sobota, 2 grudnia 2023

7 - Byli kolegami (cz.1)

 

Rozdział 7

Byli kolegami (cz.1)

Kate

 

 

Dziesięć dni później…

Mój telefon zaczął dzwonić, kiedy przekręciłam klucz w zamku, wchodząc do mieszkania, które już powoli nazywałam swoim domem.

Serce zaczęło mi bić bardzo mocno, zmarszczyłam brwi, a moje ciało napięło się ze zdenerwowania, bo to nie było normalne, że mój telefon dzwonił, a zwłaszcza, że robił to o takiej porze.

Była czwarta po południu, a ja właśnie wróciłam do domu po zajęciach na uczelni i po małych zakupach w sklepie spożywczym, jaki mijałam po drodze.

Planowałam ugotować coś na kolację, bo Ryan już powinien być w domu, więc moglibyśmy zjeść ją razem, co nie zdarzało się zbyt często, a ja lubiłam to robić, kiedy mieliśmy ku temu okazję.

Zamknęłam za sobą drzwi, przez które dopiero co przeszłam, zsunęłam ze stóp ośnieżone buty trekkingowe, schylając się, rozwiązując szarpnięciem sznurówki, odczepiając je z haczyków i zahaczając palcami o pięty butów na przemian prawa noga i lewa, a potem poszłam w stronę blatu kuchni, by tam odstawić moją dużą, czarną torbę typu shopper z książkami i siatkę z zakupami.

Dopiero wtedy zaczęłam przegrzebywać torbę, by znaleźć w niej telefon, który zdążył zamilknąć.

Zlokalizowałam go i wyjęłam, kiedy zaczął dzwonić ponownie, więc spojrzałam na wyświetlacz, by w tej samej sekundzie uspokoić się, a potem na nowo zdenerwować, tym razem z innego powodu.

- Lisa?! - odebrałam, trochę nagląco witając po imieniu kobietę, którą spotkałam tylko jeden raz w moim życiu, ale rozmawiałyśmy kilka razy przez telefon, więc wiedziałam, że zadzwoniłby o takiej porze tylko w jednym przypadku - Rodzisz? - zapytałam domyślnie.

- Uf, nie… może… prawie, nie wiem - wystękała w odpowiedzi, mówiąc coraz wyższym głosem, a ja się znowu spięłam, bo najwyraźniej nie wszystko było tak dobrze, jak mnie dotąd zapewniała, że będzie.

- Trzymaj się - rzuciłam do telefonu, a potem zostawiłam mój bagaż na blacie kuchennym, bo rzuciłam się do drzwi, żeby założyć na nowo buty i wybiec.

Nie zdążyłam.

Zbliżyliśmy się z Ryanem do siebie na tyle, że mogłam powiedzieć, że byliśmy bliskimi kolegami.

Spędzaliśmy zwykle razem czas w domu na różnych zwyczajnych, „koleżeńskich” aktywnościach, a także poza domem, jak na przykład w samochodzie Ryana, w sklepie i w innych miejscach, do których udawaliśmy się w razie codziennej potrzeby.

Kiedy w ostatni weekend ten wspaniały, młody mężczyzna zobaczył, że uczyłam się godzinami na wejściówkę na ćwiczenia z anatomii kręgowców, które miałam mieć jako warunek dopuszczenia do uczestnictwa w prosektorium, postanowił mi pomóc.

Zrobił to po tym, jak poszłam zawołana przez niego na lunch, by usiąść do stołu z podręcznikiem, który nerwowo czytałam bez przerwy, by dobrze utrwalić sobie nazwy mięśni powierzchownych i głębokich pośladków i ud.

To, co zrobił, było tym, co mnie trochę rozbawiło i pozwoliło mi się rozluźnić, więc, chociaż nie wyszło całkiem tak, jak sobie to wyobraził Ryan, to mi pomogło.

Chodziło o to, że Ryan mnie odpytywał, sprawdzając w Atlasie Anatomii Kręgowców nazwy mięśni miednicy psów, które wskazywałam na „pustym” schemacie, nazywając je po angielsku i po łacinie, i… wymiękł.

Wytrzymał pół godziny, zanim stwierdził, że nie da rady tego oglądać ani chwili dłużej.

Jego mina była bezcenna!

Podziękowałam mu, usilnie starając się nie śmiać, przynajmniej nie głośno, i nie powiedziałam mu, że musiałam do tego jeszcze znać położenie głównych nerwów i naczyń krwionośnych, by następnego dnia móc przeciąć wszystkie warstwy bez ich uszkodzenia i dostać się do głębszych warstw np. kości, by udowodnić prowadzącemu, że to umiałam.

Byłam mu i tak wdzięczna za zainteresowanie się tym, co robiłam, czego się uczyłam i za próbę rozmowy o tym, co mnie pasjonowało.

To było tak inne od tego, do czego byłam przyzwyczajona w domu.

Lubiłam to.

Lubiłam jego obecność.

Dlatego, kiedy w tej chwili, wciąż rozmawiając przez telefon z Lisą, kątem oka zauważyłam ruch w korytarzu, podniosłam głowę i zobaczyłam go.

Ryan w tym tygodniu pracował na nocnej zmianie, więc był w domu i był wyspany, ubrany i przytomnie przyszedł tam, gdzie byłam, kiedy tylko usłyszał moją dziwną wymianę zdań przez telefon.

Chociaż on słyszał tylko moje kwestie.

Zobaczyłam go stojącego w wejściu do kuchni, a potem jego pytające kiwnięcie brodą, więc podniosłam palec wskazujący, by minutkę poczekał z odzywaniem się do mnie.

- Lisa, kochanie - powiedziałam łagodnym tonem, jaki uspokajał szczeniaczki i chore pieski, więc mógł uspokoić również ją - Weź oddech i powiedz, czy masz tam pomoc. Mam się pospieszyć?

- Nie… Ufff! - wystękała kobieta przy moim uchu - Nie spiesz się. Dopiero się zaczęło. Teściowie zaraz tu będą. Ale potrzebuję, żebyś zabrała Blondi.

- Okej - odparłam uspokojona - Przyjadę za kilkanaście minut. Zabiorę Blondi i jej rzeczy…

- Mam wszystko naszykowane… - powiedziała Lisa i usłyszałam, że nie czuła się lepiej - Uh… Dla… Blondi…

Być może miała po prostu skurcz, a nie chodziło o to, że spanikowała ani o to, że coś ją zabolało - myślałam tak, miałam taką nadzieję, bo przecież była sama w swoim domu.

Przez chwilę ogarnęła mnie złość na nieznanego mi jej męża, ale pomyślałam, że skoro jej teściowie byli gotowi jej pomóc, to może męża po prostu… straciła.

I zrobiło mi się jej żal.

Ona też kogoś straciła?

- Dobrze Słonko - łagodnym tonem powiedziałam do niej zwrotem, jaki podłapałam od Fridy, która tak mówiła do każdego, z kim rozmawiała - Usiądź na chwilę i postaraj się rozluźnić. Oddychaj. Zaraz tam będę.

- Racja - stęknęła.

Rozłączyłam się z nią i schyliłam się, by włożyć swoje buty z powrotem na nogi, a wtedy Ryan zadał swoje pytanie:

- Co się stało?

- Nic takiego - zbyłam go - Praca.

Ale potem wpadło mi do głowy, że go nie zapytałam, a bezmyślnie planowałam coś związanego z jego mieszkaniem, więc wyprostowałam się z kucania, z prawym butem zawiązanym już na stopie, a lewym wciąż obok niej i spojrzałam na niego uważniej.

Ponieważ propozycja mojego udziału w reklamie odzieży sportowej była bardzo poważna, dotyczyła najbliższej przyszłości i była możliwa do zrealizowania na moich warunkach, a dodatkowo miał mi przynieść niezłe pieniądze, przyjęłam ją.

Oznaczało to, że od tego tygodnia zmodyfikowałam na stałe moją poprzednią umowę z kliniką i już nie jeździłam tam do pracy codziennie, a zaledwie trzy razy w tygodniu, w weekendy.

A to z kolei oznaczało, że Blondi nie byłaby w klinice pod moją opieką, jak obiecałam Lisie.

A bardzo chciałam dotrzymać tej obietnicy.

- Czy mogłabym tu mieć psa przez kilka dni? - zapytałam, a potem pospieszyłam z wyjaśnieniem - To pies mojej bliskiej znajomej, która właśnie rodzi dziecko. Nie ma bliskich, więc nie ma go z kim zostawić. Byłby tu tylko na kilka dni, góra tydzień. To sunia, grzeczna. Obiecałam jej kiedyś, że się nią zaopiekuję w klinice, ale, cóż, sam wiesz.

Wiedział, bo przedyskutowałam z nim propozycję udziału w tamtej reklamie i wyartykułowałam na głos moje argumenty za i przeciw, więc znał je wszystkie.

Wiedział, że nie chciałam się afiszować, więc mogłam wziąć udział wyłącznie w reklamie, która nie będzie pokazywała mojej twarzy.

Wiedział, że potrzebowałam pieniędzy, a nie miałam siły ani czasu, by pracować codziennie w klinice czy też gdziekolwiek indziej.

Wiedział wreszcie i to, że bardzo lubiłam pracę w klinice weterynaryjnej, więc jednorazowy udział w reklamie mogłam zaakceptować jako rozwiązanie tymczasowe, a nie stałą zmianę pracy.

Miałam mocną nadzieję, że opieka nad Blondi potrwa krótko i nie będzie potrzeby zmieniania zbyt mocno naszej porannej rutyny ani niczego w tym domu, w domu Ryana i jego rodziców.

Bo nadal nim właśnie był, a ja byłam tu tylko tymczasowym lokatorem.

Ale Blondi była taka dobrze ułożona i mądra.

Kiedy Ryan nie odzywał się, tylko patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, zrobiło  mi się nieswojo i pospieszyłam z zapewnieniami:

- Nawet nie zauważysz, że tu jest. Będzie spała u mnie, będę ją wyprowadzała, karmiła, nie sprawi ci problemów. Obiecuję.

Wiedziałam, że brzmiałam, jak dziecko proszące rodzica o możliwość trzymania psa w domu, zwłaszcza, że nerwowo przebierałam nogami, czego nie robiłam od dobrych dziewięciu lat, ale byłam zdesperowana, bo czas mijał, a Lisa czekała tam na mnie.

- Dobrze - wreszcie Ryan skinął głową na zgodę, a mnie dosłownie spadł kamień z serca.

Wróciłam do szybkiego wkładania drugiego buta i, robiąc to, mówiłam:

- Pojadę po nią teraz, przywiozę ją, to się poznacie, zanim pojedziesz do pracy. To bardzo mądry i posłuszny pies. Zobaczysz.

Otworzyłam drzwi z klucza, odwróciłam się do Ryana po raz ostatni, uśmiechnęłam się, zanim rzuciłam ciche - Dziękuję - i wybiegłam na schody.

Przez pierwsze sześć dni od czasu, kiedy całkowicie przeprowadziłam się do Ryana, mężczyzna pracował popołudniami i mało się widywaliśmy w domu.

Ja rano wychodziłam na pływalnię, gdzie jeszcze nie pływałam, chociaż ćwiczyłam „na sucho” w ich sali do treningów, jeździłam na swoje zajęcia na uczelnię, a kiedy wracałam, on prawie natychmiast musiał jechać do swojej pracy.

Ale nie miałam samochodu.

Dlatego Ryan odwoził mnie w różne miejsca cztery razy, a następne dwa razy ponownie pożyczyłam Volvo od jego mamy.

Kiedy Ryan czekał na mnie pół godziny przed budynkiem college’u, zrozumiał moją potrzebę posiadania samochodu do mojej dyspozycji, ale nie zgodził się nacisnąć na mechaników, by zreperowali moją Micrę.

Kazał zezłomować!

Serio, bez zapytania mnie o zdanie, bez konsultacji ze mną, po prostu kazał (!) w warsztacie oddać mój samochód na złom i, co prawda, wynegocjował dla mnie jakieś odszkodowanie za to, ale nadal - NIE zapytał mnie o zdanie!

Byłam o to wściekła przez całe pół godziny, zanim udało mu się mi przekazać, że mogłam mieć prawie nowy samochód w niezłej cenie w ciągu dwóch dni od dealera, z którym współpracował któryś z jego kolegów.

Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, czemu się wściekałam, bo przecież wcześniej sama chciałam oddać Micrę na złom i kupić sobie coś nowszego, bardziej dopasowanego do panujących tutaj warunków klimatycznych, a na dodatek Ryan mi pomógł znaleźć kogoś, kto by mi podpowiedział przy tym zakupie, poprowadził mnie.

W ogóle nie wiedziałam, czemu ten mężczyzna wzbudzał we mnie tyle emocji, które z takim trudem kontrolowałam, więc zajęłam się studiami i swoim celem, by nie myśleć o nim.

Starałam się mieć dużo pracy.

A w osiągnięciu tego pomógł mi fakt, że od trzech dni byłam szczęśliwą posiadaczką trzyletniego małego SUV’a Forda Eco Sport, którego kolor być może nie był piękny, bo jasno brązowy, co kojarzyło mi się raczej źle, ale nie zwracałam na to uwagi.

Ważniejsze było to, że autko prowadziło się świetnie, miało opony z wyraźnymi bieżnikami, reagowało na każdy ruch kierownicy i było automatem.

Miało też czujniki, bluetooth i inne „bajery”, co bardzo zwiększało bezpieczeństwo jazdy.

Ten wspaniały SUV pozwalał mi na swobodne poruszanie się między poszczególnymi punktami SLC, w których miałam różnego rodzaju zajęcia.

Tym razem nie miałam kłopotu z wyborem auta, nie martwiłam się tym, że sprzedawca mógłby mnie w jakiś sposób oszukać, bo Ryan był tam ze mną i mnie wspierał.

Chociaż to może za dużo powiedziane, bo to właściwie Ryan wybrał za mnie tego konkretnego dealera samochodowego i to on rekomendował mi kilka marek, a potem też wskazał na zalety małych SUV-ów.

Dlatego z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że posiadanie przeze mnie takiego samochodu było zasługą Ryana.

Była to jeszcze jedna rzecz, za którą byłam mu bardzo wdzięczna.

Nadal była bardzo zajęta i to nie musiałam się o to bardzo starać, jak wcześniej starałam się utrzymać dystans od Ryana.

Po prostu tak wychodziło.

W tym tygodniu zaczęłam już treningi pływackie w basenie z całą drużyną uniwersytecką, ale bardzo pilnowałam się, żeby za każdym razem dokładnie wysuszyć swoje włosy i całkowicie wytrzeć się po wyjściu w wody.

Nie mogłam być ponownie chora.

Miał pomóc mi fakt, że część treningów już została przeniesiona na popołudnia, a wkrótce wszystkie miały się odbywać wieczorami.

Uczestniczyłam też we wszystkich zajęciach na uczelni.

W czasie mojej choroby bardzo dużo skorzystałam na uprzejmości Bianki, która teraz była moją bliska koleżanką, chociaż może nie przyjaciółką.

Pomogła mi, bym nie miała zaległości.

Teraz ja pomagałam jej w nauce, chociaż na tym korzystałyśmy obie w równym stopniu, bo uczyłyśmy się tego samego.

Dziewczyna była młodsza ode mnie o dwa lata, co samo w sobie nie było wyjątkowe, bo w Stanach dzieciaki wcześniej zaczynały szkołę niż w Polsce, ale ja przecież też poszłam do pierwszej klasy o rok wcześniej niż moi rówieśnicy.

Tylko że straciłam rok na studiowanie medycyny w Nowym Jorku.

Bianca była niewiele niższa ode mnie, miała bardzo jasne włosy, które zwykle spinała w wysokiego kucyka i bardzo jasno szare oczy, które, jak wiedziałam z genetyki były niezwykle rzadkie wśród ludzi.

Miała też jasną cerę, ale nie to sprawiało, że wyglądała na małą dziewczynkę.

Powodowała to jej niezwykła cichość, nieśmiałość, delikatność w obejściu, a dodatkowo zauważalna pewna dziecięca naiwność, przez którą Bianca podnosiła czasem na rozmówcę szeroko otwarte oczy, by spojrzeć niczym nieświadoma dziewica, którą chyba była.

Moja koleżanka również ubierała się jak dziewczynka.

Lubiła biel i róż, zwłaszcza pudrowy róż, sukienki i spódniczki, podkolanówki, zakolanówki i rajstopki z czerwonym nadrukiem na przykład w serduszka lub kokardki.

Wyobrażałam ją sobie w relacji DDlg, ale może się myliłam.

Wiedziałam, że mieszkała z rodzicami, którzy byli nadopiekuńczy, ale łagodni i wyrozumiali, a dzięki temu, że często rozmawiała dość głośno obok mnie z nimi przez telefon, słyszałam czasem, jak im się tłumaczyła z tego, co robiła, ale nigdy nie robili jej wymówek, że gdzieś się zasiedziała, a co najwyżej musiała im mówić, o której będzie w domu.

Martwili się o nią.

Siadałyśmy obok siebie w czasie wszystkich zajęć, by kontrolować wzajemnie swoje notatki, uczyłyśmy się razem podczas przerw na lunch, chadzałyśmy razem do biblioteki, dzwoniłyśmy do siebie i pisałyśmy SMS-y.

Raz nawet odwiozłam ją do jej domu pożyczonym przeze mnie Volvo.

Nie zaprzyjaźniłyśmy się, bo ja nie byłam na to gotowa, ale była moją najbliższą koleżanką ze wszystkich w naszej grupie i na naszym roku w college’u.

Pomimo tego wszystkiego, tych wszystkich moich zajęć, wciąż miałam więcej czasu, niż miewałam ich wcześniej, bo popołudniami nie pracowałam w klinice, więc, pomimo moich starań, by mieć wypełniony dzień, mogłam porządnie odpocząć, zjeść to, co sama przygotowałam, a nie kupiłam gotowe i mogłam wreszcie pouczyć się bez zarywania nocy.

Starałam się nawet nauczyć trochę gotowania głównie po to, by odwdzięczyć się Ryanowi za jego uczynność i przygotować dla niego jakiś posiłek, jak na przykład dzisiaj miałam zrobić nam kolację.

Ale też starałam się utrzymywać z Ryanem stosunki czysto koleżeńskie, żeby nawet nie przyszło mu do głowy zbliżanie się do mnie, bo wiedziałam, że nie zniosłabym, gdybym go mocniej polubiła, a on by zniknął.

Gdybym go kiedyś straciła.

A ponieważ miałam swój cel w mieszkaniu w SLC i w studiowaniu tu, cel o którym nie mogłam powiedzieć nikomu, komu nie ufałam, więc starałam się po prostu utrzymać na powierzchni i nie utonąć.

Myśląc o tym wszystkim zeszłam po schodach do mojego wspaniałego SUV’a, którym ciągle jeszcze nie zdążyłam się nacieszyć.

Trzymałam go zaparkowanego w wąskim przejściu między garażami rodziców Ryana a podwórkiem ich sąsiadów i właśnie tam do niego poszłam, kiedy zostawiłam Ryana w mieszkaniu, by wyruszyć do Lisy.

*****

Pół godziny później…

Byłam w pomieszczeniu gospodarczym w domu Lisy, a mężczyzna, którego poznałam dosłownie przed chwilą, podnosił z podłogi duży worek z suchą karmą dla Blondi, by go przenieść do mojego SUV’a.

Miałam w płóciennej torbie, którą trzymałam na lewym ramieniu, spakowane kilka puszek z karmą mokrą, miski psa, woreczki na odchody, rękawiczki jednorazowe do zabierania na spacer z sunią, a także kilka jej zabawek, a w dłoni jej legowisko, a Blondi nerwowo dreptała koło nas i, wtykając nos do toreb, sprawdzała, czemu ją pakowaliśmy do wyjazdu.

Mężczyzną, który mi pomagał w przenosinach Blondi, był tata męża Lisy, Daniel Taylor, i była tam też jego mama, Margaret Taylor.

Oboje byli bardzo sympatyczni, chociaż każde z nich na inny sposób.

Tata Marka, męża Lisy, był przystojnym, wysokim, wysportowanym mężczyzną w średnim wieku, który zdradzały u niego głównie szpakowate, obcięte na jeża włosy i pojedyncze zmarszczki wokół oczu.

Jego wyprostowana postawa i siła jego mięśni wskazywały raczej na kogoś o wiele młodszego.

Jak jego wzrok, który był bystry i przenikliwy.

Po jednym spojrzeniu na niego uznałam, że był on typem mężczyzny pośrednim pomiędzy Ryanem a Davidem, chociaż tego pierwszego znałam głównie od strony prywatnej, a drugiego głównie od strony oficjalnej, więc może każdy z nich był tym samym.

Nadopiekuńczym, apodyktycznym, surowym wobec tych mniej sobie znanych, a czułym, troskliwym i delikatnym wobec tych, zwłaszcza kobiet, na których im zależało.

Podejrzewałam, że bezkompromisowym i bezlitosnym dla tych, którzy czynili zło.

Nie chciałam się o tym przekonać.

Natomiast mama Marka była jeszcze jedną kobietą, która przypomniała mi o cioci Jadzi, sposobem bycia.

Była ciepła, czuła, macierzyńska i myślała o wszystkim.

Lisa była już spakowana, przygotowana do wyruszenia i mieli we trójkę zaraz wyjechać SUV-em teściów Lisy do szpitala, chociaż, jak na moje oko, poród mógł potrwać jeszcze co najmniej kilkanaście godzin.

Lisie nawet jeszcze nie odeszły wody.

Margaret wiedziała o tym równie dobrze, co ja, dlatego rozmawiałyśmy swobodnie i niespiesznie, przez co dowiedziałam się, kiedy Lisa poszła po coś do swojej sypialni, że Mark, mąż Lisy a jej syn, zaginął pół roku temu, bo prawdopodobnie został porwany.

Lisa wciąż na niego czekała, mieszkając sama w tym wielkim domu dla dużej rodziny, wierząc, że pewnego dnia jej ukochany stanie w jego progu.

To był powód, dla którego nie chciała przenieść się nawet na kilka dni do domu swoich teściów ani do żadnej z jej przyjaciółek, których, jak usłyszałam, miała przynajmniej kilka.

Wolała mieszkać we własnym domu sama.

Nie wnikałam w to.

Jej historia i tak spowodowała moje wzruszenie o wiele większe, niż chciałabym kiedykolwiek przed kimkolwiek przyznać, że poczułam, więc nie chciałam dopytywać.

Daniel pomógł mi zapakować wszystko, czego mogłam potrzebować do mojego Forda, a potem Lisa na podłodze jej salonu zapoznała mnie z szelkami, jakie miała dla Bondi do jazdy samochodem.

- To przekładasz tak - pokazała mi na suni, która cierpliwie stała i pozwalała się owijać taśmami - To tu, a potem tu zapinasz.

W wykonaniu Lisy wyglądało to na bardzo proste, ale też nie miałam zamiaru jej dłużej męczyć, więc powiedziałam:

- Dobrze, Słonko. Poradzę sobie z tym. Nic się nie martw.

Lisa uśmiechnęła się do mnie z roztargnieniem z pozycji przykucnięcia z rozchylonymi kolanami, w jakiej się znajdowała, kiedy pokazywała mi, jak ubrać Blondi, a potem nagle stęknęła, wyprostowała plecy i jej wzrok skupił się na jej odczuciach, więc wiedziałam, że miała kolejny skurcz, prawdopodobnie objawiający się bólem krzyża.

- Lisa - powiedział Daniel głosem, w którym było słychać napięcie, chociaż ten facet wydawał mi się być bardzo opanowany - Podnieść cię?

Kobieta tylko skinęła głową, a on już ujął jej dłoń w jedną rękę, a przedramię w drugą i pomagał jej się wyprostować.

Musiałam się stamtąd szybko zabierać.

- Pojedziemy już. Prawda, Blondi? - zwróciłam się do suni, która patrzyła z niepokojem na swoją panią - Obiecuję, że niedługo się zobaczycie - dodałam do niej łagodnie.

Zwróciło to uwagę Lisy na jej psa, więc wyciągnęła rękę i położyła dłoń na łbie psa, pogłaskała ją łagodnie i westchnęła.

- Boi się, że mnie też straci - wyjaśniła cichym mruknięciem, podając rękę Danielowi i z trudem się podnosząc, a ja uznałam, że to było coś, o czym nie chciała rozmawiać przy swoich teściach.

Nie skomentowałam tego.

Po prostu spakowałam Blondi do samochodu, przypinając ją w bagażniku szelkami, jak nauczyła mnie Lisa, szybko się pożegnałam i wyruszyłam w drogę powrotną do domu.

*****

CDN.


2 komentarze: