Rozdział 7
Kate
Dziesięć dni później…
Mój
telefon zaczął dzwonić, kiedy przekręciłam klucz w zamku, wchodząc do
mieszkania, które już powoli nazywałam swoim
domem.
Serce
zaczęło mi bić bardzo mocno, zmarszczyłam brwi, a moje ciało napięło się ze
zdenerwowania, bo to nie było normalne, że mój telefon dzwonił, a zwłaszcza, że
robił to o takiej porze.
Była
czwarta po południu, a ja właśnie wróciłam do domu po zajęciach na uczelni i po
małych zakupach w sklepie spożywczym, jaki mijałam po drodze.
Planowałam
ugotować coś na kolację, bo Ryan już powinien być w domu, więc moglibyśmy zjeść
ją razem, co nie zdarzało się zbyt często, a ja lubiłam to robić, kiedy
mieliśmy ku temu okazję.
Zamknęłam
za sobą drzwi, przez które dopiero co przeszłam, zsunęłam ze stóp ośnieżone buty
trekkingowe, schylając się, rozwiązując szarpnięciem sznurówki, odczepiając je
z haczyków i zahaczając palcami o pięty butów na przemian prawa noga i lewa, a
potem poszłam w stronę blatu kuchni, by tam odstawić moją dużą, czarną torbę
typu shopper z książkami i siatkę z zakupami.
Dopiero
wtedy zaczęłam przegrzebywać torbę, by znaleźć w niej telefon, który zdążył
zamilknąć.
Zlokalizowałam
go i wyjęłam, kiedy zaczął dzwonić ponownie, więc spojrzałam na wyświetlacz, by
w tej samej sekundzie uspokoić się, a potem na nowo zdenerwować, tym razem z
innego powodu.
-
Lisa?! - odebrałam, trochę nagląco witając
po imieniu kobietę, którą spotkałam tylko jeden raz w moim życiu, ale
rozmawiałyśmy kilka razy przez telefon, więc wiedziałam, że zadzwoniłby o
takiej porze tylko w jednym przypadku - Rodzisz? - zapytałam domyślnie.
-
Uf, nie… może… prawie, nie wiem -
wystękała w odpowiedzi, mówiąc coraz wyższym głosem, a ja się znowu spięłam, bo
najwyraźniej nie wszystko było tak dobrze, jak mnie dotąd zapewniała, że
będzie.
-
Trzymaj się - rzuciłam do telefonu, a potem zostawiłam mój bagaż na blacie
kuchennym, bo rzuciłam się do drzwi, żeby założyć na nowo buty i wybiec.
Nie
zdążyłam.
Zbliżyliśmy
się z Ryanem do siebie na tyle, że mogłam powiedzieć, że byliśmy bliskimi kolegami.
Spędzaliśmy
zwykle razem czas w domu na różnych zwyczajnych, „koleżeńskich” aktywnościach,
a także poza domem, jak na przykład w samochodzie Ryana, w sklepie i w innych
miejscach, do których udawaliśmy się w razie codziennej potrzeby.
Kiedy
w ostatni weekend ten wspaniały, młody mężczyzna zobaczył, że uczyłam się
godzinami na wejściówkę na ćwiczenia z anatomii kręgowców, które miałam mieć
jako warunek dopuszczenia do uczestnictwa w prosektorium, postanowił mi pomóc.
Zrobił
to po tym, jak poszłam zawołana przez niego na lunch, by usiąść do stołu z
podręcznikiem, który nerwowo czytałam bez przerwy, by dobrze utrwalić sobie
nazwy mięśni powierzchownych i głębokich pośladków i ud.
To,
co zrobił, było tym, co mnie trochę rozbawiło i pozwoliło mi się rozluźnić,
więc, chociaż nie wyszło całkiem tak, jak sobie to wyobraził Ryan, to mi pomogło.
Chodziło
o to, że Ryan mnie odpytywał,
sprawdzając w Atlasie Anatomii Kręgowców nazwy mięśni miednicy psów, które
wskazywałam na „pustym” schemacie, nazywając je po angielsku i po łacinie, i… wymiękł.
Wytrzymał
aż pół godziny, zanim stwierdził, że
nie da rady tego oglądać ani chwili dłużej.
Jego
mina była bezcenna!
Podziękowałam
mu, usilnie starając się nie śmiać, przynajmniej nie głośno, i nie powiedziałam
mu, że musiałam do tego jeszcze znać położenie głównych nerwów i naczyń
krwionośnych, by następnego dnia móc przeciąć wszystkie warstwy bez ich
uszkodzenia i dostać się do głębszych warstw np. kości, by udowodnić
prowadzącemu, że to umiałam.
Byłam
mu i tak wdzięczna za zainteresowanie się tym, co robiłam, czego się uczyłam i za
próbę rozmowy o tym, co mnie pasjonowało.
To
było tak inne od tego, do czego byłam
przyzwyczajona w domu.
Lubiłam
to.
Lubiłam
jego obecność.
Dlatego,
kiedy w tej chwili, wciąż rozmawiając przez telefon z Lisą, kątem oka zauważyłam
ruch w korytarzu, podniosłam głowę i zobaczyłam go.
Ryan
w tym tygodniu pracował na nocnej zmianie, więc był w domu i był wyspany,
ubrany i przytomnie przyszedł tam,
gdzie byłam, kiedy tylko usłyszał moją dziwną wymianę zdań przez telefon.
Chociaż
on słyszał tylko moje kwestie.
Zobaczyłam
go stojącego w wejściu do kuchni, a potem jego pytające kiwnięcie brodą, więc
podniosłam palec wskazujący, by minutkę poczekał z odzywaniem się do mnie.
-
Lisa, kochanie - powiedziałam łagodnym tonem, jaki uspokajał szczeniaczki i chore
pieski, więc mógł uspokoić również ją - Weź oddech i powiedz, czy masz tam
pomoc. Mam się pospieszyć?
-
Nie… Ufff! - wystękała kobieta przy
moim uchu - Nie spiesz się. Dopiero się zaczęło. Teściowie zaraz tu będą. Ale
potrzebuję, żebyś zabrała Blondi.
-
Okej - odparłam uspokojona - Przyjadę za kilkanaście minut. Zabiorę Blondi i
jej rzeczy…
-
Mam wszystko naszykowane… - powiedziała Lisa i usłyszałam, że nie czuła się
lepiej - Uh… Dla… Blondi…
Być może miała po
prostu skurcz, a nie chodziło o to, że spanikowała ani o to, że coś ją zabolało - myślałam tak, miałam
taką nadzieję, bo przecież była sama w swoim domu.
Przez
chwilę ogarnęła mnie złość na nieznanego mi jej męża, ale pomyślałam, że skoro
jej teściowie byli gotowi jej pomóc, to może męża po prostu… straciła.
I
zrobiło mi się jej żal.
Ona też kogoś
straciła?
-
Dobrze Słonko - łagodnym tonem powiedziałam do niej zwrotem, jaki podłapałam od
Fridy, która tak mówiła do każdego, z kim rozmawiała - Usiądź na chwilę i
postaraj się rozluźnić. Oddychaj. Zaraz tam będę.
-
Racja - stęknęła.
Rozłączyłam
się z nią i schyliłam się, by włożyć swoje buty z powrotem na nogi, a wtedy
Ryan zadał swoje pytanie:
-
Co się stało?
-
Nic takiego - zbyłam go - Praca.
Ale
potem wpadło mi do głowy, że go nie zapytałam, a bezmyślnie planowałam coś
związanego z jego mieszkaniem, więc wyprostowałam się z kucania, z prawym butem
zawiązanym już na stopie, a lewym wciąż obok niej i spojrzałam na niego
uważniej.
Ponieważ
propozycja mojego udziału w reklamie odzieży sportowej była bardzo poważna, dotyczyła najbliższej
przyszłości i była możliwa do zrealizowania na moich warunkach, a dodatkowo
miał mi przynieść niezłe pieniądze, przyjęłam ją.
Oznaczało
to, że od tego tygodnia zmodyfikowałam na stałe moją poprzednią umowę z kliniką
i już nie jeździłam tam do pracy codziennie, a zaledwie trzy razy w tygodniu, w
weekendy.
A
to z kolei oznaczało, że Blondi nie byłaby w klinice pod moją opieką, jak
obiecałam Lisie.
A
bardzo chciałam dotrzymać tej
obietnicy.
-
Czy mogłabym tu mieć psa przez kilka dni? - zapytałam, a potem pospieszyłam z
wyjaśnieniem - To pies mojej bliskiej znajomej, która właśnie rodzi dziecko.
Nie ma bliskich, więc nie ma go z kim zostawić. Byłby tu tylko na kilka dni,
góra tydzień. To sunia, grzeczna. Obiecałam jej kiedyś, że się nią zaopiekuję w
klinice, ale, cóż, sam wiesz.
Wiedział,
bo przedyskutowałam z nim propozycję udziału w tamtej reklamie i wyartykułowałam
na głos moje argumenty za i przeciw, więc znał je wszystkie.
Wiedział,
że nie chciałam się afiszować, więc mogłam wziąć udział wyłącznie w reklamie,
która nie będzie pokazywała mojej twarzy.
Wiedział,
że potrzebowałam pieniędzy, a nie miałam siły ani czasu, by pracować codziennie
w klinice czy też gdziekolwiek indziej.
Wiedział
wreszcie i to, że bardzo lubiłam pracę w klinice weterynaryjnej, więc
jednorazowy udział w reklamie mogłam zaakceptować jako rozwiązanie tymczasowe, a nie stałą zmianę pracy.
Miałam
mocną nadzieję, że opieka nad Blondi potrwa krótko i nie będzie potrzeby
zmieniania zbyt mocno naszej porannej rutyny ani niczego w tym domu, w domu Ryana i jego rodziców.
Bo
nadal nim właśnie był, a ja byłam tu tylko tymczasowym lokatorem.
Ale
Blondi była taka dobrze ułożona i mądra.
Kiedy
Ryan nie odzywał się, tylko patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, zrobiło mi się
nieswojo i pospieszyłam z zapewnieniami:
-
Nawet nie zauważysz, że tu jest. Będzie spała u mnie, będę ją wyprowadzała,
karmiła, nie sprawi ci problemów. Obiecuję.
Wiedziałam,
że brzmiałam, jak dziecko proszące rodzica o możliwość trzymania psa w domu, zwłaszcza,
że nerwowo przebierałam nogami, czego nie robiłam od dobrych dziewięciu lat,
ale byłam zdesperowana, bo czas mijał, a Lisa czekała tam na mnie.
-
Dobrze - wreszcie Ryan skinął głową na zgodę, a mnie dosłownie spadł kamień z
serca.
Wróciłam
do szybkiego wkładania drugiego buta i, robiąc to, mówiłam:
-
Pojadę po nią teraz, przywiozę ją, to się poznacie, zanim pojedziesz do pracy.
To bardzo mądry i posłuszny pies. Zobaczysz.
Otworzyłam
drzwi z klucza, odwróciłam się do Ryana po raz ostatni, uśmiechnęłam się, zanim
rzuciłam ciche - Dziękuję - i
wybiegłam na schody.
Przez
pierwsze sześć dni od czasu, kiedy całkowicie przeprowadziłam się do Ryana,
mężczyzna pracował popołudniami i mało się widywaliśmy w domu.
Ja
rano wychodziłam na pływalnię, gdzie jeszcze nie pływałam, chociaż ćwiczyłam
„na sucho” w ich sali do treningów, jeździłam na swoje zajęcia na uczelnię, a
kiedy wracałam, on prawie natychmiast musiał jechać do swojej pracy.
Ale
nie miałam samochodu.
Dlatego
Ryan odwoził mnie w różne miejsca cztery razy, a następne dwa razy ponownie
pożyczyłam Volvo od jego mamy.
Kiedy
Ryan czekał na mnie pół godziny przed budynkiem college’u, zrozumiał moją
potrzebę posiadania samochodu do mojej dyspozycji, ale nie zgodził się nacisnąć
na mechaników, by zreperowali moją Micrę.
Kazał ją
zezłomować!
Serio, bez zapytania
mnie o zdanie, bez konsultacji ze mną, po prostu kazał (!) w warsztacie oddać mój samochód na złom i, co prawda,
wynegocjował dla mnie jakieś odszkodowanie za to, ale nadal - NIE zapytał mnie o zdanie!
Byłam
o to wściekła przez całe pół godziny, zanim udało mu się mi
przekazać, że mogłam mieć prawie nowy samochód w niezłej cenie w ciągu dwóch
dni od dealera, z którym współpracował któryś z jego kolegów.
Prawdę
mówiąc, nie wiedziałam, czemu się wściekałam, bo przecież wcześniej sama
chciałam oddać Micrę na złom i kupić sobie coś nowszego, bardziej dopasowanego
do panujących tutaj warunków klimatycznych, a na dodatek Ryan mi pomógł znaleźć
kogoś, kto by mi podpowiedział przy
tym zakupie, poprowadził mnie.
W
ogóle nie wiedziałam, czemu ten mężczyzna wzbudzał we mnie tyle emocji, które z
takim trudem kontrolowałam, więc zajęłam się studiami i swoim celem, by nie
myśleć o nim.
Starałam
się mieć dużo pracy.
A
w osiągnięciu tego pomógł mi fakt, że od trzech dni byłam szczęśliwą
posiadaczką trzyletniego małego SUV’a Forda Eco Sport, którego kolor być może
nie był piękny, bo jasno brązowy, co kojarzyło mi się raczej źle, ale nie zwracałam na to uwagi.
Ważniejsze
było to, że autko prowadziło się świetnie, miało opony z wyraźnymi bieżnikami,
reagowało na każdy ruch kierownicy i było automatem.
Miało
też czujniki, bluetooth i inne „bajery”, co bardzo zwiększało bezpieczeństwo
jazdy.
Ten
wspaniały SUV pozwalał mi na swobodne poruszanie się między poszczególnymi
punktami SLC, w których miałam różnego rodzaju zajęcia.
Tym
razem nie miałam kłopotu z wyborem auta, nie martwiłam się tym, że sprzedawca
mógłby mnie w jakiś sposób oszukać, bo Ryan był tam ze mną i mnie wspierał.
Chociaż
to może za dużo powiedziane, bo to właściwie Ryan wybrał za mnie tego
konkretnego dealera samochodowego i to on rekomendował mi kilka marek, a potem
też wskazał na zalety małych SUV-ów.
Dlatego
z czystym sumieniem mogłam powiedzieć, że posiadanie przeze mnie takiego
samochodu było zasługą Ryana.
Była
to jeszcze jedna rzecz, za którą byłam mu bardzo wdzięczna.
Nadal
była bardzo zajęta i to nie musiałam się o to bardzo starać, jak wcześniej starałam się utrzymać dystans od Ryana.
Po
prostu tak wychodziło.
W
tym tygodniu zaczęłam już treningi pływackie w basenie z całą drużyną
uniwersytecką, ale bardzo pilnowałam się, żeby za każdym razem dokładnie
wysuszyć swoje włosy i całkowicie wytrzeć się po wyjściu w wody.
Nie
mogłam być ponownie chora.
Miał
pomóc mi fakt, że część treningów już została przeniesiona na popołudnia, a
wkrótce wszystkie miały się odbywać wieczorami.
Uczestniczyłam
też we wszystkich zajęciach na uczelni.
W
czasie mojej choroby bardzo dużo skorzystałam na uprzejmości Bianki, która
teraz była moją bliska koleżanką, chociaż może nie przyjaciółką.
Pomogła
mi, bym nie miała zaległości.
Teraz
ja pomagałam jej w nauce, chociaż na tym
korzystałyśmy obie w równym stopniu, bo uczyłyśmy się tego samego.
Dziewczyna
była młodsza ode mnie o dwa lata, co samo w sobie nie było wyjątkowe, bo w
Stanach dzieciaki wcześniej zaczynały szkołę niż w Polsce, ale ja przecież też
poszłam do pierwszej klasy o rok wcześniej niż moi rówieśnicy.
Tylko
że straciłam rok na studiowanie medycyny w Nowym Jorku.
Bianca
była niewiele niższa ode mnie, miała bardzo jasne włosy, które zwykle spinała w
wysokiego kucyka i bardzo jasno szare oczy, które, jak wiedziałam z genetyki
były niezwykle rzadkie wśród ludzi.
Miała
też jasną cerę, ale nie to sprawiało, że wyglądała na małą dziewczynkę.
Powodowała
to jej niezwykła cichość, nieśmiałość, delikatność w obejściu, a dodatkowo
zauważalna pewna dziecięca naiwność, przez którą Bianca podnosiła czasem na rozmówcę
szeroko otwarte oczy, by spojrzeć niczym nieświadoma dziewica, którą chyba
była.
Moja
koleżanka również ubierała się jak dziewczynka.
Lubiła
biel i róż, zwłaszcza pudrowy róż,
sukienki i spódniczki, podkolanówki, zakolanówki i rajstopki z czerwonym
nadrukiem na przykład w serduszka lub kokardki.
Wyobrażałam
ją sobie w relacji DDlg, ale może się myliłam.
Wiedziałam,
że mieszkała z rodzicami, którzy byli nadopiekuńczy, ale łagodni i wyrozumiali,
a dzięki temu, że często rozmawiała dość głośno obok mnie z nimi przez telefon,
słyszałam czasem, jak im się tłumaczyła z tego, co robiła, ale nigdy nie robili
jej wymówek, że gdzieś się zasiedziała, a co najwyżej musiała im mówić, o
której będzie w domu.
Martwili
się o nią.
Siadałyśmy
obok siebie w czasie wszystkich zajęć, by kontrolować wzajemnie swoje notatki,
uczyłyśmy się razem podczas przerw na lunch, chadzałyśmy razem do biblioteki, dzwoniłyśmy
do siebie i pisałyśmy SMS-y.
Raz
nawet odwiozłam ją do jej domu pożyczonym przeze mnie Volvo.
Nie
zaprzyjaźniłyśmy się, bo ja nie byłam na to gotowa, ale była moją najbliższą
koleżanką ze wszystkich w naszej grupie i na naszym roku w college’u.
Pomimo
tego wszystkiego, tych wszystkich moich zajęć, wciąż miałam więcej czasu, niż miewałam
ich wcześniej, bo popołudniami nie pracowałam w klinice, więc, pomimo moich
starań, by mieć wypełniony dzień, mogłam porządnie odpocząć, zjeść to, co sama przygotowałam,
a nie kupiłam gotowe i mogłam wreszcie pouczyć się bez zarywania nocy.
Starałam
się nawet nauczyć trochę gotowania głównie po to, by odwdzięczyć się Ryanowi za
jego uczynność i przygotować dla niego jakiś posiłek, jak na przykład dzisiaj
miałam zrobić nam kolację.
Ale
też starałam się utrzymywać z Ryanem stosunki czysto koleżeńskie, żeby nawet
nie przyszło mu do głowy zbliżanie się do mnie, bo wiedziałam, że nie
zniosłabym, gdybym go mocniej polubiła, a on by zniknął.
Gdybym
go kiedyś straciła.
A
ponieważ miałam swój cel w mieszkaniu w SLC i w studiowaniu tu, cel o którym
nie mogłam powiedzieć nikomu, komu nie ufałam, więc starałam się po prostu
utrzymać na powierzchni i nie utonąć.
Myśląc
o tym wszystkim zeszłam po schodach do mojego wspaniałego SUV’a, którym ciągle jeszcze
nie zdążyłam się nacieszyć.
Trzymałam
go zaparkowanego w wąskim przejściu między garażami rodziców Ryana a podwórkiem
ich sąsiadów i właśnie tam do niego poszłam, kiedy zostawiłam Ryana w
mieszkaniu, by wyruszyć do Lisy.
*****
Pół godziny
później…
Byłam
w pomieszczeniu gospodarczym w domu Lisy, a mężczyzna, którego poznałam
dosłownie przed chwilą, podnosił z podłogi duży worek z suchą karmą dla Blondi,
by go przenieść do mojego SUV’a.
Miałam
w płóciennej torbie, którą trzymałam na lewym ramieniu, spakowane kilka puszek
z karmą mokrą, miski psa, woreczki na odchody, rękawiczki jednorazowe do
zabierania na spacer z sunią, a także kilka jej zabawek, a w dłoni jej
legowisko, a Blondi nerwowo dreptała koło nas i, wtykając nos do toreb, sprawdzała,
czemu ją pakowaliśmy do wyjazdu.
Mężczyzną,
który mi pomagał w przenosinach Blondi, był tata męża Lisy, Daniel Taylor, i
była tam też jego mama, Margaret Taylor.
Oboje
byli bardzo sympatyczni, chociaż każde z nich na inny sposób.
Tata
Marka, męża Lisy, był przystojnym, wysokim, wysportowanym mężczyzną w średnim
wieku, który zdradzały u niego głównie szpakowate, obcięte na jeża włosy i
pojedyncze zmarszczki wokół oczu.
Jego
wyprostowana postawa i siła jego mięśni wskazywały raczej na kogoś o wiele
młodszego.
Jak
jego wzrok, który był bystry i przenikliwy.
Po
jednym spojrzeniu na niego uznałam, że był on typem mężczyzny pośrednim
pomiędzy Ryanem a Davidem, chociaż tego pierwszego znałam głównie od strony
prywatnej, a drugiego głównie od strony oficjalnej, więc może każdy z nich był
tym samym.
Nadopiekuńczym,
apodyktycznym, surowym wobec tych mniej sobie znanych, a czułym, troskliwym i delikatnym
wobec tych, zwłaszcza kobiet, na których im zależało.
Podejrzewałam,
że bezkompromisowym i bezlitosnym dla tych, którzy czynili zło.
Nie
chciałam się o tym przekonać.
Natomiast
mama Marka była jeszcze jedną kobietą, która przypomniała mi o cioci Jadzi,
sposobem bycia.
Była
ciepła, czuła, macierzyńska i myślała o wszystkim.
Lisa
była już spakowana, przygotowana do wyruszenia i mieli we trójkę zaraz wyjechać
SUV-em teściów Lisy do szpitala, chociaż, jak na moje oko, poród mógł potrwać
jeszcze co najmniej kilkanaście godzin.
Lisie
nawet jeszcze nie odeszły wody.
Margaret
wiedziała o tym równie dobrze, co ja, dlatego rozmawiałyśmy swobodnie i
niespiesznie, przez co dowiedziałam się, kiedy Lisa poszła po coś do swojej
sypialni, że Mark, mąż Lisy a jej syn, zaginął pół roku temu, bo prawdopodobnie
został porwany.
Lisa
wciąż na niego czekała, mieszkając sama w tym wielkim domu dla dużej rodziny,
wierząc, że pewnego dnia jej ukochany stanie w jego progu.
To
był powód, dla którego nie chciała przenieść się nawet na kilka dni do domu
swoich teściów ani do żadnej z jej przyjaciółek, których, jak usłyszałam, miała
przynajmniej kilka.
Wolała
mieszkać we własnym domu sama.
Nie
wnikałam w to.
Jej
historia i tak spowodowała moje wzruszenie o
wiele większe, niż chciałabym kiedykolwiek przed kimkolwiek przyznać, że
poczułam, więc nie chciałam dopytywać.
Daniel
pomógł mi zapakować wszystko, czego mogłam potrzebować do mojego Forda, a potem
Lisa na podłodze jej salonu zapoznała mnie z szelkami, jakie miała dla Bondi do
jazdy samochodem.
-
To przekładasz tak - pokazała mi na suni, która cierpliwie stała i pozwalała
się owijać taśmami - To tu, a potem tu zapinasz.
W
wykonaniu Lisy wyglądało to na bardzo proste, ale też nie miałam zamiaru jej
dłużej męczyć, więc powiedziałam:
-
Dobrze, Słonko. Poradzę sobie z tym. Nic się nie martw.
Lisa
uśmiechnęła się do mnie z roztargnieniem z pozycji przykucnięcia z rozchylonymi
kolanami, w jakiej się znajdowała, kiedy pokazywała mi, jak ubrać Blondi, a
potem nagle stęknęła, wyprostowała plecy i jej wzrok skupił się na jej
odczuciach, więc wiedziałam, że miała kolejny skurcz, prawdopodobnie objawiający
się bólem krzyża.
-
Lisa - powiedział Daniel głosem, w którym było słychać napięcie, chociaż ten
facet wydawał mi się być bardzo opanowany - Podnieść cię?
Kobieta
tylko skinęła głową, a on już ujął jej dłoń w jedną rękę, a przedramię w drugą
i pomagał jej się wyprostować.
Musiałam
się stamtąd szybko zabierać.
-
Pojedziemy już. Prawda, Blondi? - zwróciłam się do suni, która patrzyła z
niepokojem na swoją panią - Obiecuję, że niedługo się zobaczycie - dodałam do
niej łagodnie.
Zwróciło
to uwagę Lisy na jej psa, więc wyciągnęła rękę i położyła dłoń na łbie psa,
pogłaskała ją łagodnie i westchnęła.
-
Boi się, że mnie też straci - wyjaśniła cichym mruknięciem, podając rękę
Danielowi i z trudem się podnosząc, a ja uznałam, że to było coś, o czym nie
chciała rozmawiać przy swoich teściach.
Nie
skomentowałam tego.
Po
prostu spakowałam Blondi do samochodu, przypinając ją w bagażniku szelkami, jak
nauczyła mnie Lisa, szybko się pożegnałam i wyruszyłam w drogę powrotną do
domu.
*****
CDN.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń