czwartek, 8 lutego 2024

22 - Moja córeczko (cz.2)

 

 Rozdział 22

Moja córeczko (cz.2)

*****

Dobę później…

Siedzieliśmy w pokoju szpitalnym Ryana na krzesłach ustawionych dookoła jego łóżka, z nim siedzącym na łóżku, które miało podniesioną górną część, i rozmawialiśmy we czwórkę: mój narzeczony, jego rodzice i ja.

Przez cały miniony dzień nie byłam w pełni swobodna i nie wiedziałam, jak, do diabła, miałam reagować, chociaż to wszystko, co działo się w naszym życiu, w życiu Ryana i moim, było już teraz raczej dobre.

Po prostu ja nigdy czegoś takiego nie miałam.

Poprzedniego dnia późnym wieczorem, kiedy Ryan już spał, a pielęgniarka powiedziała nam, że będą go obserwowali, badali i dostanie leki, jeśli się obudzi, wróciliśmy we trójkę do domu jednym samochodem, czarną Toyotą Hilux, który należał do Rocha i był przez niego kierowany.

Jechaliśmy przez całą drogę w ciszy głównie dlatego, że ja byłam pogrążona w swoich myślach.

Wysiedliśmy na podjeździe, a raczej wysiadłyśmy we dwie, ja z Ingrid, a Roch wprowadził pickupa do garażu.

Padał śnieg i byłam wdzięczna zarówno Davidowi wcześniej, jak i Rochowi wtedy, ze nie musiałam taka roztrzęsiona prowadzić swojego auta.

Ingrid chwyciła moją dłoń, pociągnęła mnie i nie miałam innego wyjścia, jak pójść za nią do ich domu.

Ale też nie opierałam się, bo nie byłam gotowa zostać sama.

Weszłyśmy do ich części domu, ale stanęłam tam zaraz za korytarzykiem wejściowym, nie zdejmując moich traperów ani kurtki, zastanawiając się, czy na pewno chciałam się tam usadawiać na dłużej, bo było już późno.

- Zjesz coś? - zapytała mnie Ingrid, zanim zdążyłam zadecydować, co zamierzałam zrobić, kiedy minęła mnie w progu i skierowała się do swojej kuchni - Mam trochę gyrosu z naszej kolacji.

Przypomniałam sobie, że ja też miałam w lodówce resztki kurczaka, które zostały z naszej wczesnej kolacji.

Ileż to ja dałabym w tym momencie, żeby tylko popatrzeć, jak Ryan zalewał je ogromną porcją ketchupu.

- Nie, dziękuję - odparłam z zaciśniętym gardłem, więc w moim głosie było słychać wstrzymywane łzy.

- Och, kochanie - szepnęła nagle Ingrid i przysunęła się bliżej, a po chwili jej ramiona oplatały mnie ciasno i ciepło, dając mi poczucie ukojenia, jakiego tak bardzo potrzebowałam.

- Już dobrze - wydusiłam po dłuższej chwili - Po prostu przypomniało mi się… - nie dokończyłam, kiedy przemknęłam ślinę i odsunęłam się, nie patrząc jej w oczy.

- To nic złego - powiedziała cicho i delikatnie Ingrid - Ja też mam takie chwile, kiedy któryś z nich jest gdzieś tam narażony na niebezpieczeństwo.

A potem nagle odchyliła do tyłu głowę i zaśmiała się krótko, szczekliwie i niewesoło, by, kiedy przestała się śmiać, powiedzieć - Chociaż zwykle staram się o tym nie myśleć.

Miałam ochotę jeszcze z nią porozmawiać, ale w tej chwili wszedł do domu Roch i straciłam odwagę.

Podziękowałam więc tylko im obojgu za troskę, za podwiezienie do domu, a potem pożegnałam się i poszłam do naszego mieszkania.

To nie było łatwe.

To, czyli wejście do przerażająco pustego mieszkania, przygotowanie się na następny dzień, do snu i boleśnie samotne położenie się do naszego wspólnego łóżka, kiedy miałam świadomość, że Ryan był w tam szpitalu całkiem sam i miał pozostać tak strasznie daleko ode mnie jeszcze przez pewien czas.

Dlatego przez dobrą godzinę, wierciłam się w pościeli i nie mogłam zasnąć, aż zdecydowałam, że potrzebowałam się zmęczyć.

Jeszcze przed pójściem do sypialni porozmawiałam przez telefon z Evą, która napisała mi SMS’a, zanim wyszliśmy ze szpitala z Ingrid i Rochem, prosząc o informacje.

Opowiedziałam jej w skrócie to, co wydarzyło się po przebudzeniu Ryana, ale nie wspomniałam o jego absurdalnym żądaniu ani o moim niedorzecznym wybuchu.

Nie musiała wiedzieć, a było mi wstyd.

Ale też to nie pomogło mi w nie-myśleniu o przejściach minionego dnia.

Wstałam z pościeli, zrobiłam kilkanaście przysiadów, pompek, brzuszków, podciągnęłam się na drążku, a potem przeszłam kilka pozycji z jogi, żeby się wyciszyć, ale najtrudniej było przestać myśleć.

Wróciłam do łóżka i ponownie próbowałam kontrolować mój oddech, a w końcu szczęśliwie, wreszcie zasnęłam.

Rano wstałam natychmiast po tym, kiedy zadzwonił mój budzik o tej samej nieludzko wczesnej godzinie, o której wstawałam kiedyś na treningi pływackie lub na jogging z Ryanem.

Tym razem nie wybierałam się na żadne z nich, a nawet nie wybierałam się na pierwsze zajęcia na uczelni, bo miałam mieć wykład, na którym nie sprawdzano obecności i postanowiłam go sobie odpuścić.

Ważniejsze było coś innego.

Od samego rana przygotowywałam się, by pojechać do szpitala, do mojego mężczyzny, zanim będą mogli przyjechać do niego jego rodzice, przyjaciele, ktokolwiek będzie chciał.

Na drugich zajęciach na uczelni już musiałam być i dokładnie to powiedziałam jego mamie, kiedy się rozstawałyśmy wieczorem, więc wiedziałam, że Ingrid, a może również Roch, mieli zamiar pojechać do szpitala w ich porze, czyli wtedy, kiedy ja nie mogłam tam być.

O planowanych godzinach wizyt poinformowałam również Evę, żeby przekazała to ewentualnym chętnym do odwiedzin Ryana, abyśmy nie robili zbyt dużego tłoku w jego pokoju.

Wszystko ułożyło się tak idealnie, że mój mężczyzna przez cały dzień miał zarówno czas na odpoczynek, jak i miał wokół siebie przyjaciół, a, co było ważniejsze, mógł się przekonać, że było ich naprawdę wielu.

Byłam w szpitalu już o ósmej rano, żeby zobaczyć, jak Ryanowi pielęgniarka poprawiała opatrunek na głowie i poczułam zazdrość.

Była to wysoka, zgrabna, młoda kobieta w opiętym fartuchu, a ponieważ pochylała się nad twarzą mojego narzeczonego, wyglądała, jakby chciała go wcisnąć w swoje piersi.

Normalnie jak scenariusz filmu pornograficznego.

- Dzień dobry - powiedziałam głośno, podchodząc do łóżka, a wtedy pielęgniarka odskoczyłam od niego jak oparzona - Hej, kochanie - dodałam do Ryana, żeby nie miała wątpliwości, kim dla niego byłam.

- Dz-dzień dobry - wydukała, zaczerwieniła się i nerwowo spojrzała na Ryana, który właśnie uśmiechnął się leniwie z jakąś dziwną satysfakcją, patrząc tylko na mnie - O-opatrunek pana Maintaining’a się przekrzywił i musiałam go poprawić - dokończyła szeptem.

Uśmiechnęłam się wyrozumiale.

- Oczywiście - powiedziałam - Dziękujemy.

Nie ukrywałam swojego zadowolenia, że nie mówiła do niego po imieniu.

- Hej, skarbie - mruknął Ryan, kiedy podeszłam do łóżka, żeby pocałować mojego mężczyznę w usta na powitanie.

- Uwielbiam, jak jesteś zazdrosna - powiedział półgłosem, kiedy się odsuwałam, więc obejrzałam się, żeby sprawdzić, czy tamta pielęgniarka-zdzira jeszcze była w sali.

Nie było jej, wyszła.

Spędziliśmy czterdzieści minut głównie w samotności, rozmawiając o tym, jak się czuł Ryan, jakie miał tam warunki, ale też o tym, jak spędziłam noc.

Przyznałam mu się do tęsknoty, a wtedy jego oczy zrobiły się ciepłe i pełne żalu, więc pomyślałam, że może nie powinnam była tego mówić, ale może należało to powiedzieć, żeby miał pewność, że go kochałam.

Ryan przy mnie zjadł śniadanie, które mi zaimponowało swoją wielkością.

Cieszyłam się, że mój ukochany miał apetyt, bo jajecznica, którą dostał z pomidorem i innymi warzywami wymieszanymi i usmażonymi z jajkami wyglądała i pachniała naprawdę świetnie.

Nawet lepiej niż to, co ja zjadłam na śniadanie w naszym domu.

Dowiedziałam się przy okazji, że tamten incydent z wymiotami z pierwszego wieczoru był jedynym takim, ale Ryan przyznał się, że miał zawroty głowy, kiedy zbyt gwałtownie podnosił głowę z poduszki, a powiedział mi, że wstawał sam do toalety.

Nie byłam z tego zadowolona, bo bałam się o niego, ale szybko zapewnił mnie, że był asekurowany przez pielęgniarkę do wózka i tak naprawdę pojechał do łazienki, a nie poszedł.

Dobre i tyle.

Chociaż ponownie poczułam ukłucie zazdrości, kiedy pomyślałam o tym, że tamta pielęgniarka go dotykała i towarzyszyłam mu do toalety.

A potem przyjechała Eva.

Nie wiedziałam, jak to robiła, ale w jej obecności wszyscy chodzili uśmiechnięci, byli bardziej rozmowni i dowiedziałam się o wiele więcej na temat badań, jakie Ryan miał wykonane poprzedniego dnia i jakie miał mieć zrobione tego dnia.

Poznałam lekarza prowadzącego Ryana, Adriana Cooler’a, i rozmawialiśmy o możliwości szybszego powrotu Ryana do domu, kiedy doktor dowiedział się, że Ryan miałby w nim opiekę i byłby pod obserwacją.

A potem przyjechali Ingrid i Roch, a ja musiałam pojechać na uczelnię, bo miałam w planie ćwiczenia, których nie mogłam opuścić.

Przez cały dzień byłam zajęta, ale to nawet było dobre, bo nie maiłam czasu na myślenie i zamartwianie się o to, co mogłoby być, a co się nie stało.

- Myślałam o tym, co powiedzieliście wczoraj - odezwała się Ingrid, kiedy siedzieliśmy tam z ciastkami owsianymi w dłoniach, które gryźliśmy i popijaliśmy kawą z papierowych kubków - O tym, że Ryan ma skłonność do nadopiekuńczości i wtedy nie dba o siebie, a ty jesteś naszą rodziną i powinien pomyśleć o tym, żeby być z tobą.

Przeniosłam spojrzenie z mojego mężczyzny, który przespał się kilka godzin w ciągu dnia i teraz wyglądał o wiele lepiej niż dobę wcześniej, na jego mamę.

- Tak? - spytałam, ale w moim głosie chyba była wyczuwalna nuta rozproszenia, bo myślałam o tym, jak cudownie byłoby położyć się na tym szpitalnym łóżku i przytulić do niego, choćby miało to trwać tylko minutkę.

- Tak - Ingrid skinęła głową, by podkreślić przytaknięcie, ale uśmiechnęła się delikatnie, jakby domyśliła się, o czym myślałam, więc na moje policzki wypłynęła fala gorąca.

- Rozmawialiśmy o tym - mruknął Roch, który zwykle się nie odzywał, więc skupiłam na nich całą uwagę i poczułam, że Ryan spiął się w swoim łóżku, a jego palce, które trzymałam w swoich, zacisnęły się spazmatycznie.

On też doskonale wiedział, że jego tata nigdy nie odzywał się, jeśli to nie było coś naprawdę ważnego.

- Chodzi o to, co powiedziałeś, synku - powiedziała Ingrid łagodnie - O to, co zrobiłeś i jak to zrobiłeś.

- Mamo, co… - warknął Ryan ostrzegawczo.

- Ryan! - przerwał mu Roch, a w tym jednym słowie było coś, co kazało nam obojgu, Ryanowi i mi, milczeć i wsłuchiwać się w słowa jego mamy jeszcze uważniej.

- To było, zanim skończyłeś siedem lat - zaczęła Ingrid po minucie milczenia, kiedy czekaliśmy, żeby zebrała słowa, jakie chciała powiedzieć - Mieliście w szkole taką zwartą, dużą grupę przyjaciół. Chłopcy i dwie dziewczynki. Wszędzie chodziliście razem.

Ingrid znowu przerwała, zapatrzyła się w dal pustym, niewidzącym wzrokiem, na co Roch wstał ze swojego krzesła, podszedł do niej i stanął za jej plecami, kładąc dłonie na jej ramionach, by pogładzić je pieszczotliwie i pocieszająco.

- Nie pamiętam - usłyszałam szept Ryana, więc spojrzałam w jego stronę, by zobaczyć, że wpatrywał się w swoich rodziców zagubionym wzrokiem.

- Wiemy - powiedział Roch - Po tym, co się stało, przez pół roku nie odzywałeś się, a potem przenieśliśmy cię do innej szkoły i poszedłeś na terapię.

- Co się stało? - zapytał Ryan głosem, w którym było słychać tą samą obawę, którą ja czułam całą sobą.

- Nie wiemy dokładnie - powiedziała Ingrid, patrząc na swojego syna takim wzrokiem, że poczułam ból w klatce piersiowej - Nigdy nam nie powiedzieliście. Wiemy tylko, że byliście na przejażdżce rowerowej całą grupą. Były wakacje.

Ingrid przerwała, a Roch podszedł do swojego krzesła, ale nie usiadł, kiedy podjął opowieść:

- Wróciłeś do domu pieszo, bez roweru, a byłeś poobijany na twarzy i brzuchu, z krwawiącymi kostkami u rąk, zwichniętym nadgarstkiem i z ranami od sznura lub plastikowej opaski na nadgarstkach. Potem już nie trzymałeś się ze swoją grupą. Nie utrzymywałeś kontaktu z żadnym z nich.

Ryan spojrzał na mnie z konsternacją i wiedziałam, że niczego nie pamiętał.

A to mogło być ważne, bardzo ważne.

Mogło mieć wpływ na wszystko, co robił i jak to czuł.

Dlatego wyprostowałam się, usztywniłam plecy i przygotowałam na to, co mieliśmy usłyszeć.

- Później dowiedzieliśmy się, że jedną z twoich koleżanek złapała grupa starszych chłopców - powiedziała Ingrid - Podobno pozostali z waszych przyjaciół uciekli, a ty zostałeś, żeby ją bronić. Ale byłeś jeden i byłeś mniejszy od nich. Jej rodzice zgłosili sprawę na policję, więc dowiedzieliśmy się, co wtedy się stało, ale od ciebie nie usłyszeliśmy na ten temat niczego… nigdy.

Mama Ryana nabrała powietrza do płuc, zanim kontynuowała:

- Tamta dziewczynka została rozebrana przez kilku chłopaków i dotykali ja w niewłaściwy sposób, ale nic się nie stało… gorszego, bo twój brat nadjechał wtedy z grupą jego kolegów.

Ryan szarpnął głową, kiedy wydusił zaskoczone - Lars? - a jego tata skinął na to głową.

- Tak - odpowiedział z powagą w głosie - Lars was uratował.

Ryan opuścił się niżej w pościeli i oparł głowę o poduszkę, zamykając oczy, kiedy Ingrid kontynuowała:

- Powiedziano nam, że broniłeś jej i krzyczałeś, że ona nie jest winna, bo to chłopaki z waszej grupy zrobili tamtym jakiś głupi kawał. Ale tamci podobno nie słuchali. Wyśmiewali was, że nie jesteście już takimi chojrakami, że nie jest wam do śmiechu… Zemścili się na waszej dwójce za błąd całej grupy. A ty potem miewałeś koszmary, z których rozumieliśmy tylko słowa Obronię cię.

- Wszystko zapomniałem - wyszeptał Ryan.

- Tak - powiedział Roch - A potem, nawet nie pamiętając, dlaczego to robiłeś, przychodziłeś do mojej pracy bez mojej wiedzy i poznawałeś każdy kąt. Nawet miejsca, do których nie było wolno ci wchodzić - opowiadał tata Ryana z naciskiem na ostatnie słowa - Dużo ćwiczyłeś. Trenowałeś różne style walk i chciałeś być w tym najlepszy. A potem zainteresowałeś się elektroniką.

- Myślimy, że to wszystko wiąże się z tym, co robisz teraz, co zrobiłeś dla Abigail - wypaliła Ingrid, a ja spojrzałam na nią ze zdumieniem, by zobaczyć, że patrzyła tylko na swojego syna - Zawsze chciałeś chronić wszystkich za wszelką cenę. Nawet kosztem swojego zdrowia lub życia.

- Ale musisz zrozumieć… - powiedział Roch, siadając na krześle, opierając łokcie na rozstawionych szeroko kolanach i pochylając się w stronę łóżka Ryana, który podniósł głowę i patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami - że nie jesteś sam. Musisz nauczyć się działać w zespole, współpracować. Wymieniać się informacjami, przyjmować pomoc.

- I musisz nauczyć się rozmawiać z nami - dodała o wiele łagodniej mama Ryana - Ze swoją rodziną. Ze swoją narzeczoną - Ingrid wyciągnęła rękę w moim kierunku, a ja ją ujęłam w swoje palce - Będziemy działać razem. Dobrze?

To było niesamowite.

Kochałam to dla Ryana, ale kochałam to też dla siebie.

Wydawało się, że ostatnie słowa nie były dla mojego mężczyzny zaskoczeniem, jakby ktoś już mu coś takiego powiedział, ale to nie było dla mnie ważne.

Nie wtedy.

Wtedy najważniejsze było to, że ich słowa i ich działanie potwierdziło wcześniejsze słowa Ingrid.

Przyjęli mnie do rodziny.

Uznali mnie za córkę.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, a później rodzice Ryana pożegnali się i wyszli, by pojechać do domu.

- Wracasz z nami? - zapytał Roch, a ja pokręciłam głowa.

- Przyjechałam swoim Fordem - przypomniałam mu, bo tak było, skoro przyjechałam do szpitala prosto z uczelni, po drodze wstępując tylko po burrito na wynos, które zjadłam jako kolację w pokoju Ryana.

- Tak, oczywiście - wymamrotał do siebie Roch, a potem przyciągnął mnie, uścisnął moje ramiona, puścił i ruszył w stronę drzwi.

- Do widzenia, córeczko - powiedziała cicho do mnie Ingrid, złapawszy mnie za ramię i przytuliwszy policzek do mojej skroni.

- Do widzenia… - odpowiedziałam jej, a potem po krótkiej chwili wahania dodałam - Mamo.

- Och - usłyszałam westchnięcie, jakie jej się wyrwało, zanim przytuliła mnie mocniej, puściła i szybkim krokiem poszła do drzwi.

Widziałam jeszcze, jak Roch owinął ją ochronnie ramieniem, zanim wyprowadził ją za drzwi.

Kiedy zamknęły się za nimi, odwróciłam się do mojego faceta, żeby zobaczyć, że patrzył na mnie czule i z troską.

- Chodź tu, Kitty - powiedział, a ja natychmiast pofrunęłam do jego łóżka.

Usiadłam na krześle, ale było to dla mnie za daleko.

- Czy mogę… - zawahałam się.

- Chodź tu, głuptasie - Ryan mówiąc to, dał mi wskazówkę, że doskonale mnie znał i wiedział, czego potrzebowałam.

Nadal wahałam się.

- Nie chcę cię zranić - poinformowałam go.

- Nie zranisz - stwierdził Ryan - Połóż się tutaj - brodą wskazał mi miejsce obok niego na materacu - Przecież się zmieścimy.

Tak bardzo tego chciałam, że dłużej nie oponowałam, tylko wspięłam się bokiem na łóżko obok mojego narzeczonego, mężczyzny, którego kochałam i który zawsze umiał mnie pocieszyć.

Położyłam głowę na jego bicepsie, kiedy objął mnie ramieniem w talii, a dłoń, którą miałam na wierzchu, rozłożyłam płasko na jego klatce piersiowej, by czuć jego puls i oddech.

- Kocham cię, Ry - szepnęłam, czując jego ciepło, bezpieczną klatkę jego objęć, słysząc jego żywotność w biciu jego serca.

Miałam go, nie straciłam, był tam.

- Kocham cię, Kitty - mruknął mój facet - Ale chyba zaraz zasnę - dodał niewyraźnie, a ja zsunęłam się delikatnie z jego łóżka i usiadłam na krzesełku obok niego, żeby trzymać go za rękę, kiedy zapadał w sen, który był tak potrzebny do tego, żeby wyzdrowiał.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz