Rozdział 10
Kate
*****
Kwiecień
Od
moich urodzin i mojego pierwszego w moim żałosnym życiu przyjęcia urodzinowego minęły
trzy tygodnie, w czasie których każdą kolejną noc spędzałam w łóżku Ryana.
Coraz
mniej przy tym czułam się żałosna.
Po
tym pierwszym razie, kiedy Ryan zaniósł mnie na rękach do swojego łóżka, więcej
nie kazałam mu tego robić.
Początkowo
wchodziłam spać do jego sypialni z lekkim oporem, ale pilnował mnie do
ostatniej chwili i, kiedy tylko zauważał, że zamierzałam uciec, skryć się w
swojej sypialni, wciągał mnie do
swojego pokoju, gasił światło w moim i zamykał drzwi za nami, żebyśmy położyli
się razem w jego łóżku.
Później
już się przed tym nie broniłam, a nawet to polubiłam.
Nawet,
kiedy Ryan pracował na nocną zmianę i miał wrócić dopiero nad ranem, nie spałam
w swoim łóżku, ale kładłam się samotnie w pościeli tego mężczyzny, który
otoczył mnie bezinteresowną, tak troskliwą
opieką.
Nie
walczyłam z tym, bo miał rację.
Potrzebowałam tego.
A
najważniejsze i najlepsze było to, że on chciał
mi to dać.
Okazywał
to na różne, zwykle delikatne, ale oczywiste, sposoby.
Wykorzystywałam
każdy dzień, każdą noc, każdą najmniejszą nawet okazję, żeby być blisko niego,
przytulać się i być przytulaną.
Po prostu tak mnie
trzymaj
- myślałam przy tym, nie mówiąc tego na głos, chociaż coraz częściej zdarzało
mi się marzyć o czymś więcej.
Ale
kiedy położyłam głowę na jego klatce piersiowej, zaciągnęłam się jego cudownym,
męskim zapachem, zapominałam o całym bożym świecie, odprężałam się i
odpoczywałam.
Tego
dnia nie było inaczej.
To
był jeden z tych tygodni, kiedy wychodziliśmy z Ryanem jednocześnie z domu,
kiedy on szedł do pracy, a ja jechałam na zajęcia w college’u.
Przez
te kilkadziesiąt dni spędzaliśmy naprawdę dużo czasu razem nie tylko w domu,
ale też Ryan zabierał mnie do Słonecznika,
jak nazywał się sklep i dom jego przyjaciół, którzy powoli stawali się moimi
przyjaciółmi.
Może
to za dużo powiedziane.
Nie byli moimi
przyjaciółmi.
Nadal
- czułam się przy nich, a zwłaszcza przy Abigail i przy Jeremym, coraz bardziej
swobodnie, luźno i w ogóle dobrze.
Z
zafascynowaniem obserwowałam ich pasję, ich pracę, ale nie mieliśmy zbyt wiele
wspólnych tematów do rozmowy.
Za
to Abi i Jasmine dobrze gotowały, sprawnie poruszały się w kuchni i wiele się
od nich nauczyłam, po prostu obserwując je w ich domu.
Nigdy
jednak nie przyznałam im się, że nie miałam okazji nauczyć się tego w mim domu
rodzinnym, bo nie miałam od kogo.
Wiosenna
pogoda oznaczała, że nagle, niespodziewanie, bez uprzedzenia na dworze stało się
ciepło, a nawet bardzo ciepło, do
czego nie byłam przyzwyczajona i tylko w niektóre dni lało dosłownie jak z
cebra.
W
wolne wieczory siadaliśmy, jak to lubiliśmy, w salonie Ryana na jego kanapie
przed telewizorem, by obejrzeć jakiś film, który zwykle wybieraliśmy razem po
dyskusji, ale znaliśmy swój gust, więc nie były one długie ani burzliwe.
Nadal
biegaliśmy prawie codziennie przed śniadaniem i zrobiliśmy z tego część naszej
porannej rutyny, chociaż wciąż Ryan nie wiedział jak dużo ćwiczyłam i od
czego zależała intensywność moich treningów.
Nadal
głównym moim treningiem było przygotowanie do zawodów pływackich, bo niedługo
miał odbyć się nasz ostateczny sprawdzian drużynowy, czyli zawody na szczeblu
krajowym.
Moim
priorytetem wciąż było zdobycie stypendium sportowego i utrzymanie tak wysokiej
średniej nauczania, by ewentualnie utrzymać choćby częściowe stypendium
naukowe.
Więc
wciąż dużo uczyłam się i ćwiczyłam.
Nadal
również pracowałam w klinice weterynaryjnej w weekendy, jak to ustaliłam w
styczniu, więc to też wpasowało się w moją nową rutynę.
Właśnie
z pracą w klinice związana była rozmowa telefoniczna, jaką powinnam odbyć tego
dnia i do której się przygotowałam.
Wróciłam
do domu po zajęciach i po treningu, po którym wzięłam prysznic na pływalni,
więc byłam ubrana w czyste, suche ubrania i miałam w torbie treningowej mokry
strój i ręcznik do rozwieszenia, by się wysuszyły.
To
jednak mogło poczekać.
Byłam
też głodna, bo zwykle jadaliśmy kolacje razem z Ryanem, wiec i tego dnia przygotowałam
sobie w głowie to, co mogłabym ugotować z produktów, jakie mieliśmy w lodówce.
Zarówno
gotowanie, jak i planowanie tego wychodziły mi o wiele lepiej niż kilka
miesięcy temu, bo stały się prawie rutyną.
Okazało
się to, jedno i drugie, całkiem miłe, bo oznaczały dla mnie, że miałam dla kogo
gotować i o kogo dbać, a jednocześnie wiedziałam, że był ktoś, kto dbał o mnie,
więc czasem mogłam zdać się na niego z planowaniem i gotowaniem posiłków.
Zdarzało
się nam z Ryanem dzwonić do siebie w ciągu dnia i ustalać, co jedno z nas
powinno kupić, skoro było akurat obok sklepu lub którejś z naszych ulubionych
restauracji lub barów.
Tego
dnia to ja miałam gotować i wiedziałam, że miałam w lodówce produkty na gulasz
węgierski, więc kiedy weszłam do mieszkania, przeszłam do swojego pokoju, by
zostawić tam zarówno torbę z mokrymi rzeczami z pływalni, jak i torbę z
podręcznikami i brulionami z uczelni.
Zabrałam
ze sobą telefon, przeszłam do kuchni i tam wyjęłam z lodówki mięso wieprzowe,
które dzień wcześniej pokroiłam w kostkę razem z boczkiem i zamknęłam w
pojemniku, by tego dnia mieć mniej pracy i zrobić ją szybciej.
Kolacja
w takim wydaniu była moim debiutem, jak wiele podobnych, jakie przygotowałam do
tej pory w kuchni Ryana.
Nigdy
nie skarżył się na moje gotowanie, ale mnie samej też te potrawy wydawały się być
smaczne, a nie tylko zjadliwe, więc
może nie byłam taka całkiem beznadziejna w tym, co tu robiłam.
To
zachęcało mnie do dalszych prób i dlatego zabrałam się do mojej pracy z
prawdziwym zapałem.
Wyjęłam
z szafki odpowiedni garnek, znalazłam warzywa i wrzuciłam mięso na patelnię do
podsmażenia, pokroiłam cebulę i marchewkę i w myślach planowałam kolejne
czynności.
Przepisów
na to i inne dania uczyłam się z Internetu, a robiłam to z przyjemnością,
wyszukując ciągle nowe dania, zwykle jednogarnkowe i szybkie do przygotowania,
analizując je i planując pod nie zakupy, a przychodziło mi to bez trudu.
Przypominało
to trochę dawkowanie leków i opiekę nad zwierzakami, z których każde przecież
było inne, więc do przepisów też często podchodziłam swobodnie, indywidualnie,
w miarę moich smaków i potrzeb danego dnia.
Na
przykład nie lubiłam gotowanej papryki, więc w tym daniu ją ominęłam, chociaż
podobno kuchnia węgierska się wręcz na niej opierała.
Kiedy
już wszystkie składniki znalazły się w jednym garnku i dusiły się, przechodząc
swoimi smakami i zapachami, wzięłam w końcu do ręki telefon, weszłam na swoją
listę kontaktów, wybrałam numer i wcisnęłam Dzwoń.
Czekałam
trzy sygnały, zanim kobieta, do której dzwoniłam, odebrała i zrobiła to z
radością w głosie, która była dla mnie niewytłumaczalna.
Lisa
była według mnie bardziej stonowana, spokojna i był w niej jakiś smutek, który
mogłam zrozumieć, skoro została właściwie sama z synem.
-
Hej, Kate! - zawołała mi do ucha, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam na dźwięk
jej głosu.
-
Hej, Lisa - odpowiedziałam miękko.
-
Co słychać? - Lisa spytała mnie, ale brzmiała, jakby wcale nie interesowała jej
moja odpowiedź, jakby była zajęta czymś innym.
Przypomniałam
sobie, że miała małe dziecko.
Dlatego
właśnie przeszłam od razu do rzeczy.
-
W tym tygodniu wypada termin szczepienia i badania kontrolnego Blondi -
przypomniałam jej - Najlepiej byłoby, by jej nie stresować, żebym ja to
zrobiła. Mnie już zna. Nie pracuję codziennie. Jeśli nie możesz podjechać do
kliniki w sobotę, kiedy będę pracowała, mogę przywieźć szczepionkę do ciebie do
domu. Później załatwiłybyśmy wpis do książeczki i pieczątkę mojej szefowej, bo
ja nadal nie mam uprawnień.
-
Och! - zawołała Lisa, już bardziej skupiona na rozmowie ze mną - Prawda! Ale wiesz… - przerwała na chwilę
i wyglądało, jakby komunikowała się z kimś bez słów poza naszą rozmową - Może
przyjedź do mnie. Mark wrócił - dodała z naciskiem na imię
swojego męża.
-
Och! - zawołałam zaskoczona, bo
wiedziałam, że minął cały rok odkąd
mieszkała samotnie w wielkim domu, czekając na jego powrót, kiedy jej teściowie
usilnie namawiali ją, by zamieszkała z nimi.
-
Tak - szepnęła Lisa - Kiedy przyjedziesz do nas, poznasz go. Opowiadałam mu o
tobie i chce cię poznać - dodała łagodnie.
To
nie był pierwszy raz, kiedy pomyślałam sobie, jaką była tak naprawdę
szczęściarą, bo miała kogoś, na kogo
mogła liczyć, na kim mogła się oprzeć, a także kogoś, na kogo czekała, aż się
doczekała.
-
Cieszę się z twojego szczęścia, Słonko - powiedziałam jej prawdę taką, jaką w
tej chwili czułam.
-
Dziękuję - powiedziała cicho Lisa, a potem szybko dodała - Umówmy się na
najbliższy dzień, kiedy będziesz mogła do nas podjechać, a potem załatwimy to z
książeczką Blondi. Dobrze?
-
Oczywiście - powiedziałam, bo sama wcześniej pomyślałam, że takie rozwiązanie
byłoby dla niej najwygodniejsze - Jeśli nie będę wam przeszkadzać - dodałam
szybko swój warunek.
-
Nie będziesz - odparła z pewnością w głosie Lisa, więc natychmiast
zaproponowałam jej, że przyjadę do nich w najbliższy mój wolny wieczór, czyli
za trzy dni, po moich zajęciach na uczelni.
Szczepionki
miałam już naszykowane, miałam je nawet w domu przy sobie i rozmawiałam
wcześniej z szefową o takim rozwiązaniu, żeby nie narazić jej się samowolką w
tej kwestii.
Przytaknęła
mi i zgodziła się podpisać iniekcję i parametry zdrowia Blondi, które miałam
sprawdzić u Lisy w domu.
Powiedziałam
to wszystko kobiecie, z którą rozmawiałam przez telefon, a potem pożegnałyśmy
się i rozłączyłyśmy, a ja odłożyłam swój telefon na blat kuchenny i podeszłam
do garnka, by zamieszać i sprawdzić gulasz.
Spróbowałam
go, dodałam trochę soli, a potem przykryłam garnek pokrywką z zadowoleniem
stwierdzając, że był całkiem dobry.
Pozostało
mi tylko czekanie na powrót Ryana do domu z pracy.
Nagłym
błyskiem nawiedziła mnie myśl, że ja też byłam
szczęściarą.
Miałam
przy boku wspaniałego mężczyznę, na którym zależało mi nawet może za bardzo, który miał niedługo wrócić z
pracy i mieliśmy w perspektywie spędzenie wspólnego, spokojnego wieczoru.
Nie
roztrząsałam tej myśli, ale utkwiła we mnie.
Godzinę
później, kiedy siedzieliśmy z Ryanem przy blacie wyspy nad naszymi talerzami z
gulaszem, opowiedziałam mu o Lisie i umówionym spotkaniu, chociaż nie
wspomniałam mu o Marku, jak wcześniej nie mówiłam mu o tym, że Lisa mieszkała
sama z synem.
Ot,
po prostu ustalaliśmy nasz wspólny kalendarz i poinformowałam go o zajętym
popołudniu.
Kiedy
jednak zjedliśmy, posprzątaliśmy i wstawiałam naczynia do zmywarki, a Ryan
robił dla nas kawę, ogarnęła mnie melancholia, która długo czaiła się tuż pod
moją skórą.
Ryan
ruszył w stronę salonu ze swoją kawą, ja zabrałam swój kubek i ruszyłam za nim,
a potem usadziliśmy się na kanapie.
Odstawiłam
kubek z kawą na stoik, przechyliłam się w stronę Ryana, a on odstawił swój i
wyciągnął rękę nad oparciem, by objąć mnie ramieniem w ten naturalny sposób,
który mówił mi i mówiłby wszystkim dookoła, gdyby tacy byli, że robiliśmy to
wiele, wiele razy.
Wtuliłam się w jego gorącą, twardą klatkę
piersiową, poczułam jego mocne ramię zamykające się dookoła mojego ciała i wciągnęłam do nosa ten
jego cudowny zapach bergamotki i wanilii, który był dla mnie zapachem
bezpieczeństwa i odpoczynku.
-
Kitty? - mruknął Ryan pytająco.
-
Po prostu tak mnie trzymaj - wybełkotałam bez kontroli coś, co krążyło mi w
myślach od dawna, ale nie miałam zamiaru
tego mówić na głos.
-
Okej, Kociaku - powiedział półgłosem mężczyzna.
To
wtedy po raz pierwszy przyszło mi na myśl coś, co było absurdem, bo ja tego nie
umiałam.
Kochałam Ryana.
Nie
kochałam nigdy nikogo,
Nie
miałam w rodzinie dobrych wzorców kochania.
Nie
mogłam umieć kochać.
Więc
skąd ta myśl?
*****
Kilka dni później…
Zaparkowałam
swoim Eco Sportem na podjeździe domu Lisy i Marka, zgasiłam silnik, odpięłam
pasy, wysiadłam i zatrzasnęłam drzwi, by natychmiast przejść do tylnych i
otworzyć je, żeby zabrać stamtąd swoją torebkę, torbę ze szczepionkami dla
Blondi i stetoskopem.
Kiedy
zamykałam samochód, drzwi wejściowe do domu otworzyły się i stanął w nich
mężczyzna, który mógł być tylko panem tego domu.
Mężem
Lisy.
Był
bardzo wysoki i bardzo szczupły.
Wręcz
chudy i żylasty.
Miał
bardzo krótko obcięte, ciemne włosy, gładko ogoloną twarz i ciemne, bystro
patrzące oczy.
W
poprzek jednego policzka biegła mu czerwona, nie do końca zabliźniona szrama, a
o chorobliwości jego chudości świadczyły żylaste przedramiona i sterczące kości
policzkowe, a także zapadnięte oczy.
-
Hej. Mark? - zawołałam do niego, nie oddalając się na razie od mojego samochodu
- Jestem Kate.
Skinął
mi głową bez słowa i bez uśmiechu, ale nie poczułam się urażona.
Przecież
wiedziałam, że był porwany, wiedziałam, że spędził poza swoim domem cały rok i
nie mogło to być w żaden sposób przyjemne czy zabawne.
Na
pewno był przez to jeszcze bardziej nieufny wobec obcych ludzi niż ja
kiedykolwiek byłam, więc nie miał powodu, by witać mnie z jakimkolwiek dowodem
sympatii na twarzy.
-
Wejdź do domu - mruknął i cofnął się o krok.
Poszłam
w kierunku drzwi, naciskając po drodze pilota, by zabezpieczyć swojego Forda,
przeszłam przez nie i od razu zostałam napadnięta powitalnym tańcem Blondi.
-
Blondi, siad - zahuczał niskim głosem Mark, a sunia natychmiast go posłuchała i
przysiadła na tyłku, nie przestając poruszać ogonem po podłodze.
-
Cześć, Blondi - zawołałam do niej ciepło, na co cicho jęknęła.
-
Lubi cię - stwierdził Mark, co odebrałam jako akceptację.
Jakby
sympatia psa była dowodem na to, że nie byłam złym człowiekiem.
Cóż,
sama często tak samo oceniałam ludzi, bo zwierzęta potrafiły wyczuć, kiedy ktoś
miał złe intencje lub był fałszywy.
Więc
aprobowałam to.
-
Kate! - usłyszałam okrzyk Lisy i
odwróciłam się w jego kierunku, żeby zobaczyć rudowłosą kobietę biegnącą do nas
z Dannym na ręku.
Mark
spojrzał tam, ruszył w ich stronę, a wtedy stał się cud.
Oglądałam
to z zafascynowaniem.
Jego
twarz zmieniła się całkowicie!
Złagodniała,
wygładziła się, a przez to odmłodniała.
Pomyślałam,
że to właśnie była czysta miłość.
Lisa
zbliżyła się do niego, a Danny wyciągnął rączki do swojego taty i zaśmiał się
rozkosznie, jak tylko dzieci potrafią się śmiać.
Ja
naprawdę nie lubiłam małych dzieci,
ale ten bobas w tej chwili był czymś, co mogłabym pokochać.
Mark
wziął syna na ręce, kiedy Lisa stwierdziła oczywiste - Już się poznaliście.
Mark - zwróciła się do swojego męża - Kate bardzo mi pomagała przy Blondi,
kiedy rodziłam Danny’ego, chociaż sama miała wtedy problem z pracą w klinice
weterynaryjnej.
-
Och - machnęłam lekceważąco dłonią - To nie było nic wielkiego. Skoro
obiecałam, musiałam tego dotrzymać. Byłyśmy umówione, a ty przecież mi
zapłaciłaś.
Tak,
zapłaciła osobiście mi, a nie klinice, więc miałam wtedy dodatkowe źródło
dochodu, a tak naprawdę koszty ponosił Ryan, bo w jego domu mieszkałyśmy, ale
tego już nie dodałam, bo nie chciałam wnikać w szczegóły mojego życia
osobistego.
-
Powiedz mi gdzie mogę obejrzeć Blondi i zrobić jej zastrzyk - przeszłam do
konkretów, wskazując przechyleniem głowy w bok na swoją torbę.
-
Może w pomieszczeniu gospodarczym - podpowiedziała Lisa, kierując się jako pierwsza
w odpowiednią stronę, a ja od razu ruszyłam za nią, bo znałam już rozkład ich
domu - Blondi, idziemy - Lisa zawołała psa, poklepując się po udzie.
Wszyscy,
nie tylko sunia, wykonaliśmy jej polecenie.
Zabrałam
się do pracy, będąc pilnie obserwowana przez Marka i Danny’ego, który grzecznie
siedział w zgięciu ramienia tego mrocznego mężczyzny.
Lisa
kilka razy podchodziła do drzwi, spoglądała na nich, zerkała na mnie, na sunię,
a potem głaskała po główce synka lub męża i szła z powrotem do kuchni, gdzie
pichciła coś na ich kolację.
Kiedy
skończyłam, schowałam do torby stetoskop i notatnik, w którym zapisałam
obserwacje do przekazania mojej szefowej oraz pozostałości po iniekcji i
rękawiczki, by wyrzucić je w odpowiedni sposób w naszej klinice.
Mark
w tym czasie odstąpił od drzwi, Blondi wciąż machała ogonem, zadowolona z uwagi,
jaką jej poświęcałam tym bardziej, że nagrodziłam jej cierpliwość smaczkiem,
które u mnie lubiła.
-
Może zjesz z nami kolację? - zaproponowała Lisa, kiedy przechodziłam przez
kuchnię i zamierzałam się pożegnać.
Mark
spojrzał na mnie ponownie w ten uważny, oceniający sposób, ale uśmiechnęłam się
lekko i pokręciłam głową.
-
Nie, dziękuję - odmówiłam delikatnie - Ktoś na mnie czeka.
To
nie była do końca prawda, ale miałam zjeść kolację z Ryanem, chociaż tego
wieczoru musieliśmy coś zamówić, bo zrobiło się późno i nie zdążyłabym niczego
ugotować.
-
Tak, oczywiście - powiedziała Lisa i też się do mnie uśmiechnęła, odpowiadając na
mój uśmiech.
Rozliczyłyśmy
się, pożegnaliśmy się i opuściłam ich dom, by udać się do swojego Forda i
pojechać do domu Ryana.
Ale
przez cały czas aż do samego wieczoru, niezależnie od tego, co robiłam i czym
były zajęte moje ręce, myślałam tylko o wyrazie twarzy Marka, kiedy patrzył na
Lisę, o tym, jak ona troszczyła się w delikatny, nienachalny sposób o jego
komfort i jak oboje starali się być blisko siebie.
Jak
dwie połówki, które trafiły za sprawą grawitacji na wspólną orbitę.
I
zazdrościłam im.
A
potem Ryan wrócił do domu, usiedliśmy do kolacji, którą zamówiłam w naszej
ulubionej tajskiej knajpce i nagle poczułam to przyciąganie, a z nim pewność
jednego.
Wiedziałam
z całą pewnością to jedno, że po zjedzeniu
naszej kolacji ja będę kończyła sprzątanie, Ryan zrobi dla nas kawę, a potem usiądziemy
na kanapie przed telewizorem i będę mogła się o niego oprzeć, a on będzie mnie mocno
trzymał w swoich objęciach, żebym miała swój bezpieczny dom.
I
moja zazdrość odeszła w zapomnienie.
*****
Cdn.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń