Rozdział 2
-
Przepraszam, jeśli przekręciłem pani nazwisko - powiedział ten ktoś.
Cóż,
mogłam odpowiedzieć tylko - Nic nie
szkodzi.
Po
prostu wiedziałam, że moje nazwisko jest
trudne dla Amerykanów.
Spotykałam
się z tym kilka razy i nawet to mnie trochę bawiło.
Przypomniałam
sobie tamten moment, kiedy przedstawiałam się Ryanowi Maintaining’owi w pokoju
przeszukań lotniska i zachciało mi się śmiać dokładnie tak, jak wtedy, bo znowu
przyszła mi na myśl ta niepowtarzalna scena z filmu „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową” i Grzegorz
Brzęczyszczykiewicz ze wsi Chrząszczyrzewoszyce.
Mina
Ryana przypominała prawie tą, jaka widniała na twarzy tego Niemca, kiedy miał
powtórzyć jego nazwisko.
-
Dotarła właśnie pani przesyłka na cargo - poinformował mnie przez telefon mężczyzna,
zupełnie nieświadomy mojego rozbawienia.
-
Och. Dziękuję - odetchnęłam z ulgą, bo czekałam na nią, a jednocześnie zaczęłam
się martwić o kolejne sprawy.
Pierwszą
było to, jak miałam odebrać te
skrzynie, a drugą było to, że prawdopodobnie dotarły też skrzynie Jane, a jej nie było.
Postanowiłam
te problemy rozwiązać pojedynczo, żeby zapanować nad spanikowanym chaosem, jaki
miał ochotę ogarnąć moją głowę.
-
Kiedy mogę ją odebrać? - zapytałam na wydechu.
-
Każdego dnia od szóstej rano do siódmej wieczorem - powiedział tamten - Będzie
czekała tam przez tydzień. Proszę wziąć ze sobą pokwitowanie i kod, który
prześlę pani SMS’em.
Podczas
jego wypowiedzi zdołałam się opanować.
-
Tak, dziękuję - powiedziałam automatycznie i pożegnałam się, segregując w mojej
głowie priorytety i zastanawiając się już, jak ja, do diabła, miałam przewieźć
te moje dwie skrzynie, bo w Nowym Jorku miałyśmy do pomocy chłopaków, którzy
byli znajomymi Jane, a wiedziałam, że za nic w świecie nie dałabym rady sama
przenieść, a nawet z podniesieniem
każdej z nich miałabym problem, nawet jeśli wynajęłabym jakiś większy samochód
do ich przewozu.
W
życiu nie zmieściłyby się do mojego maluszka.
Wtedy
znowu przyszedł mi do głowy Ryan, a potem pomyślałam, że stanowczo zbyt często
myślałam o tym mężczyźnie.
Zbyt
często, by było to dla mnie zdrowe.
Był
przystojny, bardzo przystojny i nie
był chłopcem, chociaż mogły to sugerować jego łatwy uśmiech i „luzackie”
zachowanie, a dorosłym mężczyzną, co widziałam po skupieniu w jego oczach,
kiedy pracował oraz po szacunku, z jakim traktowali go jego współpracownicy.
Ryan
był przy tym dość wysoki, bo nie byłam mała, a on w dalszym ciągu był wyższy
ode mnie o dobre pół głowy.
Nawet
gdybym założyła moje szpilki, musiałabym podnieść głowę, jeśli stałby obok
mnie, a ja chciałabym spojrzeć mu prosto w oczy.
Co
by mi się podobało, bo wbrew wszystkiemu lubiłam chodzić w szpilkach.
Ryan
miał niezbyt krótkie, lekko kręcone, jasno brązowe włosy i niebieskie oczy z
szarymi obwódkami dookoła tęczówek, regularne rysy pociągłej twarzy, której
mocny rys szczęki dolnej podkreślał jego męskość, a jego ciemne brwi i rzęsy
kusiły, by je dotknąć, podobnie jak wyraźnie zarysowane wargi pięknie
wykrojonych ust.
Niezwykle atrakcyjne.
A
na dodatek, niczym wisienka na torcie, jego ciało było szczupłe, a może nawet
zbyt szczupłe, ale jak dla mnie wspaniałe,
bo miał wąskie biodra, długie nogi, co było widoczne w jego obcisłych dżinsach
rurkach, szerokie ramiona i rozbudowaną klatkę piersiową, którą tak kusząco
opinał t-shirt, kiedy widziałam go w jego pracy.
Był
tak bardzo w moim typie, że aż totalnie nie
w moim typie i wiedziałam dlaczego tak się działo.
Ryan
reprezentował sobą typ urody, który przedstawiał sobą również mój tata i to
mnie przerażało, bo nie lubiłam mojego taty, a Ryana zaczęłam lubić.
Ale
działo się tak być może dlatego, że Ryan miał całkowicie inny charakter niż mój tata.
Wiedziałam
o tym.
Już
po tych nielicznych, krótkich chwilach, które spędziliśmy w swoim towarzystwie,
wiedziałam, że nie był samolubny, był troskliwy i opiekuńczy, a wszystkie te
cechy wydawały się być szczere, nie udawane, nie na pokaz, bo nie było tam
nikogo, kto miałby być odbiorcą takiego show.
Chodziło
o to, jak Ryan dopytywał mnie na lotnisku, czy na pewno miałam jak dotrzeć do
akademika, w którym mieszkałam i nawet odprowadził mnie na parking, na taksówkę,
chociaż wiedziałam, że pracował.
Pilnował,
bym była bezpieczna.
Dzwonił
do mnie dwa razy przez te kilka minionych dni tylko po to, by zapytać Wszystko w porządku? i poinformować, że,
niestety, nie mieli nadal żadnych informacji o Jane.
Polecił mi zadzwonić do
niego jeśli miałabym jakiekolwiek problemy i wiedziałam, że nie była to zwykła
uprzejmość, bo ponawiał ten rozkaz.
Ale
nadal nie za bardzo ufałam w szczerość jego intencji, chociaż to akurat nie
było nic dziwnego, bo nie ufałam nikomu.
Nie
do końca.
I
wolałabym go nie polubić, a chyba to się już działo.
Straciłam
wszystkich i wszystko, co polubiłam w swoim życiu.
Teraz
Jane.
Nie
chciałabym stracić kiedyś i Ryana.
Jednak
nie miałam żadnych przyjaciół w SCL, a nawet nie miałam znajomych mężczyzn czy
chłopaków-studentów, bo w akademiku do teraz zapoznałam się tylko z kilkoma
dziewczynami.
Dlatego
właśnie wybrałam numer Ryana na swoim telefonie, wcisnęłam Dzwoń i przez kilka sygnałów czekałam na połączenie.
Kiedy
miałam zrezygnować, myśląc, że Ryan pracował i nie mógł odebrać, usłyszałam w
słuchawce zaspane: Halo?
Och,
dlaczego ten schrypnięty głos wydał mi
się atrakcyjnie seksowny? - przemknęło mi przez myśli.
-
Uhm… - zająknęłam się, kiedy zaschło mi w gardle - Ryan?
-
Tak - głos mężczyzny brzmiał na zaniepokojony - Kate? Coś się stało?
-
Och, nie - powiedziałam, a potem pomyślałam, że przecież to nie była prawda, bo
po coś dzwoniłam - A właściwie tak.
Zadzwonili do mnie z cargo lotniska, że przyszły skrzynie z moimi rzeczami. Nie
znam tu nikogo i dlatego mam prośbę.
-
Tak? - Ryan teraz brzmiał na całkiem przytomnego - Jak mogę ci pomóc?
Ojej,
to było takie miłe, że był gotów mi
pomagać natychmiast i bezwarunkowo, zanim nawet powiedziałam mu, o co chodziło.
Ale
już taka byłam, że jednocześnie wzbudziło to we mnie czujność, bo byłam
przyzwyczajona do tego, że każdy zawsze chciał czegoś w zamian za to, że niósł
mi pomoc.
Zablokowałam
to.
Wzięłam
głębszy wdech, by wreszcie zdobyć się na odwagę.
-
Czy znasz kogoś, kto mógłby ze mną pojechać tam i pomóc mi przywieźć dwie
skrzynie - wyłożyłam mój problem - Są spore. Każda waży około trzydziestu
kilogramów, więc sama nie dam rady, nawet jak wynajmę…
-
Nie ma sprawy - przerwał mi Ryan - Kiedy mam przyjechać?
Ojej,
jakie to było miłe.
-
Och, pewnie pracujesz, więc nie chcę.. - zaczęłam, ale znowu mi przerwał.
-
Pracuję na trzy zmiany - wyjaśnił - W tym tygodniu mam nocną, więc odsypiałem. Już
nie śpię. Mogę przyjechać za godzinę lub dwie.
-
Och - zmartwiłam się - Przepraszam, że cię obudziłam.
-
Kate! - zawołał delikatnie moje imię, doprowadzając mnie do porządku, a ja
pomyślałam, że od niego brzmiało ono bardzo dobrze, za dobrze.
Ponownie
to zablokowałam.
-
Już nie śpię - powiedział Ryan z
naciskiem, po czym kontynuował - Więc po prostu powiedz mi, kiedy chcesz
pojechać po te skrzynie.
-
No, tak - westchnęłam, bo miał rację - Pracuję do piątej po południu. Mogłabym
tam być, powiedzmy, o piątej trzydzieści. Tak będzie dobrze?
-
Bardzo dobrze - powiedział i usłyszałam uśmiech w jego głosie - Jesteśmy umówieni.
Wezmę ze sobą przyjaciela, to nam pomoże.
Poddałam
się, bo kłócenie się z nim o to było totalnie bez sensu, tym bardziej, że
przecież potrzebowałam jego pomocy.
Po
to do niego zadzwoniłam.
-
Dziękuję, Ryan - powiedziałam cicho.
-
Podziękujesz, jak je rozpakujemy - stwierdził swobodnie Ryan - Teraz powiedz
mi, gdzie pracujesz.
Nie
chciałam tego robić, bo nie chciałam się lepiej poznawać z Ryanem i nie
chciałam dać mu się poznać, więc zrobiłam unik.
-
Nie będę przeszkadzać - ucięłam to, starając się brzmieć nie za ostro - Musisz
się wyspać - złagodziłam swój ton - Porozmawiamy później, jak się zobaczymy.
Dobrze?
-
Racja - mruknął Ryan, a ja poczułam dziwne ukłucie na myśl, że sprawiłam mu
przykrość, bo tak zabrzmiał, ale nie wiedziałam, co miałabym powiedzieć, a
jednocześnie nie wyjawiać zbyt dużo z mojego życia.
Dlatego
nie chciałam opowiadać mu o swojej pracy.
A
potem pożegnaliśmy się krótkimi - Do
zobaczenia, Ryan - i - Do zobaczenia,
Kate - i rozłączyliśmy.
Patrzyłam
przez minutę na swój wygaszony telefon z głupkowatym uśmiechem, a potem
przypomniałam sobie, że nie powinnam czuć się dobrze z tym, jak Ryan wymawiał
moje imię i z tym, że umówiłam się z nim na spotkanie, nawet jeśli nie była to
randka.
W
ogóle nie powinnam czuć się z nim
dobrze.
*****
Kilka godzin
później…
Szczęśliwie,
pokwitowanie nadania skrzyń na cargo miałam przy sobie w portfelu, więc nie
traciłam czasu na wizytę w akademiku, tylko zaraz po pracy pojechałam prosto do
magazynów cargo przy lotnisku IA SLC.
Ale
to również miało jeden niepodważalny minus, bo oznaczało, że, nawet nie spiesząc
się, byłam na miejscu o dobre piętnaście minut za wcześnie.
Frida
i Marika, z którymi pracowałam w klinice, nie wiedziały o mojej dzisiejszej
wyprawie, ale zawsze starałyśmy się nie wchodzić sobie w grafik i nie zmuszać
innej do wychodzenia później, niż miałyśmy to zaplanowane.
Tego
dnia pracowała ze mną Frida, a zmieniała nas Marika.
Do
południa pracowała szefowa i jedna z nas była z nią, potem szefowa jeździła na
wezwania, a my we dwie zostawałyśmy w klinice aż do .
Po
południu wystarczała jedna z nas do pilnowania zwierzaków, które zostawały w
klinice na noc i była to również możliwość pomocy doraźnej w razie nagłego
przypadku, chociaż klinika był potem całkiem zamknięta na noc.
Przez
cały wrzesień zmieniałyśmy się, ale po rozpoczęciu roku akademickiego przeze mnie dziewczyny nie miały wyboru.
Przez
to, że mogłam brać tylko wybrane zmiany, grafik musiał zostać dopasowany pode
mnie, a na dodatek ogrom nauki, jaki mnie zaczął przytłaczać, uświadomił mi, że
będę musiała zrezygnować również i z tego.
Na
razie starałam się to ciągnąć i nie rozmawiałam z szefową, ale byłam boleśnie
świadoma nadchodzących zmian.
Myślałam
o tym, kiedy jechałam na umówione spotkanie i kiedy ustawiłam się, by czekać na
Ryana i jego przyjaciela.
Nie
wysiadłam od razu z mojego Nissana, kiedy już zaparkowałam przodem do drzwi
biura cargo.
Trochę
zwlekałam, siedząc w samochodzie, zajadając kanapkę, którą kupiłam sobie w
sklepiku niedaleko kliniki, w której pracowałam i popijając ją wodą niegazowaną
z butelki, którą też tam kupiłam.
Kanapki,
jakie można było kupić w Stanach, były nieporównywalne z tymi z Polski i uwielbiałam
je.
Głównie
dlatego, że mogły zastąpić naprawdę obfity
posiłek.
Kiedy
chowałam puste opakowanie po kanapce do schowka naprzeciwko siedzenia pasażera,
na parking podjechał duży, czarny pickup, który wymanewrował tak, żeby stanąć
tyłem do wysokiego, szerokiego wejścia/bramy do magazynów, które było niedaleko
mnie, a po tym wysiadł z niego mężczyzna, na widok którego ścierpła mi skóra.
To
był ten sam paskudny blond-typek, który zaczepił mnie na lotnisku tuż po moim
przylocie do Salt Lake City.
Poruszał
się pewnie i szybko, jakby był tu nie po raz pierwszy.
Czuł
się jak w domu.
Siedziałam
na miejscu całkowicie nieruchomo, jak zamrożona, oddychałam głęboko przez nos i
myślałam o tym, co miałam zrobić.
Potem
zdecydowałam się, wysiadłam z mojego Nissana, zabierając wcześniej swoją torebkę
z podłogi obok siedzenia pasażera, gdzie zwykle ją kładłam, kiedy prowadziłam
auto, zatrzasnęłam drzwi mojej Micry, ale nie zamknęłam ich na kluczyk i
zdecydowanym krokiem poszłam w stronę biura cargo, w którym zniknął także tamten
facet.
Weszłam,
przykuwając spojrzenia obecnych tam dwóch mężczyzn.
-
Dzień dobry - powiedziałam, patrząc na tego, którego widziałam po raz pierwszy
w życiu - Mam odebrać przesyłkę. Dostałam powiadomienie, że już dotarła.
-
Dzień dobry - przywitał się urzędnik, jak sądziłam, skoro był to mężczyzna,
którego nie znałam - Proszę chwilę poczekać. Ten pan był pierwszy.
-
Oczywiście - skinęłam głową z lekkim uśmiechem.
Typek
z hali przylotów nie odezwał się i wydawało mi się, że starał się udawać, że
się nie znamy, bo starannie omijał mnie wzrokiem.
Nie ze mną te
numery, Brunner
- przemknęło mi przez głowę.
-
Och, dzień dobry - powiedziałam wysokim,
świergoczącym głosem niczym słodka idiotka, jakbym dopiero wtedy go zauważyła -
To pan! Miał pan ostatnio kontakt z Jane? Nadal do mnie nie oddzwania -
udawałam naburmuszoną małolatę, obrażoną na przyjaciółkę - Pewnie gdzieś znowu imprezuje.
-
…bry - mruknął śliski typek, a potem jakby się zreflektował, co nie było
dziwne, skoro sama „naiwnie” dałam mu doskonały pretekst do udawania, że z Jane
było wszystko w porządku - Tak, chyba tak. Zgubiła gdzieś telefon. Wyjechała i
nie zostawiła mi numeru, ale chyba dobrze się bawi.
-
Tak - mruknęłam i ponownie uśmiechnęłam się uprzejmie - Cała Jane.
Przewróciłam
oczami, ale nie dodałam nic więcej.
Z
parkingu dał się słyszeć głos silnika podjeżdżającego samochodu, więc
spojrzałam przez okno, a potem zawołałam - Przepraszam, to chyba mój
przyjaciel. Miał mi pomóc w przewiezieniu skrzyń.
Skinęłam
im obu głową i prawie wybiegłam przez drzwi biura na parking.
Myślałam
tylko o jednym - Musiałam uprzedzić
Ryana!
Obok
mojej Micry zaparkował duży pickup Forda, a ja pospieszyłam się, żeby Ryan nie
zdążył wysiąść z niego i nie pokazał się mężczyznom w biurze.
Kiedy
jednak podeszłam do pickupa od strony kierowcy, zostałam zaskoczona widokiem
obcego mężczyzny, który właśnie otwierał drzwi.
Stanęłam,
wykrztusiłam z siebie - Och, przepraszam - ale nie zdążyłam odwrócić się, by
uciec, kiedy zawołał mnie ktoś z siedzenia pasażera głosem Ryana - Kate, to ja!
Podeszłam
o krok bliżej, zajrzałam tam, stojąc przez cały czas tyłem do budynku biura,
kiedy mężczyzna zza kierownicy, wyprostował się i odchylił do oparcia, żebym
mogła zobaczyć tego, kto tam z nim siedział.
Był
tam Ryan, a ja poczułam ulgę, zawołałam cicho - Cześć, Ryan - i wiedziałam, że
wyraz mojej twarzy odzwierciedlił moją radość i ulgę, bo uśmiechnął się z
radością, jakby cieszył się, że tak zareagowałam.
Starałam
się nie zmienić położenia mojego ciała i trzymać je zrelaksowane, kiedy szybko wyjaśniałam Ryanowi, co właśnie
się wydarzyło.
-
Tam jest ten typek, który zaczepiał mnie po przylocie - powiedziałam i cudem nie skinęłam głową w stronę biura,
a Ryan spoważniał i patrzył na mnie z napięciem - Widziałam na kwicie, że
odbiera skrzynie Jane, ale powiedział mi, że wyjechała i nie ma z nią kontaktu.
-
Nie rozmawiaj z nim więcej - rozkazał mi Ryan natychmiast, ale nie zamierzałam
robić niczego tak głupiego.
Skinęłam
po prostu głową, nie spuszczałam z niego szeroko otwartych oczu i nie
skomentowałam jego słów.
-
To jest Jeremy - Ryan skinął lekko głową w stronę swojego kumpla, a ja sztywno skinęłam
ponownie głową, zerkając niepewnie w stronę siedzenia kierowcy - …mój
przyjaciel. Pomoże nam.
Patrzący
na mnie stamtąd mężczyzna był młodym, rdzennym Amerykaninem, z wesołymi
błyskami w ciemnych oczach, jakoś dziwnie pasujący do Ryana, jak brat do brata.
Uśmiechnęłam
się do niego sztucznie, lekkim wykrzywieniem ust.
Wiedziałam,
że Ryan przedstawił mi go w ten sposób, bo chciał, żebym mu zaufała, ale nie
ufałam nikomu, nie zaufałam w pełni Ryanowi,
więc również Jeremy miał dostać ode mnie tylko niewielki kredyt zaufania.
-
On cię widział na lotnisku - powiedziałam na wydechu coś, co sądziłam, że było
prawdą, a Ryan zmarszczył brwi, jakby nie był pewien prawdziwości moich słów
lub nie wiedział, czemu to mówiłam - Nie powinien zobaczyć cię teraz, bo go
spłoszymy. Może dałoby się go jakoś śledzić? - dodałam z większą nadzieją niż było
to uzasadnione.
Ryan
patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, ale jego wzrok nie był skupiony na
mnie, a jakby do wewnątrz, jakby mężczyzna bardzo intensywnie o czymś myślał,
rozważał możliwości.
Może
znał kogoś, do kto mógłby zwrócić się o pomoc?
Nie
wiedziałam tego, ale miałam taką nadzieję.
-
Nie widział, ale może masz rację - odparł wreszcie, a ja zacisnęłam wargi, bo
myślałam, że stanowczo nie powinno
dojść do konfrontacji ich dwóch w tym momencie - Wypuścili go, bo nie mieli
podstaw do zatrzymania, skoro Jane nie odbiera telefonów i nie zgłoszono
oficjalnie jej zaginięcia.
-
Nie mogłam… - zaczęłam z bólem w głosie, którego nie opanowałam, nie skrywałam,
bo dotarło do mnie, że to mogła być moja
wina, że Jane była gdzieś tam i była narażona na jakieś niebezpieczeństwo.
Przeszył
mnie taki ból, że prawie zgięłam się w pół.
-
Nie miałaś jak jej ochronić, uratować ją, Kate, ja to wiem - przerwał mi stanowczo Ryan - Jej rodzina mogłaby zgłosić zaginięcie, a według nich ona jest na
wakacjach gdzieś, skąd nie ma zasięgu. To bardziej ich wina. Nie. Twoja.
Te
ostatnie słowa Ryan podkreślił z mocą, a ja westchnęłam cicho, ale nie byłam
przekonana.
Ryan
nie wiedział, nie mógł wiedzieć, że nie chciałam kontaktować się z żadnymi
władzami; ani z policją, ani z FBI.
-
Teraz możemy wykorzystać to, co wiemy - powiedział Ryan, a ja ponownie skupiłam
na nim wzrok - Jeremy pomoże ci z twoją przesyłką, a ja zadzwonię po kogoś, kto
się tym zajmie. Nie będzie to FBI -
powiedział z naciskiem, widząc moje powątpiewające spojrzenie.
Kiedy
on zdążył mnie tak poznać?
Nie
wiedziałam tego, ale to było trochę niepokojące.
Wyrzuciłam
to z myśli, kiedy Jeremy zaczął wysiadać z pickupa i musiałam się odsunąć od
drzwi, a Ryan odchylił się i wyjął swój telefon z tylnej kieszeni swoich
spodni.
Niestety,
musiałam mu w tym zaufać, nawet jeśli nie lubiłam tego ani trochę.
Ruszyliśmy
we dwójkę do biura cargo i zobaczyłam, że facet od skrzyń Jane był już zajęty
ładowaniem ich na tył swojego pickupa.
Zacisnęłam
mimowolnie wargi, a potem na siłę postarałam się rozluźnić, by niczego nie
zauważył.
Miałam
nadzieję, że udało mi się go nabrać.
Ale,
serio, naprawdę myślał, że nie
poznawałam paczek, które zrobiłyśmy we dwie z moją przyjaciółką?
Starałam
się tam nie patrzeć, nie reagować mimiką ani napięciem ciała, a tym bardziej
łzami, które poczułam z tyłu moich oczu.
Łzami,
które zebrały się na myśl - Och, Jane,
w co ty się wpakowałaś?
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń