeczekać.
Ona
nie zamierzała nas pokochać, a ja nie zamierzałam być niczym więcej jak tylko koleżanką Ryana.
*****
Kilka dni później…
Założyłam
moje nowe dżinsy rurki i kaszmirowy, jasno zielony sweterek z dekoltem w serek,
który przywiozłam ze sobą z Polski, bo szykowałam się do wyjścia z Ryanem do
jego rodziców na kolację z okazji jego urodzin.
Tak
naprawdę to nie było „wyjście”, lecz przejście z jednej części budynku do
drugiej, ale i tak liczyło się to, że szliśmy gdzieś razem.
Zostałam
zaproszona, jakby to była oczywistość, że pójdę z Ryanem.
Blondi
nadal mieszkała z nami.
Lisa
urodziła chłopczyka, któremu dała na imię Danny, o czy poinformowała mnie SMS’em
następnego dnia po tym, jak zabrałam Blondi.
Niestety,
jej synek miał żółtaczkę fizjologiczną i musiał być poddany naświetlaniu, więc
mieli wyjść ze szpitala do domu dopiero jutro.
Nie
pojechałam tam do niej.
Wiedziałam,
że odwiedzali ją teściowie i przyjaciółki, więc moja obecność była tam wręcz
niepożądana.
Dlatego
odpuściłam.
Zresztą
nie było mi spieszno, by obejrzeć maluszka i nie zamierzałam się z tego
tłumaczyć, więc po prostu skorzystałam z wymówki, że Lisa miała w szpitalnym
pokoju tłum gości, a ja nie chciałam go powiększać.
Sprawy
między mną a Ryanem się unormowały, o ile mogłam to tak nazwać, bo byliśmy
kolegami, współlokatorami i, chociaż się nie przyjaźniliśmy, to sobie wzajemnie
ułatwialiśmy życie na tyle, na ile mogliśmy.
Moje
treningi pływackie przeniosłam już całkiem na popołudnie, a raczej na wczesny
wieczór, co szczęśliwie było możliwe, bo część koleżanek z drużyny też o to poprosiła,
a niektóre nawet zrobiły to wcześniej.
Ranki
miałam więc luźniejsze, a to umożliwiło mi spacery z Blondi, które
przeznaczałam na poranne przebieżki, które sunia pokochała.
Biegałyśmy
we dwie codziennie, ja i pies na długiej, parcianej smyczy, i zamierzałam to
zamienić w przyszłości, kiedy już oddam Blondi jej właścicielce, w swoją
rutynę, bo bardzo mi się spodobało.
Najdziwniejsze
było to, że w czasie wczorajszego porannego joggingu dołączył do nas Ryan i to
też mi się spodobało.
Biegliśmy
obok siebie już dwa razy, wczoraj i dzisiaj, i odpowiadało mi zarówno tempo
tych joggingów, jak i milcząca zgodność naszych rozgrzewek, przystanków i
podpowiedzi Ryana co do trasy.
Blondi
była wręcz szczęśliwa z dwóch powodów, czyli dlatego, bo mogła się wyszaleć, a
potem pospać, kiedy ja jechałam na zajęcia, a Ryan do pracy lub co-on-tam miał
do zrobienia i dlatego, że byliśmy całym „stadem”.
Labradory
to psy myśliwskie, ale każdy pies jest zwierzęciem stadnym, wiec zawsze będzie
im odpowiadało przebywanie w większym gronie znanych im ludzi, a najlepiej
byłby, gdyby to była rodzina.
Blondi
zrobiła z nas taką „zastępczą” rodzinę dla siebie w związku z utratą jej
właściwej rodziny.
A
ja bardzo starałam się pamiętać, że nie
byliśmy z Ryanem rodziną.
Wychodziło
mi to coraz słabiej, ale wciąż byłam bardzo zajęta, teraz tym bardziej, że pewnego
wieczoru przyjechał Xavier, zostałam zaproszona do biura Ingrid i podpisaliśmy formalną
umowę na mój udział w reklamie ubrań sportowych, które, nawiasem mówiąc,
dostałam do przetestowania na własność i bardzo mi się spodobały.
Od
przyszłego tygodnia mieliśmy zacząć zdjęcia, kręcić filmy i wiedziałam, że będę
jeszcze bardziej zajęta.
Co
było jeszcze bardziej dobre, bo oznaczało, że moja strategia unikania Ryana
działała doskonale i rozwijała się.
Myśląc
o tym wyszłam z mojego pokoju, zabierając po drodze telefon, by wsunąć go do
tylnej kieszeni dżinsów, bo torebki nie potrzebowałam mieć ze sobą i ruszyłam
do salonu, żeby tam poczekać na Ryana.
Zobaczyłam
go, jak tylko wyszłam do korytarza, bo mieszkanie Ryana było duże jak na pokoje
nad garażem, ale nadal małe.
Stał
tam, przy wyspie kuchennej, oparty bokiem biodra o blat i przeglądał to, co
najwidoczniej przyniósł ze skrzynki pocztowej, a co wyglądało na stertę ulotek,
pism i rachunków.
No,
może mniej rachunków, bo większość z nich Roch dostawał na swoją pocztę
elektroniczną, a rachunki za media jego apartamentu tak samo dostawał Ryan na
swoją, ale zdążyłam się już dowiedzieć, że część z nich przychodziła też w
formie papierowej.
Nadal
przed Ryanem stał kosz na papier i większość z tego, co przeglądał, lądowała
właśnie tam.
Zawsze
to tak wyglądało, a ja przez te kilka tygodni już to widziałam przynajmniej dwa
razy i za każdym razem uznawałam to za bardzo seksowną pozę Ryana.
Tak,
pociągał mnie, podobał mi się fizycznie tak samo bardzo, jak podobał mi się, pociągał mnie psychicznie i
intelektualnie.
Był
bardzo męski na ten sposób dominującego faceta-alfy, ale jednocześnie w razie
potrzeby, i to często, delikatny.
Głównie
dlatego starałam się trzymać od niego na dystans, bo podobał mi się za bardzo.
Przełknęłam
ślinę, wzięłam uspokajający wdech, powtórzyłam w myślach moją mantrę - Dasz radę - i zrobiłam kolejny krok w
stronę kuchni.
-
Hej - zawołałam neutralnym tonem - Jestem gotowa. Może być? - rozłożyłam
szeroko ręce i spojrzałam na soje nogi ze zmarszczonymi brwiami.
Nie,
nie dopraszałam się komplementów.
Po
prostu Ryana wcześniej uprzedził mnie, że nie będzie to proszona kolacja dla
znajomych, a tylko nieco bardziej uroczysta kolacja w gronie rozszerzonej
wersji ich rodziny.
Kiedy
mi to przekazał, udało mi się nie spanikować na myśl, że uznał mnie za rodzinę i starałam się trzymać się tego,
że byliśmy kolegami, a ja dostałam zaproszona tylko dlatego, że tak wypadało,
bo tam byłam i musiałabym zostać sama.
Ryan
podniósł głowę, obejrzał mnie od stóp do głów i to spojrzenie, jakim mnie
obrzucił było tak gorące, że musiałam sobie przypominać, że mieliśmy być tylko kolegami.
Nie brnij w to, bo
kiedyś go stracisz
- przypominałam sobie.
-
Hej - mruknął Ryana, a jego głos był schrypnięty na sposób, który powiedział
mi, że spodobało mu się to, co widział - Może być - dodał szeptem.
On jest mężczyzną,
a ty jesteś kobietą
- powiedziałam sobie - Po prostu
potrzebuje kobiety, więc się podnieca.
Tak,
to było jakieś wytłumaczenie.
Taki
mężczyzna musiał mieć swoje potrzeby.
Od
tygodni nie widziałam, żeby Ryan miał jakąś kobietę.
Nigdy
żadnej nie przyprowadził do swojego mieszkania, nigdy nie napotkałam na
najmniejszy nawet ślad bytności jakiejś tutaj, więc wiedziałam to.
Nadal
nie mogłam mieć pewność, czy nie spotyka się z jakąś gdzieś u niej, ale nie
przynosił na sobie zapachu damskich perfum (nie, żebym go specjalnie
obwąchiwała) ani śladów szminki.
-
Wyglądasz pięknie - powiedział w końcu Ryana, prostując się i odkładając resztę
tego, co trzymał na blat obok siebie.
-
Dziękuję - powiedziałam i wskazałam wzrokiem na papiery - Dokończ, przecież nie
spieszymy się. Sprawdzę miski Blondi.
Ryan
skinął głową, wygiął wargi w uśmieszku i, nie patrząc na nie, chwycił z
powrotem papiery w dłoń.
Podeszłam
do misek, schyliłam się, a Blondi podreptała za mną.
Miała
pustą miskę na wodę, więc ją podniosłam, podeszłam do zlewu, by ją przepłukać i
napełnić, a sunia śledziła mnie wzrokiem.
Kiedy
zauważyłam, że nadal stała tam i patrzyła na mnie wyczekująco, a druga miska też
była pusta, więc uznałam, że była głodna i po odstawianiu miski z wodą
otworzyłam szafkę z puszkami z karmą.
Schyliłam
się, wyjęłam jedną i zabrałam się za jej otwarcie.
Odwracając
się z nią w dłoni i odkładając urwane wieczko na blat, zauważyłam, że Ryan już
skończył sortować papiery, stał tam, gdzie wcześniej stał i wpatrywał się w… mój tyłek!
Czyżby mu się podobał?
Niemożliwe.
Nie
miałam krągłych bioder, jak to lubili mężczyźni u kobiet, więc nie wiedziałam,
czemu ta myśl przymknęła mi przez głowę, ale schlebiła mi.
Zablokowałam
ją tak szybko, jak szybko się pojawiła, bo oprócz tego, że była niedorzeczna,
była szkodliwa w moim postanowieniu wytrwania w koleżeństwie z Ryanem.
Tak jest
bezpieczniej
- powtarzałam sobie co jakiś czas w głowie dla przypomnienia, ale przecież to
wiedziałam.
Po
napełnieniu miski Blondi karmą za pomocą łyżki, wyrzuciłam opróżnioną puszkę do
pojemnika na metale, sprzątnęłam też wieczko, włożyłam łyżkę do zmywarki i
odwróciłam się przodem do Ryana.
-
Już? - zapytał bez ponaglania, jak zwykłe pytanie i, kiedy skinęłam głową,
uśmiechnął się lekko, wyciągnął rękę zapraszająco w stronę drzwi i przechylił
tam głowę w geście Idziemy.
Znałam
ten gest, bo widziałam go u Ryana wiele razy i polubiłam go, bo tak naprawdę
był przejawem troski a nie arogancji.
Oznaczał,
że miałam wyjść pierwsza za drzwi, a on sprawdzi, czy wszystko w domu zostawiliśmy
w porządku, uruchomi alarm i zamknie za nami drzwi na klucz, upewniając się, że
są zabezpieczone.
Czekałam,
aż to zrobi.
Przyzwyczaiłam
się do tego, że miałam nie schodzić po schodach bez Ryana, kiedy szliśmy gdzieś
razem, bo lubił upewnić się, że było bezpiecznie poza domem, kiedy
wychodziliśmy za drzwi zewnętrzne.
Czułam
się wtedy zaopiekowana.
Ryan
miał taki właśnie charakter, a ja to doceniałam i czerpałam z tego, dopóki to
miałam dal siebie.
Zeszliśmy
na półpiętro, kilka schodków w dół do drzwi domu rodziców Ryana, a potem on
mnie wyprzedził, by otworzyć je własnym kluczem.
U
mamy Ryana poprzedniego dnia zostawiłam swój prezent dla niego na urodziny i
miałam nadzieję, że mu się spodoba.
Ryan
kończył właśnie dwadzieścia osiem lat, więc był o ponad osiem lat starszy ode
mnie, a w ogóle tego nie było po nas widać.
Przynajmniej
tak sądziłam.
On
wyglądał młodo, był przystojny, zgrabny i wysportowany, z ja wyglądałam
poważnie i byłam zbyt spokojna jak na swoje dziewiętnaście lat.
Ryan
zamykał za nami, a ja weszłam, nie czekając na niego, bo znałam dobrze jego
rodziców i lubiłam ich.
Przeszłam
przez drzwi i od razu udałam się do kuchni, do Ingrid, a Ryan bez wahania
poszedł za mną, bo stamtąd było słuchać wyraźne trzaskanie garnkami, które
oznaczało, że tam była.
W
kuchni również był schowany mój prezent dla Ryana, więc nawet dobrze się
złożyło.
*****
Ryan
Na
tej kameralnej, rodzinnej kolacji Ryan czuł się dobrze w towarzystwie rodziców,
Larsa i Kate, a zwłaszcza Kate, i nie mógł się nadziwić, jak bardzo ta dziewczyna,
jeszcze nastolatka, pasowała do jego rodziny i do niego.
Wiedział
o niej niewiele, ale było to coś, co było najważniejsze, poczynając od tego, że
mieli podobne poczucie humoru i śmiali się z tego samego.
Lubili
podobne filmy, spędzanie czasu na kanapie w salonie z miska popcornu, kiedy
inne kobiety uważały to za stratę czasu, który mogły wykorzystać na seks i za
dużą ilość wchłanianych kalorii.
Ryan
nie zauważył, by Kate w ogóle kiedykolwiek liczyła kalorie, a co dopiero, żeby
je ograniczała.
Lubił
to w niej.
Była
wygadana, ale w sensie elokwentna, a nie pyskata i nigdy nie zrzędziła, nie
marudziła ani nie narzekała.
Byli
kolegami, ale zawsze rozmawiali na neutralne tematy, a nigdy nie zwierzali się
sobie, więc daleko im było do przyjaźni.
Ale
Ryan wiedział, że Kate go lubiła, a może nawet bardziej niż lubiła, tylko po
prostu była z nieznanego mu powodu nieufna i wycofana.
Żadna
nastolatka nie powinna być aż tak ostrożna, jak ona była, co oznaczało, że ta
konkretna przeżyła coś złego.
A
jemu bardzo zależało na tym, żeby mu zaufała, bo wtedy mógłby mieć to, czego
pragnął najbardziej na świecie.
Coś
więcej z Kate.
Już
kiedy spotkali się po raz pierwszy zauroczyła go swoją urodą.
Potem
spodobało mu się jej poczucie humoru i spokojny sposób bycia.
Stopniowo
polubił, chociaż długo cholernie go wkurzały, zarówno jej samodzielność, jak i
niezależność.
A
odkąd zamieszkali razem podobało mu się w niej coraz więcej.
Ale
postanowił czekać i postanowił stopniowo ja do siebie przekonywać.
Jeśli
byłaby blisko, mógł poczekać na to, żeby Kate mu zaufała.
Więc
na razie byli tylko kolegami.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń