Moja córeczko (cz.2)
*****
Dobę później…
Siedzieliśmy
w pokoju szpitalnym Ryana na krzesłach ustawionych dookoła jego łóżka, z nim
siedzącym na łóżku, które miało podniesioną górną część, i rozmawialiśmy we
czwórkę: mój narzeczony, jego rodzice i ja.
Przez
cały miniony dzień nie byłam w pełni swobodna i nie wiedziałam, jak, do diabła,
miałam reagować, chociaż to wszystko, co działo się w naszym życiu, w życiu Ryana
i moim, było już teraz raczej dobre.
Po
prostu ja nigdy czegoś takiego nie miałam.
Poprzedniego
dnia późnym wieczorem, kiedy Ryan już spał, a pielęgniarka powiedziała nam, że
będą go obserwowali, badali i dostanie leki, jeśli się obudzi, wróciliśmy we
trójkę do domu jednym samochodem, czarną Toyotą Hilux, który należał do Rocha i
był przez niego kierowany.
Jechaliśmy
przez całą drogę w ciszy głównie dlatego, że ja byłam pogrążona w swoich
myślach.
Wysiedliśmy
na podjeździe, a raczej wysiadłyśmy we dwie, ja z Ingrid, a Roch wprowadził
pickupa do garażu.
Padał
śnieg i byłam wdzięczna zarówno Davidowi wcześniej, jak i Rochowi wtedy, ze nie
musiałam taka roztrzęsiona prowadzić swojego auta.
Ingrid
chwyciła moją dłoń, pociągnęła mnie i nie miałam innego wyjścia, jak pójść za
nią do ich domu.
Ale
też nie opierałam się, bo nie byłam gotowa zostać sama.
Weszłyśmy
do ich części domu, ale stanęłam tam zaraz za korytarzykiem wejściowym, nie
zdejmując moich traperów ani kurtki, zastanawiając się, czy na pewno chciałam
się tam usadawiać na dłużej, bo było już późno.
-
Zjesz coś? - zapytała mnie Ingrid, zanim zdążyłam zadecydować, co zamierzałam
zrobić, kiedy minęła mnie w progu i skierowała się do swojej kuchni - Mam
trochę gyrosu z naszej kolacji.
Przypomniałam
sobie, że ja też miałam w lodówce resztki kurczaka, które zostały z naszej
wczesnej kolacji.
Ileż
to ja dałabym w tym momencie, żeby tylko popatrzeć, jak Ryan zalewał je ogromną
porcją ketchupu.
-
Nie, dziękuję - odparłam z zaciśniętym gardłem, więc w moim głosie było słychać wstrzymywane łzy.
-
Och, kochanie - szepnęła nagle Ingrid i przysunęła się bliżej, a po chwili jej
ramiona oplatały mnie ciasno i ciepło, dając mi poczucie ukojenia, jakiego tak
bardzo potrzebowałam.
- Już
dobrze - wydusiłam po dłuższej chwili - Po prostu przypomniało mi się… - nie
dokończyłam, kiedy przemknęłam ślinę i odsunęłam się, nie patrząc jej w oczy.
-
To nic złego - powiedziała cicho i delikatnie Ingrid - Ja też mam takie chwile,
kiedy któryś z nich jest gdzieś tam narażony na niebezpieczeństwo.
A
potem nagle odchyliła do tyłu głowę i zaśmiała się krótko, szczekliwie i
niewesoło, by, kiedy przestała się śmiać, powiedzieć - Chociaż zwykle staram
się o tym nie myśleć.
Miałam
ochotę jeszcze z nią porozmawiać, ale w tej chwili wszedł do domu Roch i
straciłam odwagę.
Podziękowałam
więc tylko im obojgu za troskę, za podwiezienie do domu, a potem pożegnałam się
i poszłam do naszego mieszkania.
To
nie było łatwe.
To, czyli wejście do
przerażająco pustego mieszkania,
przygotowanie się na następny dzień, do snu i boleśnie samotne położenie się do naszego wspólnego łóżka, kiedy miałam
świadomość, że Ryan był w tam szpitalu całkiem sam i miał pozostać tak strasznie daleko ode mnie jeszcze przez pewien czas.
Dlatego
przez dobrą godzinę, wierciłam się w pościeli i nie mogłam zasnąć, aż
zdecydowałam, że potrzebowałam się zmęczyć.
Jeszcze
przed pójściem do sypialni porozmawiałam przez telefon z Evą, która napisała mi
SMS’a, zanim wyszliśmy ze szpitala z Ingrid i Rochem, prosząc o informacje.
Opowiedziałam
jej w skrócie to, co wydarzyło się po przebudzeniu Ryana, ale nie wspomniałam o
jego absurdalnym żądaniu ani o moim niedorzecznym wybuchu.
Nie
musiała wiedzieć, a było mi wstyd.
Ale
też to nie pomogło mi w nie-myśleniu o przejściach minionego dnia.
Wstałam
z pościeli, zrobiłam kilkanaście przysiadów, pompek, brzuszków, podciągnęłam
się na drążku, a potem przeszłam kilka pozycji z jogi, żeby się wyciszyć, ale
najtrudniej było przestać myśleć.
Wróciłam
do łóżka i ponownie próbowałam kontrolować mój oddech, a w końcu szczęśliwie,
wreszcie zasnęłam.
Rano
wstałam natychmiast po tym, kiedy zadzwonił mój budzik o tej samej nieludzko
wczesnej godzinie, o której wstawałam kiedyś na treningi pływackie lub na
jogging z Ryanem.
Tym
razem nie wybierałam się na żadne z nich, a nawet nie wybierałam się na
pierwsze zajęcia na uczelni, bo miałam mieć wykład, na którym nie sprawdzano obecności
i postanowiłam go sobie odpuścić.
Ważniejsze
było coś innego.
Od
samego rana przygotowywałam się, by pojechać do szpitala, do mojego mężczyzny,
zanim będą mogli przyjechać do niego jego rodzice, przyjaciele, ktokolwiek
będzie chciał.
Na
drugich zajęciach na uczelni już musiałam
być i dokładnie to powiedziałam jego mamie, kiedy się rozstawałyśmy wieczorem,
więc wiedziałam, że Ingrid, a może również Roch, mieli zamiar pojechać do
szpitala w ich porze, czyli wtedy, kiedy ja nie mogłam tam być.
O
planowanych godzinach wizyt poinformowałam również Evę, żeby przekazała to
ewentualnym chętnym do odwiedzin Ryana, abyśmy nie robili zbyt dużego tłoku w
jego pokoju.
Wszystko
ułożyło się tak idealnie, że mój mężczyzna przez cały dzień miał zarówno czas
na odpoczynek, jak i miał wokół siebie przyjaciół, a, co było ważniejsze, mógł
się przekonać, że było ich naprawdę wielu.
Byłam
w szpitalu już o ósmej rano, żeby zobaczyć, jak Ryanowi pielęgniarka poprawiała
opatrunek na głowie i poczułam zazdrość.
Była
to wysoka, zgrabna, młoda kobieta w opiętym
fartuchu, a ponieważ pochylała się nad twarzą mojego narzeczonego, wyglądała,
jakby chciała go wcisnąć w swoje piersi.
Normalnie
jak scenariusz filmu pornograficznego.
-
Dzień dobry - powiedziałam głośno, podchodząc do łóżka, a wtedy pielęgniarka
odskoczyłam od niego jak oparzona - Hej, kochanie - dodałam do Ryana, żeby nie
miała wątpliwości, kim dla niego byłam.
-
Dz-dzień dobry - wydukała, zaczerwieniła się i nerwowo spojrzała na Ryana, który
właśnie uśmiechnął się leniwie z jakąś dziwną satysfakcją, patrząc tylko na
mnie - O-opatrunek pana Maintaining’a się przekrzywił i musiałam go poprawić -
dokończyła szeptem.
Uśmiechnęłam
się wyrozumiale.
-
Oczywiście - powiedziałam - Dziękujemy.
Nie
ukrywałam swojego zadowolenia, że nie
mówiła do niego po imieniu.
-
Hej, skarbie - mruknął Ryan, kiedy podeszłam do łóżka, żeby pocałować mojego mężczyznę w usta na powitanie.
-
Uwielbiam, jak jesteś zazdrosna - powiedział półgłosem, kiedy się odsuwałam, więc
obejrzałam się, żeby sprawdzić, czy tamta pielęgniarka-zdzira jeszcze była w
sali.
Nie
było jej, wyszła.
Spędziliśmy
czterdzieści minut głównie w samotności, rozmawiając o tym, jak się czuł Ryan,
jakie miał tam warunki, ale też o tym, jak spędziłam noc.
Przyznałam
mu się do tęsknoty, a wtedy jego oczy zrobiły się ciepłe i pełne żalu, więc
pomyślałam, że może nie powinnam była
tego mówić, ale może należało to
powiedzieć, żeby miał pewność, że go kochałam.
Ryan
przy mnie zjadł śniadanie, które mi zaimponowało swoją wielkością.
Cieszyłam
się, że mój ukochany miał apetyt, bo jajecznica, którą dostał z pomidorem i
innymi warzywami wymieszanymi i usmażonymi z jajkami wyglądała i pachniała
naprawdę świetnie.
Nawet
lepiej niż to, co ja zjadłam na śniadanie w naszym domu.
Dowiedziałam
się przy okazji, że tamten incydent z wymiotami z pierwszego wieczoru był
jedynym takim, ale Ryan przyznał się, że miał zawroty głowy, kiedy zbyt gwałtownie
podnosił głowę z poduszki, a powiedział mi, że wstawał sam do toalety.
Nie
byłam z tego zadowolona, bo bałam się o niego, ale szybko zapewnił mnie, że był
asekurowany przez pielęgniarkę do wózka i tak naprawdę pojechał do łazienki, a nie poszedł.
Dobre
i tyle.
Chociaż
ponownie poczułam ukłucie zazdrości, kiedy pomyślałam o tym, że tamta
pielęgniarka go dotykała i towarzyszyłam mu do
toalety.
A
potem przyjechała Eva.
Nie
wiedziałam, jak to robiła, ale w jej obecności wszyscy chodzili uśmiechnięci,
byli bardziej rozmowni i dowiedziałam się o wiele więcej na temat badań, jakie
Ryan miał wykonane poprzedniego dnia i jakie miał mieć zrobione tego dnia.
Poznałam
lekarza prowadzącego Ryana, Adriana Cooler’a, i rozmawialiśmy o możliwości
szybszego powrotu Ryana do domu, kiedy doktor dowiedział się, że Ryan miałby w
nim opiekę i byłby pod obserwacją.
A
potem przyjechali Ingrid i Roch, a ja musiałam pojechać na uczelnię, bo miałam
w planie ćwiczenia, których nie mogłam opuścić.
Przez
cały dzień byłam zajęta, ale to nawet było dobre, bo nie maiłam czasu na
myślenie i zamartwianie się o to, co mogłoby
być, a co się nie stało.
-
Myślałam o tym, co powiedzieliście wczoraj - odezwała się Ingrid, kiedy
siedzieliśmy tam z ciastkami owsianymi w dłoniach, które gryźliśmy i
popijaliśmy kawą z papierowych kubków - O tym, że Ryan ma skłonność do
nadopiekuńczości i wtedy nie dba o siebie, a ty jesteś naszą rodziną i powinien
pomyśleć o tym, żeby być z tobą.
Przeniosłam
spojrzenie z mojego mężczyzny, który przespał się kilka godzin w ciągu dnia i
teraz wyglądał o wiele lepiej niż dobę wcześniej, na jego mamę.
-
Tak? - spytałam, ale w moim głosie chyba była wyczuwalna nuta rozproszenia, bo myślałam
o tym, jak cudownie byłoby położyć się na tym szpitalnym łóżku i przytulić do niego, choćby miało to trwać
tylko minutkę.
-
Tak - Ingrid skinęła głową, by podkreślić przytaknięcie, ale uśmiechnęła się delikatnie,
jakby domyśliła się, o czym myślałam, więc na moje policzki wypłynęła fala
gorąca.
-
Rozmawialiśmy o tym - mruknął Roch, który zwykle się nie odzywał, więc skupiłam
na nich całą uwagę i poczułam, że Ryan spiął się w swoim łóżku, a jego palce, które
trzymałam w swoich, zacisnęły się spazmatycznie.
On
też doskonale wiedział, że jego tata nigdy
nie odzywał się, jeśli to nie było coś naprawdę
ważnego.
-
Chodzi o to, co powiedziałeś, synku - powiedziała Ingrid łagodnie - O to, co
zrobiłeś i jak to zrobiłeś.
-
Mamo, co… - warknął Ryan ostrzegawczo.
-
Ryan! - przerwał mu Roch, a w tym
jednym słowie było coś, co kazało nam obojgu, Ryanowi i mi, milczeć i wsłuchiwać
się w słowa jego mamy jeszcze uważniej.
-
To było, zanim skończyłeś siedem lat - zaczęła Ingrid po minucie milczenia,
kiedy czekaliśmy, żeby zebrała słowa, jakie chciała powiedzieć - Mieliście w
szkole taką zwartą, dużą grupę
przyjaciół. Chłopcy i dwie dziewczynki. Wszędzie chodziliście razem.
Ingrid
znowu przerwała, zapatrzyła się w dal pustym, niewidzącym wzrokiem, na co Roch wstał
ze swojego krzesła, podszedł do niej i stanął za jej plecami, kładąc dłonie na
jej ramionach, by pogładzić je pieszczotliwie i pocieszająco.
-
Nie pamiętam - usłyszałam szept Ryana, więc spojrzałam w jego stronę, by zobaczyć,
że wpatrywał się w swoich rodziców zagubionym wzrokiem.
-
Wiemy - powiedział Roch - Po tym, co się stało, przez pół roku nie odzywałeś się,
a potem przenieśliśmy cię do innej szkoły i poszedłeś na terapię.
-
Co się stało? - zapytał Ryan głosem,
w którym było słychać tą samą obawę, którą ja czułam całą sobą.
-
Nie wiemy dokładnie - powiedziała Ingrid, patrząc na swojego syna takim
wzrokiem, że poczułam ból w klatce piersiowej - Nigdy nam nie powiedzieliście. Wiemy
tylko, że byliście na przejażdżce rowerowej całą grupą. Były wakacje.
Ingrid
przerwała, a Roch podszedł do swojego krzesła, ale nie usiadł, kiedy podjął
opowieść:
-
Wróciłeś do domu pieszo, bez roweru, a byłeś poobijany na twarzy i brzuchu, z krwawiącymi
kostkami u rąk, zwichniętym nadgarstkiem i z ranami od sznura lub plastikowej opaski
na nadgarstkach. Potem już nie trzymałeś się ze swoją grupą. Nie utrzymywałeś kontaktu
z żadnym z nich.
Ryan
spojrzał na mnie z konsternacją i wiedziałam, że niczego nie pamiętał.
A
to mogło być ważne, bardzo ważne.
Mogło
mieć wpływ na wszystko, co robił i
jak to czuł.
Dlatego
wyprostowałam się, usztywniłam plecy i przygotowałam na to, co mieliśmy
usłyszeć.
-
Później dowiedzieliśmy się, że jedną z twoich koleżanek złapała grupa starszych
chłopców - powiedziała Ingrid - Podobno pozostali z waszych przyjaciół uciekli,
a ty zostałeś, żeby ją bronić. Ale byłeś jeden i byłeś mniejszy od nich. Jej rodzice
zgłosili sprawę na policję, więc dowiedzieliśmy się, co wtedy się stało, ale od
ciebie nie usłyszeliśmy na ten temat niczego… nigdy.
Mama
Ryana nabrała powietrza do płuc, zanim kontynuowała:
-
Tamta dziewczynka została rozebrana przez kilku chłopaków i dotykali ja w niewłaściwy
sposób, ale nic się nie stało… gorszego,
bo twój brat nadjechał wtedy z grupą jego
kolegów.
Ryan
szarpnął głową, kiedy wydusił zaskoczone - Lars?
- a jego tata skinął na to głową.
-
Tak - odpowiedział z powagą w głosie - Lars was uratował.
Ryan
opuścił się niżej w pościeli i oparł głowę o poduszkę, zamykając oczy, kiedy
Ingrid kontynuowała:
-
Powiedziano nam, że broniłeś jej i krzyczałeś, że ona nie jest winna, bo to
chłopaki z waszej grupy zrobili tamtym jakiś głupi kawał. Ale tamci podobno nie
słuchali. Wyśmiewali was, że nie jesteście już takimi chojrakami, że nie jest
wam do śmiechu… Zemścili się na waszej dwójce za błąd całej grupy. A ty potem
miewałeś koszmary, z których rozumieliśmy tylko słowa Obronię cię.
-
Wszystko zapomniałem - wyszeptał Ryan.
-
Tak - powiedział Roch - A potem, nawet nie pamiętając, dlaczego to robiłeś, przychodziłeś
do mojej pracy bez mojej wiedzy i poznawałeś każdy kąt. Nawet miejsca, do
których nie było wolno ci wchodzić -
opowiadał tata Ryana z naciskiem na ostatnie słowa - Dużo ćwiczyłeś. Trenowałeś
różne style walk i chciałeś być w tym najlepszy.
A potem zainteresowałeś się elektroniką.
-
Myślimy, że to wszystko wiąże się z tym, co robisz teraz, co zrobiłeś dla
Abigail - wypaliła Ingrid, a ja spojrzałam na nią ze zdumieniem, by zobaczyć,
że patrzyła tylko na swojego syna - Zawsze chciałeś chronić wszystkich za wszelką
cenę. Nawet kosztem swojego zdrowia lub życia.
-
Ale musisz zrozumieć… - powiedział
Roch, siadając na krześle, opierając łokcie na rozstawionych szeroko kolanach i
pochylając się w stronę łóżka Ryana, który podniósł głowę i patrzył na niego ze
zmarszczonymi brwiami - że nie jesteś sam.
Musisz nauczyć się działać w zespole, współpracować.
Wymieniać się informacjami, przyjmować pomoc.
-
I musisz nauczyć się rozmawiać z nami
- dodała o wiele łagodniej mama Ryana - Ze swoją rodziną. Ze swoją narzeczoną -
Ingrid wyciągnęła rękę w moim kierunku, a ja ją ujęłam w swoje palce - Będziemy
działać razem. Dobrze?
To
było niesamowite.
Kochałam
to dla Ryana, ale kochałam to też dla siebie.
Wydawało
się, że ostatnie słowa nie były dla mojego mężczyzny zaskoczeniem, jakby ktoś już
mu coś takiego powiedział, ale to nie było dla mnie ważne.
Nie
wtedy.
Wtedy
najważniejsze było to, że ich słowa i ich działanie potwierdziło wcześniejsze
słowa Ingrid.
Przyjęli
mnie do rodziny.
Uznali
mnie za córkę.
Rozmawialiśmy
jeszcze przez chwilę, a później rodzice Ryana pożegnali się i wyszli, by
pojechać do domu.
-
Wracasz z nami? - zapytał Roch, a ja pokręciłam głowa.
-
Przyjechałam swoim Fordem - przypomniałam mu, bo tak było, skoro przyjechałam do
szpitala prosto z uczelni, po drodze wstępując tylko po burrito na wynos, które
zjadłam jako kolację w pokoju Ryana.
-
Tak, oczywiście - wymamrotał do siebie Roch, a potem przyciągnął mnie, uścisnął
moje ramiona, puścił i ruszył w stronę drzwi.
-
Do widzenia, córeczko - powiedziała cicho do mnie Ingrid, złapawszy mnie za
ramię i przytuliwszy policzek do mojej skroni.
-
Do widzenia… - odpowiedziałam jej, a potem po krótkiej chwili wahania dodałam -
Mamo.
-
Och - usłyszałam westchnięcie, jakie
jej się wyrwało, zanim przytuliła mnie mocniej, puściła i szybkim krokiem
poszła do drzwi.
Widziałam
jeszcze, jak Roch owinął ją ochronnie ramieniem, zanim wyprowadził ją za drzwi.
Kiedy
zamknęły się za nimi, odwróciłam się do mojego faceta, żeby zobaczyć, że
patrzył na mnie czule i z troską.
-
Chodź tu, Kitty - powiedział, a ja natychmiast pofrunęłam do jego łóżka.
Usiadłam
na krześle, ale było to dla mnie za daleko.
-
Czy mogę… - zawahałam się.
-
Chodź tu, głuptasie - Ryan mówiąc to, dał mi wskazówkę, że doskonale mnie znał
i wiedział, czego potrzebowałam.
Nadal
wahałam się.
-
Nie chcę cię zranić - poinformowałam go.
-
Nie zranisz - stwierdził Ryan - Połóż się tutaj - brodą wskazał mi miejsce obok
niego na materacu - Przecież się zmieścimy.
Tak
bardzo tego chciałam, że dłużej nie oponowałam, tylko wspięłam się bokiem na
łóżko obok mojego narzeczonego, mężczyzny, którego kochałam i który zawsze
umiał mnie pocieszyć.
Położyłam
głowę na jego bicepsie, kiedy objął mnie ramieniem w talii, a dłoń, którą
miałam na wierzchu, rozłożyłam płasko na jego klatce piersiowej, by czuć jego puls
i oddech.
-
Kocham cię, Ry - szepnęłam, czując jego ciepło, bezpieczną klatkę jego objęć, słysząc
jego żywotność w biciu jego serca.
Miałam
go, nie straciłam, był tam.
-
Kocham cię, Kitty - mruknął mój facet - Ale chyba zaraz zasnę - dodał niewyraźnie,
a ja zsunęłam się delikatnie z jego łóżka i usiadłam na krzesełku obok niego,
żeby trzymać go za rękę, kiedy zapadał w sen, który był tak potrzebny do tego,
żeby wyzdrowiał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz