niedziela, 19 listopada 2023

4 - Miałam przechlapane

 

Rozdział 4

Miałam przechlapane

Kate

 

 

Kilka tygodni później…

Obudziłam się w swoim łóżku w akademiku w bawełnianym, ciepłym dresie zamiast w mojej cienkiej, krótkiej piżamie i wiedziałam z przerażającą jasnością tylko jedno.

Jak mawiała Jane, byłam w czarnej… dziurze.

Innymi słowy: miałam przechlapane.

Moje marzenia, wszystko na co pracowałam przez ostatnie lata, rozsypało się niczym domek z kart po jednej mojej nieodpowiedzialnej decyzji.

Zaczęło się od tego, co nie było z mojej winy.

Straciłam Jane.

Tylko ten jeden raz rozmawiała ze mną w miarę logicznie, a nasze późniejsze kontakty ograniczały się do mojego mówienia, a jej milczenia albo jej płaczu.

Bywały sytuacje, kiedy dostawała ataku paniki na wieść o tym, że miała opuścić swój pokój szpitalny na wózku, żeby pojechać na prześwietlenie i musieli ją uśpić lekami uspokajającymi.

Czasem przepraszała mnie za to, że mnie zawiodła, że była nierozważna, słaba lub głupia, a ja zastanawiałam się, z kim rozmawiała, że takie myśli przychodziły jej do głowy.

Raz przyszłam tuż po tym, jak rozorała sobie paznokciami brzuch, bo przyśniła jej się jakaś sytuacja z tamtego miejsca, w którym spędziła kilka tygodni i musiałam wzywać pielęgniarkę do pomocy w opatrzeniu jej.

Nie mogłam jej pomóc.

Nie umiałam jej pomóc, więc ją straciłam.

Straciłam przyjaciółkę, bo jej zdrowie psychiczne wymagało mojego kontaktu z jej rodzicami i mojego powiadomienia ich o jej „wypadku”, żeby przyjechali do SLC i się nią zajęli, więc to zrobiłam.

Była pełnoletnia, ale młodsza ode mnie o rok i była ich dzieckiem, więc nie mogłam przed nimi tego dłużej ukrywać.

Zwlekali, bo nie powiedziałam im wprost przez telefon, jak naprawdę było, ale i tak przyjechali.

Oni natomiast, natychmiast po przyjeździe i wprowadzeniu ich przez lekarza w szczegóły stanu zdrowia psychicznego ich córki, zadecydowali, że Jane powinna przerwać studia na rok, wrócić do domu, a potem dopiero zadecydować, co zechciałaby zrobić ze swoim życiem i swoją przyszłością.

Rozumiałam to, zgadzałam się z tym, chociaż serce mnie bolało egoistycznie, ze względu na mnie.

Przez ponad tydzień jeździłam codziennie do szpitala, by odwiedzić Jane, by rozmawiać z nią i psychologiem, jakiego jej tam przydzielili, pomagać jej w powrocie do zdrowia psychicznego, ale to było za mało.

Potrzebowała czasu i wsparcia specjalisty.

Musiałam jej to dać.

Rozmowa telefoniczna, którą odbyłam z mamą Jane po południu drugiego dnia po jej odnalezieniu, kiedy odwiedziłam moją przyjaciółkę w szpitalu po raz pierwszy, była najtrudniejszą rozmową, jaką odbyłam kiedykolwiek w moim tak krótkim przecież życiu, chociaż już wiele odbywałam różnych rozmów i wiele z nich nie było łatwych.

Nigdy jednak nie musiałam powiedzieć wprost żadnemu rodzicowi, że zawiodłam jego zaufanie do tego stopnia, że dziewczyna, którą miałam pod opieką jak młodszą siostrę, jego ukochana córka, właśnie została zniszczona, bo tylko tak można było nazwać to, co stało się z Jane.

Nie powiedziałam całej prawdy mamie Jane przy naszej pierwszej rozmowie, bo tak nakazał mi Ryan, a ja go posłuchałam z dwóch powodów, z których jednym było moje tchórzostwo.

Łatwiej było powiedzieć tej biednej kobiecie, że jej córka miała wypadek i przebywa w szpitalu z powodu obrażeń, niż przyznać, że zaufała mi, ja zawiodłam, przez co moja przyjaciółka, najlepsza z kobiet, jakie znałam, została wielokrotnie zgwałcona i sprzedana do burdelu.

Więc skwapliwie skorzystałam z tego, że Ryan powiedział, że nie należy denerwować rodziców Jane przez telefon bardziej, niż to było potrzebne, a wersja o wypadku była o wiele łagodniejsza.

Ale też to spowodowało, że rodzice Jane nie spieszyli się z przylotem i pojawili się w SLC dopiero tydzień później.

Przez całe siedem dni byłam zajęta dwadzieścia godzin na dobę przez bardzo ważne sprawy, z których z żadnej nie mogłam zrezygnować pod absolutnie żadnym pozorem.

Uczęszczałam na wszystkie swoje zajęcia na uczelni, po nich uczyłam się, przygotowując na odpytywanie i kolokwia, by utrzymać swoją wysoką średnią i dzięki temu moje stypendium, pracowałam w klinice, ćwiczyłam na basenie i w siłowni i codziennie odwiedzałam moją Jane w szpitalu.

Niedługo po tym, jak dowiedziałam się o tym, co spotkało moją przyjaciółkę, na adres akademika otrzymałam pismo z dziekanatu, w którym „uprzejmie poinformowano” mnie, że nie dostałam pełnego stypendium na weterynarii na University of Utah, bo zbyt późno złożyłam wniosek.

To była moja druga porażka.

Miałam otrzymać stypendium, ale pokrywało ono dofinansowanie czesnego jedynie w pięćdziesięciu procentach jego wysokości, więc musiałam dopłacić resztę ze swoich pieniędzy.

Nie to mnie martwiło, chociaż pieniądze były ważne.

Ale tyle ich miałam i byłam na to przygotowana, by opłacić przynajmniej część czesnego, akademik i swoje utrzymanie.

Niestety, od tego stypendium miała zależeć również moja wiza studencka, więc było bardzo prawdopodobne, że od następnego roku akademickiego nie dostałabym jej, ale zamierzałam tym martwić się dopiero w lutym, po sesji egzaminacyjnej.

Nie miałam potrzeby, by myśleć jeszcze dodatkowo o tym, że musiałabym wracać do Polski przed osiągnięciem swojego celu.

To byłaby porażka ostateczna.

Nadal bałam się, że nie dam rady utrzymać stypendium, nie zdołam spełnić swojego największego marzenia, że byłam zbyt głupia, za słaba, żeby doprowadzić do końca swój plan.

To Jane była tą, która podtrzymywała we mnie wiarę, że mogłam to zrobić, i była w tym jedyna, ale teraz ona bardziej potrzebowała wsparcia, niż ja, więc zostałam z tym sama.

Z całym tym zmęczeniem, z kolejnymi przeszkodami, jakie życie rzucało mi pod nogi, słabłam coraz bardziej zarówno fizycznie jak i psychicznie.

W tych dniach dokwaterowano mi do pokoju w akademiku lokatorkę, która była dla mnie jak dzień do nocy.

Miała na imię Roxanne i podobno studiowała psychologię.

Nigdy nie widziałam, żeby się uczyła, więc zastanawiałam się, czy studiowała cokolwiek.

Ale nie to było złe, chociaż jak na mój gust miała zbyt mało nauki, a za dużo czasu na rozrywkę.

Nieodpowiednie i nie do przeżycia dla mnie było to, że pracowała jako „tancerka egzotyczna”, chociaż nie chodziło o samą pracę, a o to, że swoją wykonywała w późnych godzinach wieczornych i we wczesnych godzinach nocnych, przez co wracała do pokoju o czwartej nad ranem.

A na dodatek czuła się z tym świetnie i chwaliła sobie taki tryb życia, namawiając mnie do tego zawodu, bo, jak mawiała, przynosiło to kupę szmalu i dawało spokój.

- Jesteś wysportowana - mówiła mi - Dasz radę. Potańczysz, pokręcisz się na rurze, pokażesz trochę ciała i zarobisz tyle, by nie martwić się o pieniądze na zakupy, czesne czy cokolwiek innego.

Kiedy tylko kręciłam głową, by ją zniechęcić do namawiania, ale nie obrazić, popychała dalej:

- Mogłabyś kupić sobie porządny samochód, a może wynająć oddzielny pokój. Przecież widzę, że wolisz mieszkać sama.

Nie widziałam tego w ten sposób, chociaż nie oceniałam jej.

Po prostu nie znosiłam być namawiana do życia innego, niż sama prowadziłam, wybrałam je i mogłam przyjąć konsekwencje swojego wyboru.

Ale nie konsekwencje jej wyboru, a to, jak prawdopodobnie była z tego powodu traktowana przedmiotowo przez mężczyzn, był jednym z powodów odrzucania przeze mnie jej propozycji.

Pracowałam na swoje marzenia po swojemu.

Codziennie wstawałam przed szóstą rano, by poćwiczyć, przyszykować się do zajęć, wyruszyć w swoją drogę, a wracałam do akademika około dziewiątej wieczorem, by pouczyć się, bo musiałam utrzymać średnią do stypendium.

A Roxie budziła mnie codziennie, a raczej co noc, o czwartej nad ranem, chociaż była delikatna i uważna, starała się przy tym być cicha, więc wiedziałam, że budziła mnie niechcący.

Żadna z nas nic nie mogła poradzić na to, że od zawsze ze snu wybudzał mnie nawet najcichszy dźwięk.

Dochodziły do tego stres i negatywne emocje, bo miałam problemy w pracy, skoro musiałam poprosić o wyznaczenie zmian tak, by nie kolidowały mi one z zajęciami na studiach, a to oznaczało, że często byłam sama w klinice z chorymi zwierzakami, które musiały zostawać bez swoich właścicieli.

To było coś, co zawsze mnie rozstrajało i uważałam to za najgorszą część swojej przyszłej pracy.

Kochałam pomagać zwierzętom, ale chore były smutne, a ja nie mogłam ich pocieszyć, bo kochały swoich właścicieli i to z nimi chciały być w chorobie.

A kiedy przyjechali rodzice Jane, sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo rozmowy z nimi, roztrząsanie tego, co się stało, konieczna szczerość i to, jak przyjęli prawdę, było dla mnie bardzo trudne.

Po kilku dniach i po konsultacjach z lekarzami, psychologiem i terapeutą zadecydowali, że Jane wróci z nimi do domu, do Waszyngtonu, a dla mnie nie było żadnym pocieszeniem to, że powtarzali wielokrotnie, że nie mieli do mnie żalu i że to nie była moja wina, że Jane została porwana.

Ja czułam to inaczej.

- Jedź z nami, kochana - odezwała się niespodziewanie do mnie mama Jane, kiedy jej tata spakował już to, co dla niej kupiłam i resztki dobytku swojej córki do samochodu - Jesteś jak rodzina. Zawsze będzie dla ciebie u nas miejsce.

- Dziękuję - udało mi się wykrztusić przez ściśnięte ze wzruszenia gardło, bo nie spodziewałam się tego, że tak mnie będą traktowali.

- Mogłabyś wrócić na medycynę do Grossmana - mama Jane powiedziała coś, co wiedziałam, że mogłam zrobić, bo przyjęliby mnie tam, chociaż może nie z otwartymi ramionami po mojej dezercji kilka miesięcy temu - Pomoglibyśmy ci z radością, jak własnej córce.

- Nie mogę - westchnęłam, bo naprawdę nie mogłam - Muszę postarać się o stypendium tutaj.

Nie mogłam teraz zrezygnować, ale rodzice Jane nie wiedzieli, dlaczego to robiłam, bo im nie powiedziałam.

Tylko Jane wiedziała, a i ona też nie znała całej prawdy.

Kiedy wyjechali we trójkę, miałam więcej czasu dla siebie, ale to dało mi możliwość innego zapracowania na stypendium, o czym dowiedziałam się przypadkiem podczas eliminacji na zajęcia fizyczne.

Pływałam od dzieciństwa.

Dużo też ćwiczyłam na siłowni.

Kiedy zapisałam się na zajęcia fizyczne na uczelnianym basenie i mieliśmy tam próbne testy, trener reprezentacji studenckiej University of Utah zauważył mnie i zaproponował mi dołączenie do nich, bym spróbowała swoich sił w zawodach pływackich.

Spróbowałam i udało się.

Po tym stopniowo zrezygnowałam z dodatkowych ćwiczeń na siłowni, pływania na basenie indywidualnie, a codziennie rano jeździłam na basen uczelni, by wziąć udział w treningach reprezentacji.

Przynosiło mi to oszczędności, o jakich wcześniej nie pomyślałam.

Poza tym okazało się, że mogłam liczyć na stypendium sportowe.

Nieśmiało zaczęłam wierzyć w swoje szczęście.

Aż do wczoraj.

Zaczęło się właściwie wczoraj w środku nocy, ale nie byłam tego w ogóle świadoma, bo smacznie spałam, a chodziło o to, że cicho i niespodziewanie spadł pierwszy tegoroczny śnieg.

W biegu, zapracowaniu, całym tym rozgardiaszu, jaki panował wokół mnie, nie zauważyłam, że nadeszła połowa października i powinnam być przygotowana na załamanie pogody.

Chociaż, musiałam przyznać sama przed sobą, że łagodna i prawie bezśnieżna zima w Nowym Jorku mnie pod tym względem rozpieściła.

Rok temu przekonałam się, że pięć centymetrów śniegu na ulicach NY powodowało nieopisany chaos na ulicach i zatrzymanie pracy nie tylko szkół i uczelni, ale również urzędów, zakładów pracy, a nawet niektórych sklepów.

Na szczęście tam trwało to zaledwie trzy dni, zanim biały puch zmienił się w brudna breję,  stopniał i został zapomniany na następny rok.

Natomiast ta część SLC, w której mieszkałam, nawiedzana była przez jesienne opady śniegu porównywalne z tymi, jakich doświadczyłam w Polsce.

Umiałam się poruszać po zaśnieżonych, śliskich ulicach autem, miałam do tego nawet odpowiedni strój, gdybym musiała iść pieszo po śniegu i zimnie, ale nie przygotowałam go na poranne wyjście z akademika, a na pewno nie przygotowałam na zimę mojego Nissana.

Kiedy wstałam poprzedniego dnia o szóstej rano, jak zwykle najpierw wyjrzałam przez okno i zamarłam.

Było bajkowo pięknie.

Uwielbiałabym to, gdym nie musiała wychodzić z pomieszczenia.

Problem polegał na tym, że nie wyjęłam ze skrzyni swoich zimowych butów, kurtki, rękawic i czapki, bo, chociaż nie używałam ich poprzedniej zimy, posiadałam takowe.

Moja mama uwielbiała zimą jeździć do alpejskich kurortów narciarskich, więc miałam markowe, wysokiej jakości spodnie i kurtkę, chociaż tych narciarskich nawet nie zabrałam ze sobą z Polski.

Może mogłabym napisać do mamy, by mi to przysłała, gdybym nie obawiała się napisać jej, że byłam w SLC.

Rzuciłam się więc do szafy, do nagłych poszukiwań, co spotkało się z wściekłym warknięciem ze strony Roxie, kiedy trwało to przez jakiś czas i nie udało mi się być cicho.

- No, kurwa, spierdalaj już i daj pospać - jęknęła całkiem głośno, kiedy po raz trzeci spadło mi coś ciężkiego na dno szafy i zamarłam, bojąc się jej zdenerwowania, bo bardzo starałam się żyć z nią w zgodzie.

Odetchnęłam w duchu, bo trzymałam w ręku włóczkową czapkę i rękawiczki, a kurtka i buty były już przy łóżku, torbę z rzeczami na basen i drugą z tymi na zajęcia miałam spakowane dzień wcześniej, więc mogłam po prostu wyjść z pokoju.

Zostawiłam cały bałagan za sobą, kiedy zamykałam po cichu drzwi.

Nie zjadłam nawet śniadania, skoro musiałam natychmiast wyruszyć w drogę, żeby dotrzeć na czas na swój trening, a sprawdziłam w aplikacji w swoim telefonie, że nie został odwołany.

Po wyjściu na dwór przekonałam się, że nie miałam szansy na uniknięcie spóźnienia, bo mój samochód wymagał solidnego odśnieżenia, więc tylko westchnęłam z wdzięcznością ku pamięci mojego instruktora z nauki jazdy, który powtarzał mi wielokrotnie, że szczotka do zmiatania śniegu, liści i innych śmieci z szyb i karoserii była nieodzownym elementem wyposażenia każdego samochodu.

Teraz przydała się do uprzątnięcia śniegu, za co zabrałam się po wciśnięciu toreb na tylne siedzenie.

Nawet z tym, że miałam szczotkę, odgarnięcie mokrego, wciąż białego puchu z szyb i dachu auta zajęło mi piętnaście minut.

Po plecach płynął mi pot, rękawiczki miałam przemoczone, a czapkę zsuniętą na tył głowy, kiedy wreszcie uznałam, że mogę wyruszyć w trasę.

Wrzuciłam szczotkę na podłogę za siedzeniem kierowcy, wsiadłam za kierownicę i odpaliłam silnik, a wtedy pomyślałam, że miałam wiele szczęścia, bo odpalił, chociaż zrobił to po niepokojących odgłosach charczenia.

Wcześniej nie przejmowałam się takimi „drobiazgami” jak naładowanie akumulatora, a AAA nie wykupiłam, bo wydawało mi się niepotrzebne.

Teraz, poniewczasie, tego żałowałam.

Jechałam do uczelnianej pływalni dwa razy dłużej niż normalnie, bo już na pierwszym zakręcie przekonałam się, że przyczepność moich zużytych opon była prawie zerowa.

Trener jednak nie robił mi wyrzutów.

Okazało się, że byłam jedną nielicznych studentek, które w ogóle dotarliły na trening, został on skrócony, więc nasz „poganiacz” cieszył się tym, że wciąż miał na kogo pogwizdywać i krzyczeć.

Kiedy wyszłam po treningu, prysznicu, przebraniu się i nie-do-końca-wysuszeniu włosów, przekonałam się, że resztki mojego szczęścia się wyczerpały.

Wsiadłam do mojej Micry, wrzuciwszy uprzednio torbę z mokrymi rzeczami na tylne siedzenie, włożyłam kluczyk do stacyjki, przekręciłam i… nic.

Wysiadłam, rozejrzałam się bezradnie i przekonałam się, że koledzy już odjechali, więc wyjęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów i uruchomiłam go, a potem przewinęłam moją krótką listę kontaktów.

Naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

Dlaczego on.

Nie rozmawiałam z Ryanem od czasu, kiedy byliśmy razem u Jane, a właściwe nie rozmawialiśmy normalnie, bo Ryan dzwonił do mnie, ale ja ucinałam jego troskliwe pytanie o moje samopoczucie i zbywałam go banalnym tekstem „Wszystko jest w porządku”, dorzucając tyko „Dziękuję”.

A wczoraj, stojąc przy moim unieruchomionym autku na parkingu przy pływalni, niewyobrażalnie głupio i bezmyślnie wybrałam z listy kontaktów jego numer i wcisnęłam Dzwoń.

Później jednak, kiedy przyłożyłam telefon do ucha i wysłuchałam czterech dzwonków, odsunęłam go, spojrzałam na wyświetlacz i wcisnęłam czerwoną słuchawkę, jakby miała mnie oparzyć.

Wciągnęłam niezbyt mroźne, październikowe powietrze do płuc przez nos, zacisnęłam wargi, a potem zrobiłam to, co powinnam była zrobić na początku.

Znalazłam numer do firmy taksówkowej i zamówiłam sobie transport, żeby mieć chociaż cień szansy na uniknięcie spóźnienia na ćwiczenia, jakie miałam mieć za dwadzieścia minut w dość odległym budynku uczelni.

Wystarczy powiedzieć, że reszta dnia upłynęła mi na poznawaniu uroków miejskiej komunikacji i próbach dostosowania mojego planu dnia do godzin przyjazdów autobusów, a potem na brnięciu w topniejącym śniegu, który zalegał ogarnięte ulice i chodniki.

To był bardzo długi i przygnębiający dzień.

Przez cały czas zjadłam tylko jeden niby-posiłek gdzieś w biegu między kolejnymi zajęciami a pracą w klinice, a, kiedy wróciłam do akademika, po raz pierwszy od początku podjęcia studiów na U ze szczerą niechęcią pomyślałam o konieczności przygotowania się na odpytywanie w czasie ćwiczeń z anatomii porównawczej ssaków, jakie miałam mieć następnego dnia rano.

Z torebki, do której go schowałam rano, wyjęłam mój telefon, by sprawdzić, która była godzina, czy nie należałoby go naładować, a wtedy przekonałam się, że wyświetlały mi się tam powiadomienia o kilku nieodebranych połączeniach od Ryana.

Nie miałam siły i ochoty na rozmowę z nim, więc odłożyłam telefon na szafkę nocną i położyłam się w ubraniu na łóżku.

Nawet go rano nie zaścieliłam.

Wróciłam wspomnieniami do jedynej miłej chwili tego dnia, a wydarzyła się ona właśnie w klinice.

Było już po piątej po południu, więc teoretycznie mieliśmy zamknięte i wszyscy poszli do domów, ale jeszcze nie zabezpieczyłam drzwi, bo wpadał tam czasem ktoś w potrzebie i byłam na to przygotowana.

Miałam zamykać za pół godziny, wiec leniwie zamykałam system w naszym firmowym komputerze i szykowałam zwierzaki do snu.

Kiedy rozległ się sygnał brzęczyka otwarcia drzwi, który mieliśmy zainstalowany przy biurku na zapleczu, spojrzałam na wejście, wychylając się zza framugi otwartych drzwi składzika, w którym byłam, by zobaczyć tam kobietę w zaawansowanej ciąży z pięknym, bardzo zadbanym i grzecznym labradorem, stojącym posłusznie przy jej lewej nodze.

Kobieta nie była bardzo wysoka, chyba trochę niższa ode mnie lub mojego wzrostu, miała regularne, delikatne rysy twarzy, rude, długie do łopatek, rozpuszczone włosy przykryte jasną, włóczkową czapką z pomponem, zielone oczy i kobiece krągłości, których bym jej zazdrościła, gdybym nie podejrzewała, że były trochę wynikiem jej ciąży.

Najważniejszy był jednak jakiś smutek, goszczący w jej oczach, chociaż jej usta uśmiechały się delikatnie.

- Dobry wieczór - powiedziała, a ja dopiero wtedy dostrzegłam, że za oknem faktycznie zrobiło się dość ciemno.

- Dobry wieczór - odpowiedziałam, myśląc jednocześnie o moim wracaniu do akademika ciemnymi ulicami i zatłoczonym autobusem miejskim.

Niczego z tego nie lubiłam.

Przeniosłam swoje spojrzenie na psa, który posłusznie usiadł na tyłku przy nodze swojej właścicielki i tylko patrzył na mnie wyczekująco, chociaż zwykle zwierzaki były niespokojne w klinice ze względu na zapachy, jakie je tu atakowały.

Ten nawet nie dyszał.

- To Blondi - przedstawiła ja kobieta - A ja jestem Lisa.

- Cześć Lisa - powiedziałam - Cześć Blondi - nachyliłam się lekko w stronę psa, który postawił uszy i z zaciekawieniem przechylił głowę - Jestem Kate.

- Mam taki problem - zaczęła z wahaniem Lisa - Rodzę za niecały miesiąc i nie będę miała jej z kim zostawić na te kilka dni, kiedy będę w szpitalu.

Spojrzałam na nią, kiedy przetoczyły się przeze mnie naraz różne uczucia.

Pierwszym było współczucie i poczucie solidarności.

Była samotna.

Rozumiałam ją, bo też nie miała rodziny, przyjaciół i nikogo, na kim mogłaby się oprzeć w chwili, kiedy atakowała ją proza życia.

Ale miała mieć dziecko, więc miała w swoim życiu chociaż przez chwilę jakiegoś mężczyznę, a tego mogłabym jej zazdrościć.

Nie byłam singielką z wyboru, więc trochę jakby za tym tęskniłam.

No i miała jakieś mieszkanie, w którym mogła trzymać psa, a to było bardzo cenne w Stanach, co już wiedziałam aż za dobrze.

Tutaj posiadanie jakiegokolwiek zwierzęcia w domu świadczyło o dobrych warunkach życiowych.

- To znaczy mam przyjaciół i jest rodzina mojego męża… - rozwiała moje złudzenia co do naszego podobieństwa, więc jedynie pozostała mi na języku dziwna, niechciana gorycz zazdrości - ale oni mają swoje dzieci lub pracę i nie chcę im zrzucać na głowę kłopotów w postaci odpowiedzialności za Blondi.

Skinęłam głową, bo nie miałam nic do powiedzenia, bo tu nie było nic do powiedzenia.

- Czytałam, że macie tu usługę hotelu dla zwierząt - mówiąc łagodnym głosem, Lisa wreszcie wyjaśniła powód swojej wizyty.

- Och, tak - ocknęłam się - Zapraszam - stanęłam bokiem i wskazałam dłonią wejście do tylnego korytarza - Pokażę ci miejsce, w którym Blondi mogłaby spędzić kilka dni.

Z psem drepczącym posłusznie przy nodze swojej właścicielki przeszłyśmy do odpowiedniego pomieszczenia, wskazałam Lisie krzesło, na którym usiadła, kiedy ja usiadłam na podłodze przy ścianie, pozwalając Blondi poznać się ze mną o oswoić z miejscem.

Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się, opowiedziałam Lisie o naszych zwyczajach, a ona opowiedziała mi o zwyczajach suni.

Kobieta była niezwykle… hmmm… dystyngowana, poruszała się z gracją i wypowiadała się elegancko, nie ucinając końcówek, jak robili to Amerykanie, których znałam, pełnymi zdaniami, mówiąc z wyraźnym brytyjskim akcentem, który wzbudzał zaufanie i szacunek.

A pies był bardzo przyjazny.

Blondi położyła mi głowę na udach nóg, które miałam skrzyżowane po turecku na podłodze, kiedy reszta jej ciała spoczywała bokiem do Lisy, więc sunia miała pod kontrolą swoją panią i jednocześnie pokazywała mi, że mi ufała.

To było bardzo miło spędzone ponad pół godziny.

Kiedy już wszystko ustaliłyśmy, pożegnałyśmy się po uprzednim wymienieniu się numerami telefonów i Lisa wyszła.

Ja również kończyłam swój dyżur, więc zaczęłam zbierać się do wyjścia.

Przebrałam się w swoje ubrania z tych wierzchnich, które miałam do pracy, założyłam na siebie swoje wysokie trapery, kurtkę i czapkę, wsunęłam do kieszeni rękawiczki wysuszone na grzejniku, pogasiłam światło, sprawdziłam, czy wyłączyłam wszystkie urządzenia i wyszłam przez drzwi, by odwrócić się i zamknąć je na klucz.

Pół minuty później odwróciłam się z krzykiem i podskoczyłam, kiedy ktoś za moimi plecami zawołał cicho moje imię.

- Och, przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć - zobaczyłam Lisę w otwartym oknie chyba nowego, sporego, srebrnego SUV’a Audi, stojącego z włączonym silnikiem na parkingu przed kliniką.

Nie słyszałam go.

- Nic nie szkodzi! - lekceważąco machnęłam jedną ręką, kiedy odkrzyknęłam do niej nieswoim głosem - Po prostu nie spodziewałam się, że jeszcze tu jesteś - dodałam trochę ciszej i spokojniej.

- Musiałam zapakować Blondi do bagażnika i ją przypiąć - wyjaśniła Lisa, a ja w myślach pochwaliłam ją za taką troskliwość.

- Nie widzę twojego samochodu - zauważyła Lisa coś, co było oczywiste, bo nie było tam żadnego samochodu.

- Przyjechałam autobusem - wyjaśniłam - Mój samochód się zepsuł.

- Och, to wsiadaj, podwiozę cię - zawołała Lisa.

- Nie chcę robić problemu… - speszyłam się, ale ona już wychyliła się ze swojego fotela i od środka otwierała drzwi pasażera, więc wiedziałam, że była jedną z tych kobiet, które nie uznają odmowy.

- Nie wygłupiaj się - odparła - To nigdy nie jest bezpieczne, kiedy kobieta chodzi sama po zmroku.

Cóż, miała rację.

Machnęła na mnie ponaglająco dłonią, przywołując mnie do swojego samochodu, więc poddałam się, bo prawdę mówiąc, poczułam ulgę, że nie byłam zmuszona do samotnego wystawania na przystanku w oczekiwaniu na autobus.

Kiedy zajęłam miejsce, jeszcze trochę ceregieliłam się, mówiąc, że nie potrzeba, że dałabym sobie radę, trochę się krygowałam, ale robiłam to bez przekonania i raczej dla zasady.

Po długim dniu byłam bardzo zmęczona, głodna i naprawdę miałam ochotę wyłącznie na położenie się do łóżka z kubkiem gorącej herbaty, najlepiej malinowej z miodem, chociaż na taką chyba nie mogłam liczyć, mając w pamięci to, czym dysponowałam w akademiku, po zjedzeniu czegokolwiek na szybko wyłącznie z rozsądku, bo nie czułam głodu i po opatuleniu się kołdrą po sam czubek nosa, by spać, spać, spać.

Podczas jazdy trochę odpoczęłam, bo to była przyjemna odmiana, kiedy nie musiałam prowadzić, ktoś martwił się, że miałam bezpiecznie dotrzeć do celu, a na dodatek Lisa była cichą, miłą towarzyszką, która nie wypytywała nadmiernie i nie zmuszała mnie do rozmowy.

Zadała mi tylko jedno dziwne pytanie.

Przez te kilkanaście miesięcy mojego pobytu w Stanach przekonałam się, że ludzie nie rozpoznawali obcego akcentu w mojej wymowie.

Albo może raczej wiedzieli, że mój akcent był odmienny od tych, które znali, ale nie kojarzyli miejsca, z jakiego pochodził.

- Przepraszam, że pytam - zwróciła się do mnie Lisa po kilku minutach jazdy - Ale… czy ty przypadkiem nie pochodzisz z Polski?

Poczułam się, jak ogłuszona, kiedy zapatrzyłam się na nią martwo z szeroko otwartymi oczami.

To nie było tak, że musiałam się bardzo ukrywać, ale zostałam wzięta z zaskoczenia, więc nie wiedziałam, co miałam odpowiedzieć.

- Jeśli nie chcesz, to nie mów - powiedziała Lisa bardzo cicho i to mnie ponownie zaskoczyło - Ale mam koleżankę, może bardziej przyjaciółkę, która pochodzi z Polski i, chociaż jest tu już od kilku lat, nadal ma taki akcent, jak ty.

To sprawiło, że rozluźniłam się, chociaż wcześniej nie zauważyłam, że się spięłam, skinęłam głową i przełknęłam ślinę.

- Tak - powiedziałam w końcu i wymusiłam lekki uśmiech - przyjechałam z Polski, by się tu uczyć. Mam wizę studencką.

Lisa uśmiechnęła się w odpowiedzi, zerkając na mnie tylko przelotnie, a potem już ciągle patrzyła przez przednią szybę, kiedy wiozła nas do akademika.

A godzinę później, leżąc w łóżku pod kołdrą po tym, jak zjadłam na szybko coś, co złapałam z lodówki i zagryzłam znalezionym bananem, zrobiłam sobie duży kubek herbaty owocowej, naprawdę żałując, że nie miałam malinowej z Herbapolu i prawdziwego miodu, otworzyłam podręcznik i swoje notatki z anatomii kręgowców, ale czytałam już trzy razy tą samą stronę i nie pamiętałam ani słowa.

W głowie mi huczało niczym morze w czasie sztormu.

Wyjęłam z szuflady nocnego stolika blister z paracetamolem, bo czułam, że tego potrzebowałam, skoro czułam ból wszystkich mięśni i stawów, ucisk oczodołów, pieczenie pod powiekami i drapanie w gardle, a to zwykle zwiastowało u mnie chorobę.

Wyłuskałam dwie tabletki, połknęłam je i popiłam przestudzoną herbatą.

A potem wróciłam do czytania podręcznika.

Kilka godzin później obudziłam się i stwierdziłam, że było całkiem cicho, a ja spałam przy zapalonym świetle, z podręcznikiem i notatnikiem na kołdrze.

Roxie jeszcze nie było, więc musiało być gdzieś między trzecią a czwartą w nocy, ale nie sprawdziłam tego, bo głowa mi ciążyła, jakby była z ołowiu i powieki opadały na moje obolałe oczy.

Odłożyłam książkę i zeszyt na stolik obok mojego łózka, zgasiłam światło i przykryłam się kołdrą po szyję, zastanawiając się resztką świadomości, czy mogłabym ten jeden raz opuścić trening pływacki.

A teraz było rano, przez zaciągnięte story wpadało światło wschodzącego słońca, a mnie właśnie obudził mnie dźwięk przychodzącego połączenia i zerwałam się do siadu, po czym opadłam z powrotem, kiedy moją głowę zaatakowały zawroty, żołądek mdłości i przestraszyłam się, że spadnę z łóżka.

- O! - jęknęłam z bólu, a jednocześnie doszedł do mnie wściekły głos mojej współlokatorki.

- Wyłącz to do kurwy nędzy! - warknęła Roxie ze swojego łóżka, więc wyciągnęłam rękę, by znaleźć po omacku telefon, który musiał być gdzieś na stoliku obok łóżka.

Nie złapałam go, tylko strąciłam na podłogę, po czym usłyszałam stukot i przemknęła mi przez głowę słaba nadzieja, że go nie stłukłam, kiedy poczułam tak silny ból głowy, że zacisnęłam oczy i znowu jęknęłam żałośnie.

Stanowczo, miałam przechlapane.

Wiedziałam, że Roxie się wścieknie, nie da mi potem żyć, a nie miałam siły na przezwyciężenie bólu i zawrotów głowy, które dodatkowo powodowały we mnie mdłości.

Nic nie układało się po mojej myśli.

Dotarło do mnie to, że nie zadbałam o siebie, o swój organizm, nie sprawdziłam pogody, nie byłam przygotowana na wczorajszą pogodę i przez to miałam stracić o wiele więcej niż tylko to, co zwykle traciło się w czasie choroby.

Nie byłoby to zwykłe opuszczenie kilku dni w szkole.

Nie miałam jednak siły, by zareagować inaczej, jak leżeć bezradnie i słuchać kolejnych dźwięków, jakie dobiegały ze szczęśliwie nadal działającego telefonu.

Ucichł i Roxie też zamilkła.

Zaczęłam odpływać w niebyt.

Nie zareagowałam nawet, kiedy po krótkiej chwili ciszy ponownie rozległ się głos przychodzącego połączenia.

Powinnam była wtedy się ocknąć, ale byłam oszołomiona.

Prawie omdlała.

Wszystko docierało do mnie jak zza szklanej ściany, kolejne dźwięki rozmywały się, a rzeczywistość przeszła w majaki, kiedy Roxie odezwała się raz nieco ciszej spokojniej, bliżej mnie i potem znowu, a do mnie dotarło imię Ryan.

Otrzeźwiałam nieco, ale dałam rade tylko nieporadnie machnąć ręką w stronę, z której dochodził jej głos.

- Tak, dziwnie się zachowuje - moja współlokatorka powiedziała do kogoś, kogo nie słyszałam - Jakby była mało przytomna.

Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała, a właściwie burknęła niemiło:

- To przyjedź.

Nie wiedziałam co się działo, ale wszystko ucichło.

Ocknęłam się, kiedy chłodna dłoń dotknęła do mojego czoła.

- Ma gorączkę - powiedział obok mojego ucha Ryan.

- To ją stąd zabierz, do cholery, bo mnie jeszcze czymś zarazi! - warknęła Roxie i pomyślałam nieprzytomnie, że była na mnie bardzo zła i konsekwencje tego miałam odczuć później.

Nie dałam jednak rady otworzyć oczu.

Słyszałam docierające do mnie jako zniekształcone odgłosy dziwnej krzątaniny obok mnie, jakby ktoś zbierał moje książki, ubrania, jakie miałam naszykowane do przebrania, chyba jakieś rzeczy z mojej szafy, a potem zostałam owinięta w kołdrę i podniesiona z łóżka w czyichś ramionach.

Męskich ramionach.

Głowa poleciała mi bezwładnie do tyłu, bo nie miałam absolutnie żadnej siły, by ją utrzymać w górze, ale natychmiast ją poprawiono i oparłam się skronią o miłe, solidne męskie ramię, ubrane w kurtkę z futrzanym kołnierzem.

Było mi tak niesamowicie dobrze.

Nawet tak nieprzytomna, jak byłam, nadal czułam cudowny zapach, który przypominał mi ciasteczka waniliowe i moją ulubioną herbatę earl grey, więc pomyślałam sennie o cieple kawiarni, w której chowałam się podczas dłuższych przerw między zajęciami w szkole, kiedy jeszcze chodziłam do liceum.

Unikałam wtedy swoich koleżanek z klasy.

Nie chodziłam z nimi na żadne zajęcia, do żadnego z klubów ani pubów, jakie znały, bo nie lubiłam ich plotek i ich wścibstwa.

Ponownie zawirowało mi w głowie.

Wspomnienia mieszały mi się z teraźniejszością.

Nie wiedziałam, co się właśnie działo i nie obchodziło mnie to, a nawet nie poczułam zaniepokojenia, bo wydawało mi się to wszystko tylko snem, kiedy zostałam wyniesiona z budynku, przeniesiona po zimnie przestrzeni między akademikiem a ulicą, przekręcona, a potem posadzona na siedzeniu pasażera samochodu, który znałam.

Nie wiedziałam, skąd było mi to znane, ale czułam się bezpiecznie.

Opierając głowę o zagłówek i wdychając mój ulubiony zapach, westchnęłam i uśmiechnęłam się do siebie, chociaż nie byłam tego do końca świadoma.

Do tego stopnia nie byłam niczego świadoma, że, zanim stało się cokolwiek innego, zasnęłam.


 

2 komentarze: