Rozdział 4
Miałam
przechlapane
Kate
Kilka tygodni później…
Obudziłam
się w swoim łóżku w akademiku w
bawełnianym, ciepłym dresie zamiast w mojej cienkiej, krótkiej piżamie i
wiedziałam z przerażającą jasnością tylko jedno.
Jak
mawiała Jane, byłam w czarnej… dziurze.
Innymi
słowy: miałam przechlapane.
Moje
marzenia, wszystko na co pracowałam przez ostatnie lata, rozsypało się niczym domek
z kart po jednej mojej nieodpowiedzialnej decyzji.
Zaczęło
się od tego, co nie było z mojej winy.
Straciłam
Jane.
Tylko
ten jeden raz rozmawiała ze mną w miarę logicznie, a nasze późniejsze kontakty
ograniczały się do mojego mówienia, a jej milczenia albo jej płaczu.
Bywały
sytuacje, kiedy dostawała ataku paniki na wieść o tym, że miała opuścić swój
pokój szpitalny na wózku, żeby pojechać na prześwietlenie i musieli ją uśpić
lekami uspokajającymi.
Czasem
przepraszała mnie za to, że mnie zawiodła, że była nierozważna, słaba lub
głupia, a ja zastanawiałam się, z kim rozmawiała, że takie myśli przychodziły
jej do głowy.
Raz
przyszłam tuż po tym, jak rozorała sobie paznokciami brzuch, bo przyśniła jej
się jakaś sytuacja z tamtego miejsca, w którym spędziła kilka tygodni i
musiałam wzywać pielęgniarkę do pomocy w opatrzeniu jej.
Nie
mogłam jej pomóc.
Nie
umiałam jej pomóc, więc ją straciłam.
Straciłam
przyjaciółkę, bo jej zdrowie psychiczne wymagało mojego kontaktu z jej
rodzicami i mojego powiadomienia ich o jej „wypadku”, żeby przyjechali do SLC i
się nią zajęli, więc to zrobiłam.
Była
pełnoletnia, ale młodsza ode mnie o rok i była ich dzieckiem, więc nie mogłam
przed nimi tego dłużej ukrywać.
Zwlekali,
bo nie powiedziałam im wprost przez telefon, jak naprawdę było, ale i tak
przyjechali.
Oni
natomiast, natychmiast po przyjeździe i wprowadzeniu ich przez lekarza w
szczegóły stanu zdrowia psychicznego ich córki, zadecydowali, że Jane powinna
przerwać studia na rok, wrócić do domu, a potem dopiero zadecydować, co
zechciałaby zrobić ze swoim życiem i swoją przyszłością.
Rozumiałam
to, zgadzałam się z tym, chociaż serce mnie bolało egoistycznie, ze względu na
mnie.
Przez
ponad tydzień jeździłam codziennie do szpitala, by odwiedzić Jane, by rozmawiać
z nią i psychologiem, jakiego jej tam przydzielili, pomagać jej w powrocie do
zdrowia psychicznego, ale to było za mało.
Potrzebowała
czasu i wsparcia specjalisty.
Musiałam jej to dać.
Rozmowa
telefoniczna, którą odbyłam z mamą Jane po południu drugiego dnia po jej odnalezieniu,
kiedy odwiedziłam moją przyjaciółkę w szpitalu po raz pierwszy, była
najtrudniejszą rozmową, jaką odbyłam kiedykolwiek
w moim tak krótkim przecież życiu, chociaż już wiele odbywałam różnych rozmów i
wiele z nich nie było łatwych.
Nigdy
jednak nie musiałam powiedzieć wprost żadnemu rodzicowi, że zawiodłam jego
zaufanie do tego stopnia, że dziewczyna, którą miałam pod opieką jak młodszą
siostrę, jego ukochana córka, właśnie została zniszczona, bo tylko tak można
było nazwać to, co stało się z Jane.
Nie
powiedziałam całej prawdy mamie Jane przy naszej pierwszej rozmowie, bo tak nakazał mi Ryan, a ja go posłuchałam z
dwóch powodów, z których jednym było moje tchórzostwo.
Łatwiej
było powiedzieć tej biednej kobiecie, że jej córka miała wypadek i przebywa w
szpitalu z powodu obrażeń, niż przyznać, że zaufała mi, ja zawiodłam, przez co moja
przyjaciółka, najlepsza z kobiet, jakie znałam, została wielokrotnie zgwałcona
i sprzedana do burdelu.
Więc
skwapliwie skorzystałam z tego, że Ryan powiedział, że nie należy denerwować
rodziców Jane przez telefon bardziej, niż to było potrzebne, a wersja o wypadku
była o wiele łagodniejsza.
Ale
też to spowodowało, że rodzice Jane nie spieszyli się z przylotem i pojawili
się w SLC dopiero tydzień później.
Przez
całe siedem dni byłam zajęta dwadzieścia godzin na dobę przez bardzo ważne
sprawy, z których z żadnej nie mogłam zrezygnować pod absolutnie żadnym pozorem.
Uczęszczałam
na wszystkie swoje zajęcia na uczelni, po nich uczyłam się, przygotowując na
odpytywanie i kolokwia, by utrzymać swoją wysoką średnią i dzięki temu moje stypendium,
pracowałam w klinice, ćwiczyłam na basenie i w siłowni i codziennie odwiedzałam
moją Jane w szpitalu.
Niedługo
po tym, jak dowiedziałam się o tym, co spotkało moją przyjaciółkę, na adres
akademika otrzymałam pismo z dziekanatu, w którym „uprzejmie poinformowano”
mnie, że nie dostałam pełnego stypendium na weterynarii na University of Utah,
bo zbyt późno złożyłam wniosek.
To
była moja druga porażka.
Miałam
otrzymać stypendium, ale pokrywało ono dofinansowanie czesnego jedynie w
pięćdziesięciu procentach jego wysokości, więc musiałam dopłacić resztę ze
swoich pieniędzy.
Nie
to mnie martwiło, chociaż pieniądze były
ważne.
Ale
tyle ich miałam i byłam na to przygotowana, by opłacić przynajmniej część
czesnego, akademik i swoje utrzymanie.
Niestety,
od tego stypendium miała zależeć również moja wiza studencka, więc było bardzo
prawdopodobne, że od następnego roku akademickiego nie dostałabym jej, ale
zamierzałam tym martwić się dopiero w
lutym, po sesji egzaminacyjnej.
Nie
miałam potrzeby, by myśleć jeszcze dodatkowo o tym, że musiałabym wracać do
Polski przed osiągnięciem swojego celu.
To
byłaby porażka ostateczna.
Nadal
bałam się, że nie dam rady utrzymać stypendium, nie zdołam spełnić
swojego największego marzenia, że byłam zbyt głupia, za słaba, żeby doprowadzić
do końca swój plan.
To
Jane była tą, która podtrzymywała we mnie wiarę, że mogłam to zrobić, i była w tym jedyna,
ale teraz ona bardziej potrzebowała wsparcia, niż ja, więc zostałam z tym sama.
Z
całym tym zmęczeniem, z kolejnymi przeszkodami, jakie życie rzucało mi pod
nogi, słabłam coraz bardziej zarówno fizycznie jak i psychicznie.
W
tych dniach dokwaterowano mi do pokoju w akademiku lokatorkę, która była dla
mnie jak dzień do nocy.
Miała
na imię Roxanne i podobno studiowała
psychologię.
Nigdy
nie widziałam, żeby się uczyła, więc zastanawiałam się, czy studiowała cokolwiek.
Ale
nie to było złe, chociaż jak na mój gust miała zbyt mało nauki, a za dużo czasu
na rozrywkę.
Nieodpowiednie
i nie do przeżycia dla mnie było to, że pracowała jako „tancerka egzotyczna”, chociaż
nie chodziło o samą pracę, a o to, że swoją wykonywała w późnych godzinach
wieczornych i we wczesnych godzinach nocnych, przez co wracała do pokoju o czwartej nad ranem.
A
na dodatek czuła się z tym świetnie i
chwaliła sobie taki tryb życia, namawiając mnie
do tego zawodu, bo, jak mawiała, przynosiło
to kupę szmalu i dawało spokój.
-
Jesteś wysportowana - mówiła mi - Dasz radę. Potańczysz, pokręcisz się na
rurze, pokażesz trochę ciała i zarobisz tyle, by nie martwić się o pieniądze na
zakupy, czesne czy cokolwiek innego.
Kiedy
tylko kręciłam głową, by ją zniechęcić do namawiania, ale nie obrazić, popychała
dalej:
-
Mogłabyś kupić sobie porządny samochód, a może wynająć oddzielny pokój.
Przecież widzę, że wolisz mieszkać sama.
Nie
widziałam tego w ten sposób, chociaż nie oceniałam jej.
Po
prostu nie znosiłam być namawiana do życia innego, niż sama prowadziłam,
wybrałam je i mogłam przyjąć konsekwencje swojego wyboru.
Ale
nie konsekwencje jej wyboru, a to, jak prawdopodobnie była z tego powodu
traktowana przedmiotowo przez mężczyzn, był jednym z powodów odrzucania przeze
mnie jej propozycji.
Pracowałam
na swoje marzenia po swojemu.
Codziennie
wstawałam przed szóstą rano, by poćwiczyć, przyszykować się do zajęć, wyruszyć
w swoją drogę, a wracałam do akademika około dziewiątej wieczorem, by pouczyć
się, bo musiałam utrzymać średnią do stypendium.
A
Roxie budziła mnie codziennie, a raczej co noc, o czwartej nad ranem, chociaż
była delikatna i uważna, starała się przy tym być cicha, więc wiedziałam, że
budziła mnie niechcący.
Żadna
z nas nic nie mogła poradzić na to, że od zawsze ze snu wybudzał mnie nawet
najcichszy dźwięk.
Dochodziły
do tego stres i negatywne emocje, bo miałam problemy w pracy, skoro musiałam
poprosić o wyznaczenie zmian tak, by nie kolidowały mi one z zajęciami na
studiach, a to oznaczało, że często byłam sama w klinice z chorymi zwierzakami,
które musiały zostawać bez swoich właścicieli.
To
było coś, co zawsze mnie rozstrajało i uważałam to za najgorszą część swojej
przyszłej pracy.
Kochałam
pomagać zwierzętom, ale chore były smutne,
a ja nie mogłam ich pocieszyć, bo kochały swoich właścicieli i to z nimi
chciały być w chorobie.
A
kiedy przyjechali rodzice Jane, sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo
rozmowy z nimi, roztrząsanie tego, co się stało, konieczna szczerość i to, jak
przyjęli prawdę, było dla mnie bardzo
trudne.
Po
kilku dniach i po konsultacjach z lekarzami, psychologiem i terapeutą
zadecydowali, że Jane wróci z nimi do domu, do Waszyngtonu, a dla mnie nie było
żadnym pocieszeniem to, że powtarzali wielokrotnie, że nie mieli do mnie żalu i
że to nie była moja wina, że Jane została porwana.
Ja
czułam to inaczej.
-
Jedź z nami, kochana - odezwała się niespodziewanie do mnie mama Jane, kiedy
jej tata spakował już to, co dla niej kupiłam i resztki dobytku swojej córki do
samochodu - Jesteś jak rodzina. Zawsze będzie dla ciebie u nas miejsce.
-
Dziękuję - udało mi się wykrztusić przez ściśnięte ze wzruszenia gardło, bo nie
spodziewałam się tego, że tak mnie będą traktowali.
-
Mogłabyś wrócić na medycynę do Grossmana - mama Jane powiedziała coś, co
wiedziałam, że mogłam zrobić, bo przyjęliby mnie tam, chociaż może nie z
otwartymi ramionami po mojej dezercji kilka miesięcy temu - Pomoglibyśmy ci z
radością, jak własnej córce.
-
Nie mogę - westchnęłam, bo naprawdę nie mogłam - Muszę postarać się o
stypendium tutaj.
Nie
mogłam teraz zrezygnować, ale rodzice Jane nie wiedzieli, dlaczego to robiłam,
bo im nie powiedziałam.
Tylko
Jane wiedziała, a i ona też nie znała całej prawdy.
Kiedy
wyjechali we trójkę, miałam więcej czasu dla siebie, ale to dało mi możliwość
innego zapracowania na stypendium, o czym dowiedziałam się przypadkiem podczas
eliminacji na zajęcia fizyczne.
Pływałam
od dzieciństwa.
Dużo
też ćwiczyłam na siłowni.
Kiedy
zapisałam się na zajęcia fizyczne na uczelnianym basenie i mieliśmy tam próbne
testy, trener reprezentacji studenckiej University of Utah zauważył mnie i
zaproponował mi dołączenie do nich, bym spróbowała swoich sił w zawodach
pływackich.
Spróbowałam
i udało się.
Po
tym stopniowo zrezygnowałam z dodatkowych ćwiczeń na siłowni, pływania na
basenie indywidualnie, a codziennie rano jeździłam na basen uczelni, by wziąć
udział w treningach reprezentacji.
Przynosiło
mi to oszczędności, o jakich wcześniej nie pomyślałam.
Poza
tym okazało się, że mogłam liczyć na stypendium sportowe.
Nieśmiało
zaczęłam wierzyć w swoje szczęście.
Aż
do wczoraj.
Zaczęło
się właściwie wczoraj w środku nocy, ale nie byłam tego w ogóle świadoma, bo smacznie
spałam, a chodziło o to, że cicho i niespodziewanie spadł pierwszy tegoroczny śnieg.
W
biegu, zapracowaniu, całym tym rozgardiaszu, jaki panował wokół mnie, nie
zauważyłam, że nadeszła połowa października i powinnam być przygotowana na
załamanie pogody.
Chociaż,
musiałam przyznać sama przed sobą, że łagodna i prawie bezśnieżna zima w Nowym
Jorku mnie pod tym względem rozpieściła.
Rok
temu przekonałam się, że pięć centymetrów śniegu na ulicach NY powodowało nieopisany
chaos na ulicach i zatrzymanie pracy nie tylko szkół i uczelni, ale również
urzędów, zakładów pracy, a nawet niektórych sklepów.
Na
szczęście tam trwało to zaledwie trzy dni, zanim biały puch zmienił się w
brudna breję, stopniał i został
zapomniany na następny rok.
Natomiast
ta część SLC, w której mieszkałam, nawiedzana była przez jesienne opady śniegu
porównywalne z tymi, jakich doświadczyłam w Polsce.
Umiałam
się poruszać po zaśnieżonych, śliskich ulicach autem, miałam do tego nawet odpowiedni
strój, gdybym musiała iść pieszo po śniegu i zimnie, ale nie przygotowałam go
na poranne wyjście z akademika, a na pewno nie
przygotowałam na zimę mojego Nissana.
Kiedy
wstałam poprzedniego dnia o szóstej rano, jak zwykle najpierw wyjrzałam przez
okno i zamarłam.
Było
bajkowo pięknie.
Uwielbiałabym
to, gdym nie musiała wychodzić z pomieszczenia.
Problem
polegał na tym, że nie wyjęłam ze skrzyni swoich zimowych butów, kurtki,
rękawic i czapki, bo, chociaż nie używałam ich poprzedniej zimy, posiadałam takowe.
Moja
mama uwielbiała zimą jeździć do alpejskich kurortów narciarskich, więc miałam
markowe, wysokiej jakości spodnie i kurtkę, chociaż tych narciarskich nawet nie
zabrałam ze sobą z Polski.
Może
mogłabym napisać do mamy, by mi to przysłała, gdybym nie obawiała się napisać
jej, że byłam w SLC.
Rzuciłam
się więc do szafy, do nagłych poszukiwań, co spotkało się z wściekłym
warknięciem ze strony Roxie, kiedy trwało to przez jakiś czas i nie udało mi
się być cicho.
-
No, kurwa, spierdalaj już i daj
pospać - jęknęła całkiem głośno, kiedy po raz trzeci spadło mi coś ciężkiego na
dno szafy i zamarłam, bojąc się jej zdenerwowania, bo bardzo starałam się żyć z nią w zgodzie.
Odetchnęłam
w duchu, bo trzymałam w ręku włóczkową czapkę i rękawiczki, a kurtka i buty
były już przy łóżku, torbę z rzeczami na basen i drugą z tymi na zajęcia miałam
spakowane dzień wcześniej, więc mogłam po prostu wyjść z pokoju.
Zostawiłam
cały bałagan za sobą, kiedy zamykałam po cichu drzwi.
Nie
zjadłam nawet śniadania, skoro musiałam natychmiast
wyruszyć w drogę, żeby dotrzeć na czas na swój trening, a sprawdziłam w aplikacji
w swoim telefonie, że nie został odwołany.
Po
wyjściu na dwór przekonałam się, że nie miałam szansy na uniknięcie spóźnienia,
bo mój samochód wymagał solidnego odśnieżenia, więc tylko westchnęłam z
wdzięcznością ku pamięci mojego instruktora z nauki jazdy, który powtarzał mi
wielokrotnie, że szczotka do zmiatania śniegu, liści i innych śmieci z szyb i karoserii
była nieodzownym elementem wyposażenia każdego
samochodu.
Teraz
przydała się do uprzątnięcia śniegu, za co zabrałam się po wciśnięciu toreb na
tylne siedzenie.
Nawet
z tym, że miałam szczotkę, odgarnięcie mokrego, wciąż białego puchu z szyb i
dachu auta zajęło mi piętnaście minut.
Po
plecach płynął mi pot, rękawiczki miałam przemoczone, a czapkę zsuniętą na tył
głowy, kiedy wreszcie uznałam, że mogę wyruszyć w trasę.
Wrzuciłam
szczotkę na podłogę za siedzeniem kierowcy, wsiadłam za kierownicę i odpaliłam
silnik, a wtedy pomyślałam, że miałam wiele szczęścia, bo odpalił, chociaż zrobił to po niepokojących odgłosach charczenia.
Wcześniej
nie przejmowałam się takimi „drobiazgami” jak naładowanie akumulatora, a AAA
nie wykupiłam, bo wydawało mi się niepotrzebne.
Teraz,
poniewczasie, tego żałowałam.
Jechałam
do uczelnianej pływalni dwa razy dłużej niż normalnie, bo już na pierwszym
zakręcie przekonałam się, że przyczepność moich zużytych opon była prawie
zerowa.
Trener
jednak nie robił mi wyrzutów.
Okazało
się, że byłam jedną nielicznych studentek, które w ogóle dotarliły na trening,
został on skrócony, więc nasz „poganiacz” cieszył się tym, że wciąż miał na
kogo pogwizdywać i krzyczeć.
Kiedy
wyszłam po treningu, prysznicu, przebraniu się i nie-do-końca-wysuszeniu
włosów, przekonałam się, że resztki mojego szczęścia się wyczerpały.
Wsiadłam
do mojej Micry, wrzuciwszy uprzednio torbę z mokrymi rzeczami na tylne
siedzenie, włożyłam kluczyk do stacyjki, przekręciłam i… nic.
Wysiadłam,
rozejrzałam się bezradnie i przekonałam się, że koledzy już odjechali, więc
wyjęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów i uruchomiłam go, a potem przewinęłam
moją krótką listę kontaktów.
Naprawdę
nie wiem, dlaczego to zrobiłam.
Dlaczego
on.
Nie
rozmawiałam z Ryanem od czasu, kiedy byliśmy razem u Jane, a właściwe nie
rozmawialiśmy normalnie, bo Ryan
dzwonił do mnie, ale ja ucinałam jego troskliwe pytanie o moje samopoczucie i zbywałam
go banalnym tekstem „Wszystko jest w
porządku”, dorzucając tyko „Dziękuję”.
A
wczoraj, stojąc przy moim unieruchomionym autku na parkingu przy pływalni, niewyobrażalnie
głupio i bezmyślnie wybrałam z listy kontaktów jego numer i wcisnęłam Dzwoń.
Później
jednak, kiedy przyłożyłam telefon do ucha i wysłuchałam czterech dzwonków, odsunęłam
go, spojrzałam na wyświetlacz i wcisnęłam czerwoną słuchawkę, jakby miała mnie
oparzyć.
Wciągnęłam
niezbyt mroźne, październikowe powietrze do płuc przez nos, zacisnęłam wargi, a
potem zrobiłam to, co powinnam była zrobić na początku.
Znalazłam
numer do firmy taksówkowej i zamówiłam sobie transport, żeby mieć chociaż cień szansy na uniknięcie spóźnienia na
ćwiczenia, jakie miałam mieć za dwadzieścia minut w dość odległym budynku
uczelni.
Wystarczy
powiedzieć, że reszta dnia upłynęła mi na poznawaniu uroków miejskiej
komunikacji i próbach dostosowania mojego planu dnia do godzin przyjazdów
autobusów, a potem na brnięciu w topniejącym śniegu, który zalegał ogarnięte
ulice i chodniki.
To
był bardzo długi i przygnębiający dzień.
Przez
cały czas zjadłam tylko jeden niby-posiłek gdzieś w biegu między kolejnymi
zajęciami a pracą w klinice, a, kiedy wróciłam do akademika, po raz pierwszy od
początku podjęcia studiów na U ze szczerą niechęcią
pomyślałam o konieczności przygotowania się na odpytywanie w czasie ćwiczeń z
anatomii porównawczej ssaków, jakie miałam mieć następnego dnia rano.
Z
torebki, do której go schowałam rano, wyjęłam mój telefon, by sprawdzić, która
była godzina, czy nie należałoby go naładować, a wtedy przekonałam się, że
wyświetlały mi się tam powiadomienia o kilku nieodebranych połączeniach od
Ryana.
Nie
miałam siły i ochoty na rozmowę z nim, więc odłożyłam telefon na szafkę nocną i
położyłam się w ubraniu na łóżku.
Nawet
go rano nie zaścieliłam.
Wróciłam
wspomnieniami do jedynej miłej chwili tego dnia, a wydarzyła się ona właśnie w
klinice.
Było
już po piątej po południu, więc teoretycznie mieliśmy zamknięte i wszyscy
poszli do domów, ale jeszcze nie zabezpieczyłam drzwi, bo wpadał tam czasem
ktoś w potrzebie i byłam na to przygotowana.
Miałam
zamykać za pół godziny, wiec leniwie zamykałam system w naszym firmowym
komputerze i szykowałam zwierzaki do snu.
Kiedy
rozległ się sygnał brzęczyka otwarcia drzwi, który mieliśmy zainstalowany przy
biurku na zapleczu, spojrzałam na wejście, wychylając się zza framugi otwartych
drzwi składzika, w którym byłam, by zobaczyć tam kobietę w zaawansowanej ciąży
z pięknym, bardzo zadbanym i grzecznym labradorem, stojącym posłusznie przy jej
lewej nodze.
Kobieta
nie była bardzo wysoka, chyba trochę niższa ode mnie lub mojego wzrostu, miała
regularne, delikatne rysy twarzy, rude, długie do łopatek, rozpuszczone włosy
przykryte jasną, włóczkową czapką z pomponem, zielone oczy i kobiece krągłości,
których bym jej zazdrościła, gdybym nie podejrzewała, że były trochę wynikiem
jej ciąży.
Najważniejszy
był jednak jakiś smutek, goszczący w jej oczach, chociaż jej usta uśmiechały
się delikatnie.
-
Dobry wieczór - powiedziała, a ja dopiero wtedy dostrzegłam, że za oknem
faktycznie zrobiło się dość ciemno.
-
Dobry wieczór - odpowiedziałam, myśląc jednocześnie o moim wracaniu do
akademika ciemnymi ulicami i zatłoczonym autobusem miejskim.
Niczego
z tego nie lubiłam.
Przeniosłam
swoje spojrzenie na psa, który posłusznie usiadł na tyłku przy nodze swojej
właścicielki i tylko patrzył na mnie wyczekująco, chociaż zwykle zwierzaki były
niespokojne w klinice ze względu na zapachy, jakie je tu atakowały.
Ten
nawet nie dyszał.
-
To Blondi - przedstawiła ja kobieta - A ja jestem Lisa.
-
Cześć Lisa - powiedziałam - Cześć Blondi - nachyliłam się lekko w stronę psa,
który postawił uszy i z zaciekawieniem przechylił głowę - Jestem Kate.
-
Mam taki problem - zaczęła z wahaniem Lisa - Rodzę za niecały miesiąc i nie
będę miała jej z kim zostawić na te kilka dni, kiedy będę w szpitalu.
Spojrzałam
na nią, kiedy przetoczyły się przeze mnie naraz różne uczucia.
Pierwszym
było współczucie i poczucie solidarności.
Była
samotna.
Rozumiałam
ją, bo też nie miała rodziny,
przyjaciół i nikogo, na kim mogłaby
się oprzeć w chwili, kiedy atakowała ją proza życia.
Ale
miała mieć dziecko, więc miała w swoim życiu chociaż przez chwilę jakiegoś mężczyznę,
a tego mogłabym jej zazdrościć.
Nie
byłam singielką z wyboru, więc trochę jakby za tym tęskniłam.
No
i miała jakieś mieszkanie, w którym mogła trzymać psa, a to było bardzo cenne w
Stanach, co już wiedziałam aż za dobrze.
Tutaj
posiadanie jakiegokolwiek zwierzęcia
w domu świadczyło o dobrych warunkach
życiowych.
-
To znaczy mam przyjaciół i jest
rodzina mojego męża… - rozwiała moje złudzenia co do naszego podobieństwa, więc
jedynie pozostała mi na języku dziwna, niechciana gorycz zazdrości - ale oni
mają swoje dzieci lub pracę i nie chcę im zrzucać na głowę kłopotów w postaci odpowiedzialności
za Blondi.
Skinęłam
głową, bo nie miałam nic do powiedzenia, bo tu nie było nic do powiedzenia.
-
Czytałam, że macie tu usługę hotelu dla zwierząt - mówiąc łagodnym głosem, Lisa
wreszcie wyjaśniła powód swojej wizyty.
-
Och, tak - ocknęłam się - Zapraszam - stanęłam bokiem i wskazałam dłonią
wejście do tylnego korytarza - Pokażę ci miejsce, w którym Blondi mogłaby
spędzić kilka dni.
Z
psem drepczącym posłusznie przy nodze swojej właścicielki przeszłyśmy do
odpowiedniego pomieszczenia, wskazałam Lisie krzesło, na którym usiadła, kiedy
ja usiadłam na podłodze przy ścianie, pozwalając Blondi poznać się ze mną o
oswoić z miejscem.
Rozmawiałyśmy,
śmiałyśmy się, opowiedziałam Lisie o naszych zwyczajach, a ona opowiedziała mi
o zwyczajach suni.
Kobieta
była niezwykle… hmmm… dystyngowana,
poruszała się z gracją i wypowiadała się elegancko, nie ucinając końcówek, jak
robili to Amerykanie, których znałam, pełnymi zdaniami, mówiąc z wyraźnym
brytyjskim akcentem, który wzbudzał zaufanie i szacunek.
A
pies był bardzo przyjazny.
Blondi
położyła mi głowę na udach nóg, które miałam skrzyżowane po turecku na
podłodze, kiedy reszta jej ciała spoczywała bokiem do Lisy, więc sunia miała
pod kontrolą swoją panią i jednocześnie pokazywała mi, że mi ufała.
To
było bardzo miło spędzone ponad pół godziny.
Kiedy
już wszystko ustaliłyśmy, pożegnałyśmy się po uprzednim wymienieniu się
numerami telefonów i Lisa wyszła.
Ja
również kończyłam swój dyżur, więc zaczęłam zbierać się do wyjścia.
Przebrałam
się w swoje ubrania z tych wierzchnich, które miałam do pracy, założyłam na
siebie swoje wysokie trapery, kurtkę i czapkę, wsunęłam do kieszeni rękawiczki
wysuszone na grzejniku, pogasiłam światło, sprawdziłam, czy wyłączyłam
wszystkie urządzenia i wyszłam przez drzwi, by odwrócić się i zamknąć je na
klucz.
Pół
minuty później odwróciłam się z krzykiem i podskoczyłam, kiedy ktoś za moimi
plecami zawołał cicho moje imię.
-
Och, przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć - zobaczyłam Lisę w otwartym
oknie chyba nowego, sporego, srebrnego SUV’a Audi, stojącego z włączonym
silnikiem na parkingu przed kliniką.
Nie
słyszałam go.
-
Nic nie szkodzi! - lekceważąco
machnęłam jedną ręką, kiedy odkrzyknęłam do niej nieswoim głosem - Po prostu
nie spodziewałam się, że jeszcze tu jesteś - dodałam trochę ciszej i spokojniej.
-
Musiałam zapakować Blondi do bagażnika i ją przypiąć - wyjaśniła Lisa, a ja w
myślach pochwaliłam ją za taką troskliwość.
-
Nie widzę twojego samochodu - zauważyła Lisa coś, co było oczywiste, bo nie
było tam żadnego samochodu.
-
Przyjechałam autobusem - wyjaśniłam - Mój samochód się zepsuł.
-
Och, to wsiadaj, podwiozę cię - zawołała Lisa.
-
Nie chcę robić problemu… - speszyłam się, ale ona już wychyliła się ze swojego
fotela i od środka otwierała drzwi pasażera, więc wiedziałam, że była jedną z
tych kobiet, które nie uznają odmowy.
-
Nie wygłupiaj się - odparła - To nigdy nie jest bezpieczne, kiedy kobieta
chodzi sama po zmroku.
Cóż,
miała rację.
Machnęła
na mnie ponaglająco dłonią, przywołując mnie do swojego samochodu, więc
poddałam się, bo prawdę mówiąc, poczułam ulgę, że nie byłam zmuszona do samotnego
wystawania na przystanku w oczekiwaniu na autobus.
Kiedy
zajęłam miejsce, jeszcze trochę ceregieliłam się, mówiąc, że nie potrzeba, że
dałabym sobie radę, trochę się krygowałam, ale robiłam to bez przekonania i raczej
dla zasady.
Po
długim dniu byłam bardzo zmęczona, głodna i naprawdę miałam ochotę wyłącznie na
położenie się do łóżka z kubkiem gorącej herbaty, najlepiej malinowej z miodem,
chociaż na taką chyba nie mogłam liczyć, mając w pamięci to, czym dysponowałam
w akademiku, po zjedzeniu czegokolwiek na szybko wyłącznie z rozsądku, bo nie czułam
głodu i po opatuleniu się kołdrą po sam czubek nosa, by spać, spać, spać.
Podczas
jazdy trochę odpoczęłam, bo to była przyjemna odmiana, kiedy nie musiałam
prowadzić, ktoś martwił się, że miałam bezpiecznie dotrzeć do celu, a na
dodatek Lisa była cichą, miłą towarzyszką, która nie wypytywała nadmiernie i
nie zmuszała mnie do rozmowy.
Zadała
mi tylko jedno dziwne pytanie.
Przez
te kilkanaście miesięcy mojego pobytu w Stanach przekonałam się, że ludzie nie
rozpoznawali obcego akcentu w mojej wymowie.
Albo
może raczej wiedzieli, że mój akcent
był odmienny od tych, które znali, ale nie kojarzyli miejsca, z jakiego
pochodził.
-
Przepraszam, że pytam - zwróciła się do mnie Lisa po kilku minutach jazdy -
Ale… czy ty przypadkiem nie pochodzisz z Polski?
Poczułam
się, jak ogłuszona, kiedy zapatrzyłam się na nią martwo z szeroko otwartymi
oczami.
To
nie było tak, że musiałam się bardzo ukrywać, ale zostałam wzięta z
zaskoczenia, więc nie wiedziałam, co miałam odpowiedzieć.
-
Jeśli nie chcesz, to nie mów - powiedziała Lisa bardzo cicho i to mnie ponownie
zaskoczyło - Ale mam koleżankę, może bardziej przyjaciółkę, która pochodzi z
Polski i, chociaż jest tu już od kilku lat, nadal ma taki akcent, jak ty.
To
sprawiło, że rozluźniłam się, chociaż wcześniej nie zauważyłam, że się spięłam,
skinęłam głową i przełknęłam ślinę.
-
Tak - powiedziałam w końcu i wymusiłam lekki uśmiech - przyjechałam z Polski, by
się tu uczyć. Mam wizę studencką.
Lisa
uśmiechnęła się w odpowiedzi, zerkając na mnie tylko przelotnie, a potem już ciągle
patrzyła przez przednią szybę, kiedy wiozła nas do akademika.
A
godzinę później, leżąc w łóżku pod kołdrą po tym, jak zjadłam na szybko coś, co
złapałam z lodówki i zagryzłam znalezionym bananem, zrobiłam sobie duży kubek
herbaty owocowej, naprawdę żałując, że nie miałam malinowej z Herbapolu i prawdziwego miodu,
otworzyłam podręcznik i swoje notatki z anatomii kręgowców, ale czytałam już
trzy razy tą samą stronę i nie pamiętałam ani słowa.
W
głowie mi huczało niczym morze w czasie sztormu.
Wyjęłam
z szuflady nocnego stolika blister z paracetamolem, bo czułam, że tego
potrzebowałam, skoro czułam ból wszystkich mięśni i stawów, ucisk oczodołów,
pieczenie pod powiekami i drapanie w gardle, a to zwykle zwiastowało u mnie
chorobę.
Wyłuskałam
dwie tabletki, połknęłam je i popiłam przestudzoną herbatą.
A
potem wróciłam do czytania podręcznika.
Kilka
godzin później obudziłam się i stwierdziłam, że było całkiem cicho, a ja spałam
przy zapalonym świetle, z podręcznikiem i notatnikiem na kołdrze.
Roxie
jeszcze nie było, więc musiało być gdzieś między trzecią a czwartą w nocy, ale
nie sprawdziłam tego, bo głowa mi ciążyła, jakby była z ołowiu i powieki
opadały na moje obolałe oczy.
Odłożyłam
książkę i zeszyt na stolik obok mojego łózka, zgasiłam światło i przykryłam się
kołdrą po szyję, zastanawiając się resztką świadomości, czy mogłabym ten jeden raz
opuścić trening pływacki.
A
teraz było rano, przez zaciągnięte story wpadało światło wschodzącego słońca, a
mnie właśnie obudził mnie dźwięk przychodzącego połączenia i zerwałam się do
siadu, po czym opadłam z powrotem, kiedy moją głowę zaatakowały zawroty,
żołądek mdłości i przestraszyłam się, że spadnę z łóżka.
-
O! - jęknęłam z bólu, a jednocześnie
doszedł do mnie wściekły głos mojej współlokatorki.
-
Wyłącz to do kurwy nędzy! - warknęła
Roxie ze swojego łóżka, więc wyciągnęłam rękę, by znaleźć po omacku telefon,
który musiał być gdzieś na stoliku obok łóżka.
Nie
złapałam go, tylko strąciłam na podłogę, po czym usłyszałam stukot i przemknęła
mi przez głowę słaba nadzieja, że go nie stłukłam, kiedy poczułam tak silny ból
głowy, że zacisnęłam oczy i znowu jęknęłam żałośnie.
Stanowczo,
miałam przechlapane.
Wiedziałam,
że Roxie się wścieknie, nie da mi potem żyć, a nie miałam siły na
przezwyciężenie bólu i zawrotów głowy, które dodatkowo powodowały we mnie
mdłości.
Nic
nie układało się po mojej myśli.
Dotarło
do mnie to, że nie zadbałam o siebie, o swój organizm, nie sprawdziłam pogody,
nie byłam przygotowana na wczorajszą pogodę i przez to miałam stracić o wiele
więcej niż tylko to, co zwykle traciło się w czasie choroby.
Nie
byłoby to zwykłe opuszczenie kilku dni w szkole.
Nie
miałam jednak siły, by zareagować inaczej, jak leżeć bezradnie i słuchać
kolejnych dźwięków, jakie dobiegały ze szczęśliwie nadal działającego telefonu.
Ucichł
i Roxie też zamilkła.
Zaczęłam
odpływać w niebyt.
Nie
zareagowałam nawet, kiedy po krótkiej chwili ciszy ponownie rozległ się głos
przychodzącego połączenia.
Powinnam
była wtedy się ocknąć, ale byłam oszołomiona.
Prawie
omdlała.
Wszystko
docierało do mnie jak zza szklanej ściany, kolejne dźwięki rozmywały się, a
rzeczywistość przeszła w majaki, kiedy Roxie odezwała się raz nieco ciszej
spokojniej, bliżej mnie i potem znowu, a do mnie dotarło imię Ryan.
Otrzeźwiałam
nieco, ale dałam rade tylko nieporadnie machnąć ręką w stronę, z której
dochodził jej głos.
-
Tak, dziwnie się zachowuje - moja współlokatorka powiedziała do kogoś, kogo nie
słyszałam - Jakby była mało przytomna.
Zamilkła
na chwilę, a potem powiedziała, a właściwie burknęła niemiło:
-
To przyjedź.
Nie
wiedziałam co się działo, ale wszystko ucichło.
Ocknęłam
się, kiedy chłodna dłoń dotknęła do mojego czoła.
-
Ma gorączkę - powiedział obok mojego ucha Ryan.
-
To ją stąd zabierz, do cholery, bo mnie jeszcze czymś zarazi! - warknęła Roxie
i pomyślałam nieprzytomnie, że była na mnie bardzo zła i konsekwencje tego
miałam odczuć później.
Nie
dałam jednak rady otworzyć oczu.
Słyszałam
docierające do mnie jako zniekształcone odgłosy dziwnej krzątaniny obok mnie,
jakby ktoś zbierał moje książki, ubrania, jakie miałam naszykowane do
przebrania, chyba jakieś rzeczy z mojej szafy, a potem zostałam owinięta w
kołdrę i podniesiona z łóżka w czyichś ramionach.
Męskich
ramionach.
Głowa
poleciała mi bezwładnie do tyłu, bo nie miałam absolutnie żadnej siły, by ją utrzymać w górze, ale natychmiast ją poprawiono
i oparłam się skronią o miłe, solidne męskie ramię, ubrane w kurtkę z futrzanym
kołnierzem.
Było
mi tak niesamowicie dobrze.
Nawet
tak nieprzytomna, jak byłam, nadal czułam cudowny zapach, który przypominał mi
ciasteczka waniliowe i moją ulubioną herbatę earl grey, więc pomyślałam sennie
o cieple kawiarni, w której chowałam się podczas dłuższych przerw między
zajęciami w szkole, kiedy jeszcze chodziłam do liceum.
Unikałam
wtedy swoich koleżanek z klasy.
Nie
chodziłam z nimi na żadne zajęcia, do żadnego z klubów ani pubów, jakie znały,
bo nie lubiłam ich plotek i ich wścibstwa.
Ponownie
zawirowało mi w głowie.
Wspomnienia
mieszały mi się z teraźniejszością.
Nie
wiedziałam, co się właśnie działo i nie obchodziło mnie to, a nawet nie
poczułam zaniepokojenia, bo wydawało mi się to wszystko tylko snem, kiedy
zostałam wyniesiona z budynku, przeniesiona po zimnie przestrzeni między
akademikiem a ulicą, przekręcona, a potem posadzona na siedzeniu pasażera
samochodu, który znałam.
Nie
wiedziałam, skąd było mi to znane, ale czułam się bezpiecznie.
Opierając
głowę o zagłówek i wdychając mój ulubiony zapach, westchnęłam i uśmiechnęłam
się do siebie, chociaż nie byłam tego do końca świadoma.
Do
tego stopnia nie byłam niczego świadoma, że, zanim stało się cokolwiek innego,
zasnęłam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń