sobota, 23 grudnia 2023

10 - Trzymaj mnie (cz.2) - Kate

 

Rozdział 10

Trzymaj mnie (cz.2)

Kate

*****

Kwiecień

Od moich urodzin i mojego pierwszego w moim żałosnym życiu przyjęcia urodzinowego minęły trzy tygodnie, w czasie których każdą kolejną noc spędzałam w łóżku Ryana.

Coraz mniej przy tym czułam się żałosna.

Po tym pierwszym razie, kiedy Ryan zaniósł mnie na rękach do swojego łóżka, więcej nie kazałam mu tego robić.

Początkowo wchodziłam spać do jego sypialni z lekkim oporem, ale pilnował mnie do ostatniej chwili i, kiedy tylko zauważał, że zamierzałam uciec, skryć się w swojej sypialni, wciągał mnie do swojego pokoju, gasił światło w moim i zamykał drzwi za nami, żebyśmy położyli się razem w jego łóżku.

Później już się przed tym nie broniłam, a nawet to polubiłam.

Nawet, kiedy Ryan pracował na nocną zmianę i miał wrócić dopiero nad ranem, nie spałam w swoim łóżku, ale kładłam się samotnie w pościeli tego mężczyzny, który otoczył mnie bezinteresowną, tak troskliwą opieką.

Nie walczyłam z tym, bo miał rację.

Potrzebowałam tego.

A najważniejsze i najlepsze było to, że on chciał mi to dać.

Okazywał to na różne, zwykle delikatne, ale oczywiste, sposoby.

Wykorzystywałam każdy dzień, każdą noc, każdą najmniejszą nawet okazję, żeby być blisko niego, przytulać się i być przytulaną.

Po prostu tak mnie trzymaj - myślałam przy tym, nie mówiąc tego na głos, chociaż coraz częściej zdarzało mi się marzyć o czymś więcej.

Ale kiedy położyłam głowę na jego klatce piersiowej, zaciągnęłam się jego cudownym, męskim zapachem, zapominałam o całym bożym świecie, odprężałam się i odpoczywałam.

Tego dnia nie było inaczej.

To był jeden z tych tygodni, kiedy wychodziliśmy z Ryanem jednocześnie z domu, kiedy on szedł do pracy, a ja jechałam na zajęcia w college’u.

Przez te kilkadziesiąt dni spędzaliśmy naprawdę dużo czasu razem nie tylko w domu, ale też Ryan zabierał mnie do Słonecznika, jak nazywał się sklep i dom jego przyjaciół, którzy powoli stawali się moimi przyjaciółmi.

Może to za dużo powiedziane.

Nie byli moimi przyjaciółmi.

Nadal - czułam się przy nich, a zwłaszcza przy Abigail i przy Jeremym, coraz bardziej swobodnie, luźno i w ogóle dobrze.

Z zafascynowaniem obserwowałam ich pasję, ich pracę, ale nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych tematów do rozmowy.

Za to Abi i Jasmine dobrze gotowały, sprawnie poruszały się w kuchni i wiele się od nich nauczyłam, po prostu obserwując je w ich domu.

Nigdy jednak nie przyznałam im się, że nie miałam okazji nauczyć się tego w mim domu rodzinnym, bo nie miałam od kogo.

Wiosenna pogoda oznaczała, że nagle, niespodziewanie, bez uprzedzenia na dworze stało się ciepło, a nawet bardzo ciepło, do czego nie byłam przyzwyczajona i tylko w niektóre dni lało dosłownie jak z cebra.

W wolne wieczory siadaliśmy, jak to lubiliśmy, w salonie Ryana na jego kanapie przed telewizorem, by obejrzeć jakiś film, który zwykle wybieraliśmy razem po dyskusji, ale znaliśmy swój gust, więc nie były one długie ani burzliwe.

Nadal biegaliśmy prawie codziennie przed śniadaniem i zrobiliśmy z tego część naszej porannej rutyny, chociaż wciąż Ryan nie wiedział jak dużo ćwiczyłam i od czego zależała intensywność moich treningów.

Nadal głównym moim treningiem było przygotowanie do zawodów pływackich, bo niedługo miał odbyć się nasz ostateczny sprawdzian drużynowy, czyli zawody na szczeblu krajowym.

Moim priorytetem wciąż było zdobycie stypendium sportowego i utrzymanie tak wysokiej średniej nauczania, by ewentualnie utrzymać choćby częściowe stypendium naukowe.

Więc wciąż dużo uczyłam się i ćwiczyłam.

Nadal również pracowałam w klinice weterynaryjnej w weekendy, jak to ustaliłam w styczniu, więc to też wpasowało się w moją nową rutynę.

Właśnie z pracą w klinice związana była rozmowa telefoniczna, jaką powinnam odbyć tego dnia i do której się przygotowałam.

Wróciłam do domu po zajęciach i po treningu, po którym wzięłam prysznic na pływalni, więc byłam ubrana w czyste, suche ubrania i miałam w torbie treningowej mokry strój i ręcznik do rozwieszenia, by się wysuszyły.

To jednak mogło poczekać.

Byłam też głodna, bo zwykle jadaliśmy kolacje razem z Ryanem, wiec i tego dnia przygotowałam sobie w głowie to, co mogłabym ugotować z produktów, jakie mieliśmy w lodówce.

Zarówno gotowanie, jak i planowanie tego wychodziły mi o wiele lepiej niż kilka miesięcy temu, bo stały się prawie rutyną.

Okazało się to, jedno i drugie, całkiem miłe, bo oznaczały dla mnie, że miałam dla kogo gotować i o kogo dbać, a jednocześnie wiedziałam, że był ktoś, kto dbał o mnie, więc czasem mogłam zdać się na niego z planowaniem i gotowaniem posiłków.

Zdarzało się nam z Ryanem dzwonić do siebie w ciągu dnia i ustalać, co jedno z nas powinno kupić, skoro było akurat obok sklepu lub którejś z naszych ulubionych restauracji lub barów.

Tego dnia to ja miałam gotować i wiedziałam, że miałam w lodówce produkty na gulasz węgierski, więc kiedy weszłam do mieszkania, przeszłam do swojego pokoju, by zostawić tam zarówno torbę z mokrymi rzeczami z pływalni, jak i torbę z podręcznikami i brulionami z uczelni.

Zabrałam ze sobą telefon, przeszłam do kuchni i tam wyjęłam z lodówki mięso wieprzowe, które dzień wcześniej pokroiłam w kostkę razem z boczkiem i zamknęłam w pojemniku, by tego dnia mieć mniej pracy i zrobić ją szybciej.

Kolacja w takim wydaniu była moim debiutem, jak wiele podobnych, jakie przygotowałam do tej pory w kuchni Ryana.

Nigdy nie skarżył się na moje gotowanie, ale mnie samej też te potrawy wydawały się być smaczne, a nie tylko zjadliwe, więc może nie byłam taka całkiem beznadziejna w tym, co tu robiłam.

To zachęcało mnie do dalszych prób i dlatego zabrałam się do mojej pracy z prawdziwym zapałem.

Wyjęłam z szafki odpowiedni garnek, znalazłam warzywa i wrzuciłam mięso na patelnię do podsmażenia, pokroiłam cebulę i marchewkę i w myślach planowałam kolejne czynności.

Przepisów na to i inne dania uczyłam się z Internetu, a robiłam to z przyjemnością, wyszukując ciągle nowe dania, zwykle jednogarnkowe i szybkie do przygotowania, analizując je i planując pod nie zakupy, a przychodziło mi to bez trudu.

Przypominało to trochę dawkowanie leków i opiekę nad zwierzakami, z których każde przecież było inne, więc do przepisów też często podchodziłam swobodnie, indywidualnie, w miarę moich smaków i potrzeb danego dnia.

Na przykład nie lubiłam gotowanej papryki, więc w tym daniu ją ominęłam, chociaż podobno kuchnia węgierska się wręcz na niej opierała.

Kiedy już wszystkie składniki znalazły się w jednym garnku i dusiły się, przechodząc swoimi smakami i zapachami, wzięłam w końcu do ręki telefon, weszłam na swoją listę kontaktów, wybrałam numer i wcisnęłam Dzwoń.

Czekałam trzy sygnały, zanim kobieta, do której dzwoniłam, odebrała i zrobiła to z radością w głosie, która była dla mnie niewytłumaczalna.

Lisa była według mnie bardziej stonowana, spokojna i był w niej jakiś smutek, który mogłam zrozumieć, skoro została właściwie sama z synem.

- Hej, Kate! - zawołała mi do ucha, a ja mimowolnie się uśmiechnęłam na dźwięk jej głosu.

- Hej, Lisa - odpowiedziałam miękko.

- Co słychać? - Lisa spytała mnie, ale brzmiała, jakby wcale nie interesowała jej moja odpowiedź, jakby była zajęta czymś innym.

Przypomniałam sobie, że miała małe dziecko.

Dlatego właśnie przeszłam od razu do rzeczy.

- W tym tygodniu wypada termin szczepienia i badania kontrolnego Blondi - przypomniałam jej - Najlepiej byłoby, by jej nie stresować, żebym ja to zrobiła. Mnie już zna. Nie pracuję codziennie. Jeśli nie możesz podjechać do kliniki w sobotę, kiedy będę pracowała, mogę przywieźć szczepionkę do ciebie do domu. Później załatwiłybyśmy wpis do książeczki i pieczątkę mojej szefowej, bo ja nadal nie mam uprawnień.

- Och! - zawołała Lisa, już bardziej skupiona na rozmowie ze mną - Prawda! Ale wiesz… - przerwała na chwilę i wyglądało, jakby komunikowała się z kimś bez słów poza naszą rozmową - Może przyjedź do mnie. Mark wrócił - dodała z naciskiem na imię swojego męża.

- Och! - zawołałam zaskoczona, bo wiedziałam, że minął cały rok odkąd mieszkała samotnie w wielkim domu, czekając na jego powrót, kiedy jej teściowie usilnie namawiali ją, by zamieszkała z nimi.

- Tak - szepnęła Lisa - Kiedy przyjedziesz do nas, poznasz go. Opowiadałam mu o tobie i chce cię poznać - dodała łagodnie.

To nie był pierwszy raz, kiedy pomyślałam sobie, jaką była tak naprawdę szczęściarą, bo miała kogoś, na kogo mogła liczyć, na kim mogła się oprzeć, a także kogoś, na kogo czekała, aż się doczekała.

- Cieszę się z twojego szczęścia, Słonko - powiedziałam jej prawdę taką, jaką w tej chwili czułam.

- Dziękuję - powiedziała cicho Lisa, a potem szybko dodała - Umówmy się na najbliższy dzień, kiedy będziesz mogła do nas podjechać, a potem załatwimy to z książeczką Blondi. Dobrze?

- Oczywiście - powiedziałam, bo sama wcześniej pomyślałam, że takie rozwiązanie byłoby dla niej najwygodniejsze - Jeśli nie będę wam przeszkadzać - dodałam szybko swój warunek.

- Nie będziesz - odparła z pewnością w głosie Lisa, więc natychmiast zaproponowałam jej, że przyjadę do nich w najbliższy mój wolny wieczór, czyli za trzy dni, po moich zajęciach na uczelni.

Szczepionki miałam już naszykowane, miałam je nawet w domu przy sobie i rozmawiałam wcześniej z szefową o takim rozwiązaniu, żeby nie narazić jej się samowolką w tej kwestii.

Przytaknęła mi i zgodziła się podpisać iniekcję i parametry zdrowia Blondi, które miałam sprawdzić u Lisy w domu.

Powiedziałam to wszystko kobiecie, z którą rozmawiałam przez telefon, a potem pożegnałyśmy się i rozłączyłyśmy, a ja odłożyłam swój telefon na blat kuchenny i podeszłam do garnka, by zamieszać i sprawdzić gulasz.

Spróbowałam go, dodałam trochę soli, a potem przykryłam garnek pokrywką z zadowoleniem stwierdzając, że był całkiem dobry.

Pozostało mi tylko czekanie na powrót Ryana do domu z pracy.

Nagłym błyskiem nawiedziła mnie myśl, że ja też byłam szczęściarą.

Miałam przy boku wspaniałego mężczyznę, na którym zależało mi nawet może za bardzo, który miał niedługo wrócić z pracy i mieliśmy w perspektywie spędzenie wspólnego, spokojnego wieczoru.

Nie roztrząsałam tej myśli, ale utkwiła we mnie.

Godzinę później, kiedy siedzieliśmy z Ryanem przy blacie wyspy nad naszymi talerzami z gulaszem, opowiedziałam mu o Lisie i umówionym spotkaniu, chociaż nie wspomniałam mu o Marku, jak wcześniej nie mówiłam mu o tym, że Lisa mieszkała sama z synem.

Ot, po prostu ustalaliśmy nasz wspólny kalendarz i poinformowałam go o zajętym popołudniu.

Kiedy jednak zjedliśmy, posprzątaliśmy i wstawiałam naczynia do zmywarki, a Ryan robił dla nas kawę, ogarnęła mnie melancholia, która długo czaiła się tuż pod moją skórą.

Ryan ruszył w stronę salonu ze swoją kawą, ja zabrałam swój kubek i ruszyłam za nim, a potem usadziliśmy się na kanapie.

Odstawiłam kubek z kawą na stoik, przechyliłam się w stronę Ryana, a on odstawił swój i wyciągnął rękę nad oparciem, by objąć mnie ramieniem w ten naturalny sposób, który mówił mi i mówiłby wszystkim dookoła, gdyby tacy byli, że robiliśmy to wiele, wiele razy.

 Wtuliłam się w jego gorącą, twardą klatkę piersiową, poczułam jego mocne ramię zamykające się  dookoła mojego ciała i wciągnęłam do nosa ten jego cudowny zapach bergamotki i wanilii, który był dla mnie zapachem bezpieczeństwa i odpoczynku.

- Kitty? - mruknął Ryan pytająco.

- Po prostu tak mnie trzymaj - wybełkotałam bez kontroli coś, co krążyło mi w myślach od dawna, ale nie miałam zamiaru tego mówić na głos.

- Okej, Kociaku - powiedział półgłosem mężczyzna.

To wtedy po raz pierwszy przyszło mi na myśl coś, co było absurdem, bo ja tego nie umiałam.

Kochałam Ryana.

Nie kochałam nigdy nikogo,

Nie miałam w rodzinie dobrych wzorców kochania.

Nie mogłam umieć kochać.

Więc skąd ta myśl?

*****

Kilka dni później…

Zaparkowałam swoim Eco Sportem na podjeździe domu Lisy i Marka, zgasiłam silnik, odpięłam pasy, wysiadłam i zatrzasnęłam drzwi, by natychmiast przejść do tylnych i otworzyć je, żeby zabrać stamtąd swoją torebkę, torbę ze szczepionkami dla Blondi i stetoskopem.

Kiedy zamykałam samochód, drzwi wejściowe do domu otworzyły się i stanął w nich mężczyzna, który mógł być tylko panem tego domu.

Mężem Lisy.

Był bardzo wysoki i bardzo szczupły.

Wręcz chudy i żylasty.

Miał bardzo krótko obcięte, ciemne włosy, gładko ogoloną twarz i ciemne, bystro patrzące oczy.

W poprzek jednego policzka biegła mu czerwona, nie do końca zabliźniona szrama, a o chorobliwości jego chudości świadczyły żylaste przedramiona i sterczące kości policzkowe, a także zapadnięte oczy.

- Hej. Mark? - zawołałam do niego, nie oddalając się na razie od mojego samochodu - Jestem Kate.

Skinął mi głową bez słowa i bez uśmiechu, ale nie poczułam się urażona.

Przecież wiedziałam, że był porwany, wiedziałam, że spędził poza swoim domem cały rok i nie mogło to być w żaden sposób przyjemne czy zabawne.

Na pewno był przez to jeszcze bardziej nieufny wobec obcych ludzi niż ja kiedykolwiek byłam, więc nie miał powodu, by witać mnie z jakimkolwiek dowodem sympatii na twarzy.

- Wejdź do domu - mruknął i cofnął się o krok.

Poszłam w kierunku drzwi, naciskając po drodze pilota, by zabezpieczyć swojego Forda, przeszłam przez nie i od razu zostałam napadnięta powitalnym tańcem Blondi.

- Blondi, siad - zahuczał niskim głosem Mark, a sunia natychmiast go posłuchała i przysiadła na tyłku, nie przestając poruszać ogonem po podłodze.

- Cześć, Blondi - zawołałam do niej ciepło, na co cicho jęknęła.

- Lubi cię - stwierdził Mark, co odebrałam jako akceptację.

Jakby sympatia psa była dowodem na to, że nie byłam złym człowiekiem.

Cóż, sama często tak samo oceniałam ludzi, bo zwierzęta potrafiły wyczuć, kiedy ktoś miał złe intencje lub był fałszywy.

Więc aprobowałam to.

- Kate! - usłyszałam okrzyk Lisy i odwróciłam się w jego kierunku, żeby zobaczyć rudowłosą kobietę biegnącą do nas z Dannym na ręku.

Mark spojrzał tam, ruszył w ich stronę, a wtedy stał się cud.

Oglądałam to z zafascynowaniem.

Jego twarz zmieniła się całkowicie!

Złagodniała, wygładziła się, a przez to odmłodniała.

Pomyślałam, że to właśnie była czysta miłość.

Lisa zbliżyła się do niego, a Danny wyciągnął rączki do swojego taty i zaśmiał się rozkosznie, jak tylko dzieci potrafią się śmiać.

Ja naprawdę nie lubiłam małych dzieci, ale ten bobas w tej chwili był czymś, co mogłabym pokochać.

Mark wziął syna na ręce, kiedy Lisa stwierdziła oczywiste - Już się poznaliście. Mark - zwróciła się do swojego męża - Kate bardzo mi pomagała przy Blondi, kiedy rodziłam Danny’ego, chociaż sama miała wtedy problem z pracą w klinice weterynaryjnej.

- Och - machnęłam lekceważąco dłonią - To nie było nic wielkiego. Skoro obiecałam, musiałam tego dotrzymać. Byłyśmy umówione, a ty przecież mi zapłaciłaś.

Tak, zapłaciła osobiście mi, a nie klinice, więc miałam wtedy dodatkowe źródło dochodu, a tak naprawdę koszty ponosił Ryan, bo w jego domu mieszkałyśmy, ale tego już nie dodałam, bo nie chciałam wnikać w szczegóły mojego życia osobistego.

- Powiedz mi gdzie mogę obejrzeć Blondi i zrobić jej zastrzyk - przeszłam do konkretów, wskazując przechyleniem głowy w bok na swoją torbę.

- Może w pomieszczeniu gospodarczym - podpowiedziała Lisa, kierując się jako pierwsza w odpowiednią stronę, a ja od razu ruszyłam za nią, bo znałam już rozkład ich domu - Blondi, idziemy - Lisa zawołała psa, poklepując się po udzie.

Wszyscy, nie tylko sunia, wykonaliśmy jej polecenie.

Zabrałam się do pracy, będąc pilnie obserwowana przez Marka i Danny’ego, który grzecznie siedział w zgięciu ramienia tego mrocznego mężczyzny.

Lisa kilka razy podchodziła do drzwi, spoglądała na nich, zerkała na mnie, na sunię, a potem głaskała po główce synka lub męża i szła z powrotem do kuchni, gdzie pichciła coś na ich kolację.

Kiedy skończyłam, schowałam do torby stetoskop i notatnik, w którym zapisałam obserwacje do przekazania mojej szefowej oraz pozostałości po iniekcji i rękawiczki, by wyrzucić je w odpowiedni sposób w naszej klinice.

Mark w tym czasie odstąpił od drzwi, Blondi wciąż machała ogonem, zadowolona z uwagi, jaką jej poświęcałam tym bardziej, że nagrodziłam jej cierpliwość smaczkiem, które u mnie lubiła.

- Może zjesz z nami kolację? - zaproponowała Lisa, kiedy przechodziłam przez kuchnię i zamierzałam się pożegnać.

Mark spojrzał na mnie ponownie w ten uważny, oceniający sposób, ale uśmiechnęłam się lekko i pokręciłam głową.

- Nie, dziękuję - odmówiłam delikatnie - Ktoś na mnie czeka.

To nie była do końca prawda, ale miałam zjeść kolację z Ryanem, chociaż tego wieczoru musieliśmy coś zamówić, bo zrobiło się późno i nie zdążyłabym niczego ugotować.

- Tak, oczywiście - powiedziała Lisa i też się do mnie uśmiechnęła, odpowiadając na mój uśmiech.

Rozliczyłyśmy się, pożegnaliśmy się i opuściłam ich dom, by udać się do swojego Forda i pojechać do domu Ryana.

Ale przez cały czas aż do samego wieczoru, niezależnie od tego, co robiłam i czym były zajęte moje ręce, myślałam tylko o wyrazie twarzy Marka, kiedy patrzył na Lisę, o tym, jak ona troszczyła się w delikatny, nienachalny sposób o jego komfort i jak oboje starali się być blisko siebie.

Jak dwie połówki, które trafiły za sprawą grawitacji na wspólną orbitę.

I zazdrościłam im.

A potem Ryan wrócił do domu, usiedliśmy do kolacji, którą zamówiłam w naszej ulubionej tajskiej knajpce i nagle poczułam to przyciąganie, a z nim pewność jednego.

Wiedziałam z całą pewnością to jedno, że po zjedzeniu naszej kolacji ja będę kończyła sprzątanie, Ryan zrobi dla nas kawę, a potem usiądziemy na kanapie przed telewizorem i będę mogła się o niego oprzeć, a on będzie mnie mocno trzymał w swoich objęciach, żebym miała swój bezpieczny dom.

I moja zazdrość odeszła w zapomnienie.

*****

Cdn.


1 komentarz: