Rozdział 5
Przekona ją (cz.2)
*****
Kate
Jakiś czas
później…
Był
jasny dzień.
Obudziłam
się w obcym pokoju, w nieznanym mi łóżku, z uczuciem otumanienia, rozkojarzenia
i obolała na sposób, który wskazywał mi, że nadal miałam wysoką gorączkę.
A
właściwie nie obudziłam się, ale obudzono mnie.
Na
brzegu łóżka, w którym leżałam pod świeżą pościelą, ktoś ostrożnie usiadł,
pochylił się do mnie ciałem, otoczył mnie zapach bergamotki i wanilii, który
już znałam, a potem poczułam powtórzony lekki dotyk do czoła, który był tym, co
mnie obudziło.
-
Kate - usłyszałam znany mi, męski głos.
Ryan.
Nie
pamiętałam niczego z tego poranka, kiedy nie do końca obudził mnie mój budzik w
telefonie, bo zasnęłam z powrotem, jak tylko go wyłączyłam, a mocniej
zareagowałam dopiero na dzwonek przychodzącego połączenia, po którym zrzuciłam
telefon na podłogę obok swojej szafki nocnej.
Nie
pamiętałam, żebym go podniosła, odebrała, rozmawiała z Ryanem lub słyszała
cokolwiek, co usprawiedliwiłoby jego obecność przy moim łóżku w akademiku, a
zwłaszcza moją obecność w jego łóżku teraz, bo wydawało mi się, że
to właśnie się działo.
Jakim sposobem tu
się dostałam?
Nigdy
w życiu nie straciłam aż tak
przytomności, żeby mieć jakiekolwiek dziury w pamięci, a teraz nawet nie
wiedziałam, ile godzin upłynęło od tamtego poranka i czy nadal był ten sam
dzień.
Nie
mówiąc o tym, że byłam w kompletnie nieznanym mi miejscu.
Dezorientacja
nie poprawiała mojego samopoczucia.
Otworzyłam
oczy, chociaż przyszło mi to z trudem, bo nadal czułam piasek pod powiekami i
zobaczyłam mętny zarys jego postaci.
Zamrugałam
i postarałam się skupić.
Nie
dałam rady.
Ktoś
drugi stał za nim i zaraz dowiedziałam się, kto to był.
-
Jest tu lekarz - poinformował mnie Ryan - Masz wysoką gorączkę. Straciłaś
przytomność, więc go wezwałem. Zbada cię. Pomogę ci.
Zmarszczyłam
brwi w niezrozumieniu i próbie skoncentrowania się na jego słowach, ale szybko
dowiedziałam się, co miał na myśli.
Ten,
który był lekarzem, podszedł z drugiej strony szerokiego, chyba dwuosobowego
łóżka, w którym leżałam, a Ryan odchylił kołdrę i poczułam większy chłód, kiedy
podniósł moją koszulkę na brzuchu.
Nie
miałam siły, by protestować, chociaż było mi trochę wstyd, że tak mnie
obsługuje, jak małe dziecko.
Wciąż
kręciło mi się w głowie, przez co wszystko dookoła wirowało.
To
wszystko było niesamowicie dziwne, bo
nie wiedziałam, skąd Ryan w ogóle wiedział, że się źle czułam, a tym bardziej, jakim
cudem znalazłam się w miejscu, w którym on najwidoczniej czuł się swobodnie.
Wyglądało
na to, że byłam u niego.
Dlatego
uważniej patrzyłam w stronę Ryana i mocniej skupiłam wzrok na jego twarzy, aż
zobaczyłam w miarę wyraźnie jego rysy, a wtedy dotarło do mnie, że się martwił.
Martwił
się o mnie.
-
Co panią boli - zapytał lekarz, przykładając mi zimną słuchawkę stetoskopu do mojego
mostka pod koszulką.
Skierowałam
na niego wzrok i postarałam się znaleźć słowa.
-
Właściwie wszystko - wychrypiałam w odpowiedzi, po czym nagły ból gardła
spowodował, że zostałam zaatakowana przymusem kaszlu tak silnym, że nie dałam
rady go powstrzymać.
Zacharczałam.
Kiedy
usłyszałam rzężenie dochodzące przy tym z mojej klatki piersiowej, skrzywiłam
się, a nagła kolejna fala bólu spowodowała, że skuliłam się, przechylając na
bok i jęknęłam.
Ryan
zareagował bez sekundy zawahania, przyciągając mnie mocniej do swojego ciała,
jakby chciał złagodzić mój ból i było to troskliwe, miłe i tak nieoczekiwane,
że przestałam kaszleć i zgięłam przedramiona, by go objąć.
Jego
reakcją bowiem było wsunięcie rąk w boki na moich żebrach, rozłożenie dłoni na
moich plecach i podniesienie mnie do pozycji siedzącej tak, że mój przód
opierał się na jego przodzie, kiedy moja głowa leżała na jego ramieniu,
policzkiem opierając się o jego obojczyk.
Przytulił
mnie.
Oddychałam
w kierunku przestrzeni, w której nie było żadnego z mężczyzn, czując miłe,
delikatne, chociaż duże i silne dłonie Ryana przesuwające się płynnymi, pieszczotliwymi,
uspokajającymi ruchami wzdłuż mojego kręgosłupa w tą i z powrotem, w górę i w
dół.
Potem
lekarz coś powiedział, Ryan coś zrobił i badanie trwało dalej, ale ja już nie
słuchałam.
Poczułam
się wspaniale, bezpiecznie, więc
zrobiłam się senna i zaczęłam powoli odpływać w nieświadomość.
Przestałam
kontrolować swoje odruchy.
Fala
sprzecznych, nieznanych mi uczuć, jakie mnie ogarnęły, spowodowała moje
całkowite rozkojarzenie.
Nie
pamiętałam, by ktokolwiek kiedykolwiek zrobił dla mnie coś takiego dobrego, czułego, miłego.
To
była troska w niespotykanym dla mnie wymiarze.
Nie
troszczył się nikt o mnie od czasów…
Nie,
nie chciałam o tym myśleć.
Ale
z drugiej strony, może Ryan czegoś ode mnie chciał.
Zawsze
ktoś czegoś ode mnie chciał, więc czemu nie on.
Nie
mogłam się skupić na bronieniu się przed moimi uczuciami.
Nie
byłam w stanie ich przeanalizować, a nawet nie docierało do mnie to w pełni, bo
gorączka nadal oszałamiała mnie i bolało mnie całe ciało.
Czułam
delikatne dłonie Ryana pod moimi plecami, przesuwające się wzdłuż moich boków,
a potem pod głową, kiedy odkładał mnie na poduszkę, przykrywał kołdrą, a potem
jeszcze odgarnął palcami zbłąkane pasmo włosów z mojej twarzy, ale nie
słyszałam ani nie wiedziałam, gdzie był lekarz.
Przez
tętent krwi w mojej głowie zaczęłam całkowicie odpływać w nieświadomość, kiedy
męska dłoń wsunęła się na mój kark, ramię oplotło mnie wokół ramion i łopatek,
a potem usłyszałam przytłumione - Połknij to, Kate.
Miałam
gorączkę, wiedziałam to, więc potrzebowałam
leków.
Do
moich warg dotknęły palce, w których znalazły się dwie pigułki, a kiedy je trochę
nieporadnie wciągnęłam do ust, dotknięcie palców zostało zastąpione brzegiem
szklanki.
Z
trudem i bólem posłusznie przełknęłam tabletki i kilka łyków wody, zanim
podniosłam lekko brodę, by dać znać, że miałam dość.
Kiedy
tylko moja głowa z powrotem dotknęła poduszki, zasnęłam.
*****
Obudziło
mnie nieprzyjemnie mokre zimno, dotykające mojego czoła, a później przesuwające
się po prawej skroni, boku szczęki i szyi koło ucha i absolutnie nie pomagał mi
fakt, że w uszach nieprzyjemnie mi szumiało i boleśnie łomotał puls mojej krwi.
Wciągnęłam
nagle powietrze, od czego zabolało mnie gardło i wykrzywiłam wargi, co dało mi
odsunięcie tego nieprzyjemnego od szyi i jego powrót na czoło.
-
Nie… - jęknęłam.
-
Spokojnie. Masz gorączkę - szepnęła jakaś kobieta - Ćśś, już dobrze, Kate.
Muszę cię ochłodzić.
Rozchyliłam
powieki z trudem, bo nadal mnie piekły i zobaczyłam mętny zarys kobiecej
twarzy, która pochylała się nade mną.
Skupiłam
się na niej i mój wzrok się wyostrzył.
Miała
jasne włosy, równie jasną cerę, piękne, regularne rysy twarzy, które kogoś mi
przypominały i niebieskie oczy otoczone przepięknymi rzęsami.
Nie
mogła być o wiele starsza ode mnie.
Nie
znałam jej, ale jej wyraz był skupiony i zatroskany, co mnie uspokoiło i
rozczuliło, bo przypominało mi to kogoś, kto w takich chwilach był przy mnie
dawno, bardzo dawno temu.
Nagle
obraz się zmienił i postać, która pochylała się nade mną, była tą, którą
chciałam tam widzieć.
Tęskniłam
za nią.
Nie
kontrolowałam się.
-
Ciociu Jadziu - szepnęłam po polsku.
Obraz
znowu się zmienił i wróciła teraźniejszość.
Kobieta
lekko wciągnęła powietrze, zacisnęła ładnie wykrojone wargi, a potem odsunęła
się, zwróciła tułowiem w bok i wróciła do mnie, a potem poczułam, że mnie
podnosiła, oburącz trzymając ramiona owinięte dookoła moich żeber, opierając
mnie o swój przód, a potem przytulając do siebie jedną dłonią.
To
nie było łatwe ani przyjemne, bo bolało mnie dosłownie wszystko, wszystkie mięśnie i stawy, głowa i gardło, oczy i czoło, więc
nie współpracowałam z nią, ale w końcu pół siedziałam, byłam oparta plecami i
głową o poduszki ułożone za mną wysoko, a w głowie kręciło mi się tak bardzo,
że pomyślałam, że spadnę z łóżka, co przecież nie było możliwe.
-
Połknij to - powiedziała kobieta zdecydowanym tonem po angielsku, podsuwając mi
do ust jakieś tabletki.
Nie
znałam jej, nie wiedziałam, czy powinnam to zrobić, czy byłam tu bezpieczna,
czy mogłam jej zaufać, a ona zauważyła moje wahanie, bo nie drgnęła, ale chyba
zrozumiała.
-
Jestem mamą Ryana - powiedziała cicho i delikatnie - Mam na imię Ingrid. Jesteś
u niego, w jego apartamencie, w pokoju gościnnym. To tabletki na gorączkę i
antybiotyk, który przepisał ci lekarz. Ryan wziął kartę twojego ubezpieczenia i
na nią zamówił wizytę domową a potem wykupił leki.
Och,
tak, tak było dobrze.
Nawet
jeśli lekarz był z SLC i ja chorowałam w tym mieście, to nie musiało trafić do
tych, do których nie chciałam, żeby trafiło, bo byłam pełnoletnia.
Jeśli
nikt nie zadałby pytania, nie zostałby poinformowany.
A
ja nie miałam dodatkowego długu.
To
wszystko przemknęło mi przez myśli ulotnie, bo nadal byłam rozkojarzona przez
gorączkę.
Rozchyliłam
wargi z cichym wydechem, a ta miła kobieta, mama Ryana, wsunęła mi między nie pigułki,
a później podała wodę.
Przełknęłam
z trudem.
-
Dziękuję - powiedziałam szeptem, kiedy odstawiała szklankę, by szybko wrócić do
mnie i poprawić mi poduszki tak, bym mogła z powrotem się położyć.
Zasnęłam
prawie natychmiast.
*****
Obudziłam
się w tym samym łóżku, w którym zasnęłam, a przynajmniej tak mi się wydawało,
bo poprzednio nie rozejrzałam się zbyt dokładnie.
Tym
razem byłam prawie całkiem przytomna i zamierzałam to wykorzystać.
Był
zmierzch lub całkiem noc, bo było ciemno i tylko mała lampka paliła się na
stoliku nocnym obok mnie, a resztę pomieszczenia spowijał półmrok.
Otworzyłam
oczy, które nadal piekły mnie i pulsowały, ale czułam się nieco lepiej, tylko
doskwierał mi dyskomfort związany z parciem na pęcherz.
Musiałam
wstać.
Przekręciłam
głowę na poduszce i przekonałam się, że byłam sama w tej sporej, ładnie
urządzonej sypialni, w której oprócz podwójnego łóżka stało jeszcze biurko z wyściełanym
fotelem na kółkach, duży fotel, który wyglądał przytulnie tak bardzo, że
mogłabym się w nim skulić, żeby uczyć się godzinami,
pusty, otwarty regał z półkami na książki i uchylone drzwi z żeberkowatą
żaluzją, które prawdopodobnie prowadziły do wbudowanej szafy.
Ostrożnie
badając swoje możliwości odchyliłam kołdrę i przekonałam się, że byłam ubrana w
męski t-shirt, którego nie znałam.
Pachniał
świeżością, ale tego zapachu nie
rozpoznawałam.
Po
prostu pachniał praniem, kwiatowym płynem do płukania, prasowaniem.
Czułam
też, że miałam na sobie majtki, ale moje stopy były bose.
Nadal
postępując ostrożnie i badając swoje możliwości, podniosłam się, usiadłam na
łóżku, zsunęłam nogi na podłogę, a potem, uważnie sprawdzając reakcje mojego
ciała i, na wszelki wypadek podpierając się o wszystko po drodze, podniosłam
się na proste nogi, po czym ruszyłam w stronę drzwi.
W
całym mieszkaniu było cicho, ciemno, tylko w dalszej części, gdzie, jak
podejrzewałam był salon, było widać i słychać włączony telewizor.
Przystanęłam
w progu pokoju i rozejrzałam się.
Byłam
w krótkim korytarzyku, z którego prowadziły jeszcze jedne drzwi naprzeciwko
tych, z których wyszłam i inne, obok pokoju, w którym byłam.
Uchyliłam
te obok i z radością odkryłam sporą, ładnie urządzoną łazienkę, czyli to, czego
najbardziej teraz potrzebowałam.
Potrzeba
fizjologiczna dodała mi sił, by ruszyć wprost do toalety.
Kiedy
zrobiłam już to, co musiałam zrobić, ochlapałam twarz wodą nad umywalką, ręce starannie
umyłam mydłem i wytarłam wiszącym tam ręcznikiem, wyszłam z łazienki na
korytarz i tu spotkała mnie niespodzianka w postaci czekającej tam na mnie kobiety.
-
Och! - westchnęłam z zaskoczenia i
przestrachu, kiedy ją zobaczyłam.
Przystanęłam
i obie dłonie automatycznie same powędrowały mi do mojej klatki piersiowej.
-
Kate - powiedziała ta kobieta z uśmiechem tym głosem, który rozpoznałam z
naszej wcześniejszej wymiany zdań, patrząc mi prosto w oczy tak jakoś pogodnie
i przyjaźnie - Czujesz się lepiej.
To
nie było pytanie, a stwierdzenie, a na dodatek prawdziwe, skoro byłam w stanie
sama, bez niczyjej pomocy przejść z łóżka do łazienki.
Nadal
skinęłam głową i z lekkim, ale nie wymuszonym uśmiechem odparłam - Tak,
dziękuję.
Nie
czułam się przez nią osaczona, nie czułam się zamknięta, porwana, przymuszona
do czegokolwiek, chociaż nie pamiętałam wiele z minionych kilku, a może
kilkunastu godzin.
-
Pamiętasz, jestem… - zaczęła, ale wiedziałam, o co chciała zapytać, więc ją
uprzedziłam i przerwałam jej, chociaż to było przecież niegrzeczne.
-
Pamiętam - potwierdziłam półgłosem, ale starałam się złagodzić moje zachowanie,
więc lekko wykrzywiłam wargi w uśmiechu i skinęłam przy tym głową - Hej,
Ingrid.
Jej
uśmiech się poszerzył, a ja wiedziałam, o co chodziło.
Lubiła
to, że nie musiała mi wiele wyjaśniać.
To
właśnie byłam ja, która zawsze
pamiętałam wszystko, co się działo, kiedy się budziłam choćby na chwilkę, a to
nie było częste wśród innych ludzi, bo czasem nie byli oni po prostu wystarczająco
przytomni.
Cóż,
ja byłam.
Ale
tym razem wiele przespałam lub może przez długi czas byłam nieprzytomna, więc
nadal nie wiedziałam, gdzie właściwie byłam i co się stało.
Więc
potrzebowałam kilku wyjaśnień.
-
Jak ja się tu… - zaczęłam, ale tym razem to Ingrid mi przerwała.
-
Nie możesz tu tak stać - powiedziała zdecydowanie i objęła mnie w talii jedną
ręką, by skierować nas do pokoju, z którego wyszłam i lekko popychając moje
plecy nakłonić mnie do wejścia tam - No, już Słonko, kładziemy się, bo
zmarzniesz.
To
było troskliwe, bo miałam bose stopy i faktycznie czułam chłód ciągnący od
podłogi, ale reakcja mojego ciała była inna.
Zamieniło
się w kamień, chociaż stało się to zaledwie na sekundę.
Zesztywniałam
głównie dlatego, że nikt nigdy mnie nie dotykał z żadnego powodu i nie byłam do
tego przyzwyczajona.
Lubiłam
swoją przestrzeń osobistą i lubiłam ją mieć wolną od innych ludzi.
Zesztywniałam
również dlatego, że Ingrid najwyraźniej nie przyjęłaby odmowy, a ja nie lubiłam
być do czegoś zmuszana.
Jednak
nie zaprotestowałam, udałam, że wszystko było w porządku, siłą woli rozluźniłam
swoje ciało i dałam się zaprowadzić z powrotem do pokoju, a tam do łóżka, żeby
usiąść w nim na koniec z nogami schowanymi pod kołdrą, a plecami opartymi na
licznych poduszkach, które mama Ryana ułożyła mi w wysoką stertę przy jego
wezgłowiu.
Od
razu poznałam, bo pamiętałam, że
zrobiła tak samo poprzednim razem.
-
Poczekaj - powiedziała Ingrid, kiedy już byłam opatulona po pachy kołdrą i
rozłożoną na niej niżej narzutą - Mam dla ciebie rosół, przyniosę go z kuchni i
przyniosę leki na twoją gorączkę.
Nie
czekała nawet na moje potwierdzenie, tylko energicznie ruszyła do drzwi,
zniknęła za nimi i zostałam sama.
Rozejrzałam
się ponownie po pokoju, tym razem przyjmując do wiadomości, że był to pokój
gościnny w domu Ryana, więc to on
odpowiadał za jego wystrój.
Podobało
mi się tu.
Było
swojsko, spokojnie i wygodnie, bez fajerwerków w postaci nowoczesnych elementów
umeblowania lub nadmiernej dekoracji, czego nie lubiłam.
Całość
była utrzymana w naturalnej kolorystyce, bo dominowała tu jasna zieleń i
brązowe drewno, zbliżonej do wnętrza wiejskiego domu i to lubiłam.
Ingrid
weszła z powrotem, niosąc w dłoniach niewielką tacę, na której stały dwa kubki,
jeden z nich szeroki i duży, chyba ponad półlitrowy, i niewielki talerzyk.
Nie
czułam głodu, ale wyglądało na to, że moim ostatnim posiłkiem było to, co
przełknęłam na szybko na kolację w akademiku prawie dobę temu, więc nie protestowałam,
bo wiedziałam, że powinnam coś zjeść.
Zresztą
dawno nie jadłam domowego rosołu, a to, co parowało z dużego kubka Ingrid,
pachniało obłędnie.
Mama
Ryana postawiła tackę na stoliku nocnym niedaleko mnie, a potem wzięła z niej
płócienną ściereczkę, którą rozłożyła i skierowała na mój brzuch, więc
podniosłam ręce, by mogła ją tam rozłożyć.
Potem
podała mi do kubek, a ja automatycznie objęłam go palcami obu rąk.
-
Mam nadzieję, że nie jesteś na nic uczulona - powiedziała poważnym tonem, a
kiedy podniosłam wzrok na jej oczy z kubka na moim brzuchu, zobaczyłam, że
patrzyła na mnie uważnie - To według przepisu mojej mamy. Ma w sobie wszystko - dodała z naciskiem.
Tak,
zauważyłam, że nie była to jakaś amerykańska „chicken soup” ani inne byle-co
serwowane czasem w restauracjach.
Gęsty
od rozdrobnionych warzyw i kawałków mięsa płyn w kubku był ciemniejszy niż ten
z kury, więc musiał być wywarem przynajmniej z dwóch rodzajów mięs, a zapach
świadczył o tym, że zawierał w sobie wszelkie warzywa z typowej włoszczyzny i
nie tylko.
-
Nie - mruknęłam i uniosłam kubek do warg.
Jezus
Maria.
To
było niebo w gębie.
Zanim
się opanowałam, po zorientowaniu się, że zupa nie była zbyt gorąca, wypiłam
kilka szybkich łyków.
Odsunęłam
kubek od warg i westchnęłam cicho z takim zadowoleniem, że jedno spojrzenie na
rozradowaną twarz Ingrid powiedziało mi, że to zobaczyła.
Wiedziała,
że mi smakowało.
-
Dziękuję - powiedziałam - potrzebowałam tego.
-
Wiem, kochanie - odparła mama Ryana łagodnym głosem mamy, a potem wyszła z
sypialni.
Poruszała
się z gracją, utrzymując proste plecy i stawiając stopy jedna za drugą, jakby
była na wybiegu.
Pomyślałam,
że zarówno ona, jak i jej syn byli bardzo dobrymi, wspaniałomyślnymi i
troskliwymi osobami.
Może
robili to bez ukrytych motywów?
Wypiłam
powoli rosół, myśląc o tym, ale jeszcze nic mnie nie przekonało do odpuszczenia
i zaufania tym ludziom.
Byłam
ostrożna.
Miałam
inne doświadczenia i nie mogłam zdecydować o dopuszczeniu do siebie
kogokolwiek, kiedy na dodatek byłam chora.
Zostawiłam
to na ten moment, chociaż nie odpuściłam tak do końca.
Kiedy
odstawiłam kubek na nocną szafkę, Ingrid weszła z powrotem do sypialni, jakby
czuwała i nasłuchiwała, żebym to zrobiła.
Przysiadła
bokiem biodra na brzegu łóżka i wyciągnęła rękę, by wziąć z szafki nocnej
tabletkę i podać mi ją ze szklanką wody.
-
Mierzyłam ci wcześniej temperaturę. Masz 37,8˚C - powiedziała - To nie jest
wysoka gorączka, ale nadal cię osłabię. Weź paracetamol. Musisz się jeszcze
trochę przespać, żeby odzyskać siły. W nocy weźmiesz kolejny antybiotyk.
Westchnęłam,
ale nie protestowałam, bo miała rację.
Wzięłam
z jej ręki tabletkę i szklankę, połknęłam to, popiłam wodą, a potem, wyciągając
dłoń z opróżnioną szklanką, opadłam na poduszki i obniżyłam się, by zająć
pozycję leżącą.
Ingrid
pomogła mi, usuwając poduszki zza moich pleców, kiedy tylko odstawiła szklankę
na tacę.
Zasnęłam,
jak opuszczała sypialnię.
*****
Około trzydzieści
godzin później…
Obudził
mnie delikatny, wręcz czuły dotyk niezbyt delikatnej, chociaż nie szorstkiej
męskiej dłoni, który zaczął się na skroni czubkami palców, a później przesunął
się na moje włosy wnętrzem ręki, zanim jeszcze skończyłam brać zaskoczony
wdech.
Byłam
zaskoczona, ale nie przestraszona, bo to było przyjemne.
-
Kate, Kociaku, obudź się - powiedział obok mojego ucha głos Ryana, który był
niczym marzenie senne, więc nie otworzyłam oczu, by to trwało nadal.
Chciałabym
być tak budzona do końca życia.
-
Kitty, musisz otworzyć oczy - głos Ryana był nadal łagodny, ale tym razem
głośniejszy i nieco bardziej natarczywy.
Znałam
to, bo tak samo ten troskliwy mężczyzna obudził mnie dobę wcześniej, a potem
jeszcze raz w ciągu dnia.
Bardzo
podobało mi się to Kitty - Kociaku i
wiedziałam, że to była zwykła zdrobniona forma mojego imienia, albo może jedna
z form, ale nigdy od nikogo jej nie słyszałam, a było to pieszczotliwe.
A
wypowiedziane tym czułym, troskliwym tonem, kiedy głos Ryana zawsze powodował w
moim ciele miły dreszcz, było naprawdę
miłe.
Leniuchowałam,
ale mój organizm tego potrzebował, co wiedziałam po tym, że zasypiałam
dosłownie w ciągu sekund od momentu, kiedy dotykałam poduszki.
Poprzedni
dzień spędziłam więc przysypiając, będąc nieprzytomna lub mało przytomna i nie
starałam się tego zmienić, bo czułam się tu, w towarzystwie Ryana i jego mamy,
dziwnie bezpiecznie.
Nie
byłam pewna, czy mogłam tak się czuć.
Moje
osłabienie, choroba i zmęczenie spowodowane intensywną pracą i zdenerwowanie
przez wydarzenia ostatnich miesięcy, spowodowały jednak, że się częściowo
poddałam.
Opuściłam
gardę.
Pozwoliłam
sobie na poczucie tego ciepła, tej dziwnej przyjemności, jaka przenikała miłym
dreszczem przez moje ciało za każdym razem, kiedy słyszałam ten ton, kiedy Ryan
był tak blisko mnie i czułam jego ciepło.
A
na dodatek pachniał oszałamiająco męsko.
W
jego perfumach wyczuwałam znaną mi już wanilię i bergamotkę, ale często dało
się wyczuć piżmo, kiedy Ryan był świeżo po pracy lub ćwiczeniach, co
wiedziałam, bo był wtedy bardziej gorący.
W
sensie temperatury, bo gorący był
zawsze.
Starałam
się to robić nieznacznie, ale zaciągałam się tym zapachem za każdym razem, jak
Ryan był wystarczająco blisko mnie.
Jak
teraz.
-
Kate? - Ryan ponaglił, więc otworzyłam oczy, mrugnęłam, by oczyścić widok i
zobaczyłam jego twarz bardzo blisko mojej.
Odsunął
się i wyciągnął rękę w bok, gdzie, jak już wiedziałam z doświadczenia, na
stoliku nocnym leżały tabletki naszykowane wcześniej przez niego i stała
szklanka z wodą.
Znałam
to, bo obserwowałam to raz za razem.
Wyrobiłam
sobie mały rytuał.
Przez
cały poprzedni dzień wstawałam z łóżka, siadałam w pobliskim fotelu, który
okazał się być tak wygodny, na jaki wyglądał, jadłam tam niewielkie,
lekkostrawne posiłki, które podawała mi Ingrid lub podsuwał Ryan, chodziłam do
łazienki, gdzie nawet już raz wzięłam prysznic, po którym przebrałam się w
czystą, męską koszulkę, prawdopodobnie Ryana, i w moją bieliznę.
Nie
miałam na sobie piżamy, chociaż zauważyłam, że w uchylonej szafie na półce było
trochę moich ubrań.
Usiadłam
na łóżku, sprawdziłam, czy nie wysunęłam spod kołdry nagiej nogi lub, co byłoby
gorsze, tyłka w samych majtkach, a
Ryan w tym czasie podał mi antybiotyk.
Nie
miałam już gorączki, więc te leki działały.
Czułam
się całkiem nieźle i miałam nadzieję na powrót do akademika tego dnia, który miał
niedługo się rozpocząć, a który był niedzielą.
Nie
rozmawiałam jeszcze o tym z Ryanem, ale wiedziałam, że właśnie wrócił z pracy,
więc postanowiłam po prostu się położyć, zaraz po tym, jak oddałam mu szklankę
i podziękowałam.
Musiałam
na nowo zacząć kontrolować swoje życie.
A
teraz był środek nocy, Ryan właśnie wrócił z pracy i obudził mnie tylko po to,
by podać mi kolejną, czwartą już dawkę,
antybiotyku.
Dlatego
nie zaczepiałam go, nie zagadywałam.
Musiał
się wyspać.
Położyłam
się, przykryłam kołdrą, patrzyłam, jak mężczyzna zgasił lamkę, wyszedł i przymknął
za sobą drzwi sypialni.
Niby
byłam wypoczęta, wyspana, ale jak tylko zamknęłam na chwilę oczy, znowu
zasnęłam.
*****
Kiedy
obudziłam się po raz kolejny, za oknem był jasny, pogodny dzień, byłam już bardzo wyspana, wypoczęta, nic mnie nie
bolało i nie czułam żadnego dyskomfortu.
Wręcz
czułam się radosna i tak pełna energii, jak nie byłam od miesięcy.
Leżąc
w łóżku, ułożyłam sobie plan na ten dzień, zanim zdecydowałam się wstać, ubrać
w znalezione w szafie dresy, odwiedzić łazienkę i wyjść do kuchni.
Plan
obejmował siedzenie przy komputerze, naukę i nadrobienie zaległości do szkoły oraz
rozmowę z Ryanem na temat mojego powrotu do akademika.
Zaczęłam
od zrobienia śniadania, bo do tej pory podawano mi jedzenie do łóżka i to był
mój czas na rewanż.
Nie
zamierzałam wchodzić do sypialni Ryana.
Po
prostu miałam przygotować jedzenie i ustawić je na stole, gdziekolwiek taki był
w tym mieszkaniu.
Problemem
było to, że nie umiałam gotować.
Drugim
problemem było to, że nie znałam rozkładu tego mieszkania, nie wiedziałam gdzie
była kuchnia, a już zupełnie nie wiedziałam, jak wyglądała.
To
był pierwszy raz, kiedy opuściłam pokój gościnny, który Ryan przeznaczył na
moją tymczasową sypialnię.
Byłam
jeszcze odrobinę słaba, ale przecież nie zamierzałam iść na siłownię, ćwiczyć
intensywnie i w ogóle wysilać się, a zrobienie czegoś prostego do jedzenia nie
powinno mnie przerosnąć.
Przestrzeń,
jaką zobaczyłam po wyjściu z korytarzyka, który łączył sypialnie i łazienkę,
nie była bardzo duża, ale przyjemna, jasna i otwarta na kuchnię.
Obejmowała
salon/bawialnię i jadalnię, a raczej kącik jadalny, co było można poznać po
ustawionym tam stole na cztery osoby.
Kuchnia
była oddzielona od reszty pomieszczenia wyspą, w której w jednej części był obniżony
blat i wbudowana kuchenka, a w drugiej blat był wyżej i stały tam dwa hokery.
Nad
tym wszystkim wisiały różne kieliszki do wina, przyczepione nóżkami do góry za
metalowe pręty.
Ta
przestrzeń, całe to mieszkanie albo może apartament, tak mi się podobało, że
spędziłam tam większość czasu w ciągu tego dnia, a nie w „mojej” sypialni.
Zaczęłam
od zrobienia na patelni dla nas obojga kilku jajek sadzonych, na których
położyłam kawałki żółtego sera, tak zwanego tu szwajcarskiego, i na szczęście tego nie zepsułam.
A
potem dzień toczył się pomalutku.
Robiłam
to, co zwykle robiłabym w niedzielę, chociaż męczyłam się stanowczo za szybko i
musiałam kilka razy położyć się na godzinkę i uciąć sobie małą drzemkę.
Po
południu Ryan wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie samą i mówiąc, że miał być
na urodzinach jakiejś swojej przyjaciółki, ale przecież nie musiał mi się
tłumaczyć, bo to było jego życie, a
ja nie byłam w nim nikim ważnym.
Po
prostu, jako dobry człowiek, zaopiekował się mną.
Prawda?
Do
tego czasu miałam już laptop podłączony do jego domowego Wi-Fi i dostęp do
Internetu, dzięki czemu wiedziałam, co przegapiłam przez moją nieobecność na
piątkowych zajęciach w college’u.
Nie
miałam wielu kolegów z grupy, ale jedna z dziewczyn, Bianca, chyba lubiła mnie,
a może po prostu czuła się wdzięczna, bo na samym początku roku podzieliłam się
z nią pewnym nielegalnym plikiem.
Na
ćwiczenia z anatomii kręgowców, które odbywały się w prosektorium, potrzebny
był bardzo drogi podręcznik, atlas zwierząt, który był również mało dostępny,
rezerwowany w bibliotece z dużym wyprzedzeniem i nieosiągalny.
Był
on również tym samym, jaki stosowany był do nauki anatomii kręgowców w Polsce.
Interesowałam
się weterynarią na tyle długo, że dowiedziałam się o nim już lata temu, więc miałam czas, by go
zdobyć.
Ale
nie mogłam go kupić.
Miałam
wtedy pewnego kolegę, któremu bardzo zależało na czymś, co mogłam mu dać, a on
z kolei był geekiem komputerowym i umiał zdobywać różne pliki z różnych, nawet
nielegalnych, stron.
I
to on zdobył dla mnie ten atlas.
Ponieważ
był to klasyczny pdf, który nie miał zabezpieczeń, więc spokojnie mogłam go
skopiować dla Ianki.
Poprosiłam
ją, żeby nie mówiła nikomu o tym, skąd to miała, ale też powiedziałam jej, że
będę chciała dostawać od niej notatki i informacje o tym, co działo się na
zajęciach, jeśli na któryś by mnie nie było.
Aż
do tej pory nie wykorzystywałam tego.
Może
nie było to w porządku, może powinnam zrobić z tego przyjaźń między koleżankami
z roku, ale nie umiałam nikomu zaufać i wolałam utrzymywać to na poziomie
wymiany przysług i spłaty długu.
A
teraz właśnie odbierałam dług w formie informacji o tym, co działo się na
piątkowych zajęciach i w formie zdjęć z notatek, jakie Ianka zrobiła na
wykładzie z wirusologii.
Przez
kilka godzin zajmowałam się przepisywaniem notatek do swojego brulionu,
czytaniem z podręcznika tego, o czym była mowa na ćwiczeniach, a potem mnie
zmogło zmęczenie i musiałam się zdrzemnąć.
Ryan
nie narzucał mi się, nie był nachalny i nie przebywał za dużo w mojej
przestrzeni, ale zrobiło mi się przykro, kiedy oznajmił mi, że wychodzi do
przyjaciółki na urodziny.
Byłam
chora, więc nie powinno mnie dziwić to, że nie zaproponował mi pójścia razem z
nim, ale też nie znaliśmy się za dobrze, więc to nie byli moi przyjaciele.
Dlatego
też nie byłam ani trochę zdziwiona tym, że zostałam sama.
A
najbardziej niepokojącym było to, że chyba poczułam zazdrość.
Do
czego absolutnie nie miałam prawa.
A
teraz był raczej wczesny wieczór, chociaż na dworze była szarówka, i obudziłam
się na kanapie w salonie/bawialni/jadalni Ryana, kiedy mój laptop, na którym
pracowałam tu wcześniej, stał wygaszony na stoliku do kawy.
Tak
naprawdę nie obudziłam się sama, a obudził mnie alarm, jaki ustawiłam w
telefonie, by zjeść coś, zanim będę musiała połknąć kolejną dawkę antybiotyku.
Zamrugałam,
podniosłam głowę i rozejrzałam się po pomieszczeniu, by przekonać się, że nadal
byłam sama, więc podniosłam się do siadu z westchnieniem, odrzucając koc,
którym przykryłam się godzinę temu.
Nie
złożyłam go starannie w kostkę, jak zrobiłabym to gdziekolwiek obudziłabym się
w innym czasie i miejscu, tylko podniosłam się na równe nogi, przeciągnęłam
delikatnie zdrętwiałe ciało i poczłapałam niechętnie do kuchni.
Tak
naprawdę nie chciało mi się jeść, ale wiedziałam, że musiałam coś przełknąć.
Cokolwiek.
Nie
mogłam bowiem połknąć tego leku na pusty żołądek, a nie jadłam lunchu, bo
pracowałam, a potem zasnęłam i zapomniałam o tym.
Wstawiłam
wodę na herbatę lub dolanie ciepłej do soku i trzymałam głowę w otwartej
lodówce, szukając czegoś do podgrzania sobie na wczesną kolację, kiedy
usłyszałam otwieranie drzwi wejściowych.
Wychyliłam
się, by ze zdziwieniem ujrzeć wchodzącego do apartamentu Ryana, który trzymał w
dłoni przed sobą spory plastikowy pojemnik na jedzenie, wypełniany czyś, co
wyglądało na ciepłe.
Kiedy
nasze spojrzenia się spotkały, jego krok się załamał i skierował się w moją
stronę, porzucając po drodze pęk kluczy do miski, która stała na niskiej
komodzie niedaleko wejścia.
-
Hej - powiedziałam niepewnie, zamykając lodówkę i odwracając się całkiem
przodem do tego niezwykłego mężczyzny.
-
Hej - powiedział wesoło Ryan i nadal podchodził w moją stronę.
Miałam
kolejną okazję, by mu się przyjrzeć.
Był
przystojny na taki sposób, że nie przyciągał może spojrzeń wszystkich kobiet,
ale na pewno podobał się dziewczynom.
Zauważyłam
to już przy naszym pierwszym spotkaniu, ale dopiero nasze rozmowy, jego troska
i swoboda, jaką czułam, przebywając w jego towarzystwie, w pełni mi to
uświadomiły.
Uroda
mężczyzn nie była tym, co przyciągało moją uwagę.
Lubiłam
mieć z kim porozmawiać.
Ceniłam
dobry charakter i inteligencję.
A
takich mężczyzn na swojej drodze, w swoim niezbyt długim życiu, nie spotkałam
wielu, a może nawet żadnego.
-
Mam dla ciebie od Abi ravioli z grzybami - powiedział Ryan, wyciągając w moim
kierunku rękę z pojemnikiem.
Kolacja
od jego przyjaciółki.
Z
mojego doświadczenia wynikało jedno, jak mogła wyglądać „przyjaźń” między
kobietą a mężczyzną.
Nie
wiadomo dlaczego na tę myśl poczułam gorycz na języku, ale przemogłam się i
wymusiłam uprzejmy uśmiech na mich wargach.
-
Dziękuję - powiedziałam i wzięłam pojemnik do ręki.
Miałam
rację.
Był ciepły.
Ryan
musiał przyjechać z tym szybko od swojej przyjaciółki, kiedy ta dała mu dla
mnie to, co mieli najwidoczniej zjeść na jej urodzinach.
Nie
pytałam o to, ale to spowodowało, że zastanowiłam się nad moim pierwszym
osądem.
-
Ty już jadłeś? - zapytałam zamiast to skomentować.
Podeszłam
do szafki z talerzami, by wyjąć jeden lub dwa, jeśli Ryan powiedziałby, że on
też nie jadł.
Zamarłam
z uniesioną ręką, kiedy usłyszałam jego odpowiedź - Nie. Spieszyłem się do
ciebie.
Ryan
zabrzmiał, jakby stwierdził cos oczywistego.
Przełknęłam
ślinę naprawdę z trudem, bo nadal miałam mieszane uczucia co do tego mężczyzny
i nie wiedziałam, jak na niego reagować.
Ale
też ulżyło mi, chociaż nie powinno, bo to była
jego tylko przyjaciółka.
Najbardziej
jednak nie wiedziałam, jak reagować dlatego, że to, co do niego czułam nie było
zwyczajne i wiedziałam o tym w głębi
serca, chociaż nie chciałam się do tego przyznać nawet przed sobą samą.
Dlatego
tylko skinęłam głową, wyjęłam dwa talerze i postawiłam je na blacie, by
otworzyć pojemnik z jedzeniem i sprawdzić, czy nie było potrzeba go podgrzewać
w mikrofalówce.
Podałam
jedzenie, usiedliśmy i jedliśmy w ciszy.
Kiedy
zjedliśmy, połknęłam swoją tabletkę i razem posprzątaliśmy w kuchni, a potem spędziliśmy naprawdę miło
godzinę lub dwie, siedząc obok siebie na kanapie w salonie, oglądając na
telewizorze jakiś głupkowaty program, którego nie zapamiętałam i rozmawiając o
głupstwach.
Lubiłam
poczucie humoru Ryana i właśnie się przekonałam, jak bardzo.
Ale
naszedł czas na rozmowę o kolejnych dniach, bo miał nadejść poniedziałek a z
nim miała dopaść mnie rzeczywistość.
-
Ryan - zaczęłam spoglądając na mężczyznę, który siedział obok mnie z nogami
wyciągniętymi daleko przed siebie i z butelką piwa trzymaną w obu dłoniach,
opartą denkiem o brzuch.
-
Hm? - mruknął niezobowiązująco, patrząc wciąż na ekran telewizora.
-
Jutro rano przed zajęciami w szkole chciałam pojechać na basen… -
poinformowałam go - a mój samochód nadal stoi tam na parkingu.
Ryan
spiął się, wyprostował plecy na kanapie, więc usiadł, zmarszczył brwi, a jego
głowa zwróciła się w moją stronę.
Widziałam,
że mu się to nie spodobało.
Był
taki troskliwy.
-
Masz zapalenie oskrzeli, Kate - powiedział dosyć ostro.
Wiedziałam
to.
Nie
zamierzałam pływać.
-
Chciałam odzyskać swój samochód - wyjaśniłam spokojnym głosem, ale mówiłam
raczej stanowczo, bo nie czułam się winna.
Mina
Ryana zmieniła się w jednej sekundzie, jakby dotarło do niego, że nie miałam
zamiaru głupio narażać się na moczenie w basenie.
-
Okej - mruknął - Załatwimy to.
-
Myślę, że powinnam już wrócić do akademika - powiedziałam raczej do siebie,
opierając się o kanapę i patrząc znowu w ekran, ale czułam wzrok Ryana na sobie
i nie było to całkiem komfortowe, bo wciąż był spięty.
-
Dlaczego? - zaczął dziwnym tonem, więc spojrzałam na niego - Jesteś jeszcze
chora. Myślę, że powinnaś tu zostać.
Co takiego?- byłam pewna, że
wyraz mojej twarzy odzwierciedlił moje zdziwienie i pytanie, jakie przemknęło
mi przez myśl, bo siedzący obok mnie mężczyzna zmienił swoją postawę.
-
Na te kilka dni - Ryan złagodził swoją wypowiedź lekkim uśmiechem i ciepłym
wyrazem twarzy, a ja pomyślałam - Właściwie
dlaczego nie?
-
Tamten pokój, w którym teraz mieszkasz, jest wolny już od pewnego czasu -
kontynuował Ryan - Ja pracuję. Nie przeszkadzalibyśmy sobie wzajemnie.
Zagryzłam
delikatnie wnętrze obu warg, zastanawiając się nad tym, a potem rozluźniłam się
i skinęłam głową, kiedy powiedziałam - Okej. Na kilka dni.
-
Okej - Ryan odetchnął jakby z ulgą - Później porozmawiamy.
Nie
chciałam o tym myśleć, ale to brzmiało, jakby miał zamiar mnie przekonywać, że
powinnam rozważyć dłuższy pobyt u niego.
A
nie chciałam tego.
Nie
chciałam mu niczego zawdzięczać, bo to zwykle nie było bezpieczne.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń