Rozdział 14
Ufasz mi?
Kate
(Część 2)
*****
Tydzień później…
Miałam
na sobie sandałki na niewysokim obcasie i niebieską sukienkę koktajlową z
miękkiej wiskozy, w której czułam się swobodnie, ale była elegancka, a na
dodatek podobała się mojemu mężczyźnie, co widziałam po jego gorącym spojrzeniu,
jakim mnie obrzucił, kiedy mnie w niej zobaczył.
Wychodziliśmy
z Ryanem z domu, bo szliśmy na huczną imprezę rocznicową, która, jak się
dowiedziałam od Maggie, odbywała się co roku.
Była
to siódma rocznica ślubu Evy i Jimmy’ego.
Maggie
opowiadała mi przy okazji naszych niedawnych wspólnych zakupów ubraniowych w
galerii handlowej, że Jimmy wyprawił ich pierwszą rocznicę ślubu w takiej
formie, jakby to był ich ślub i
wesele, bo pobrali się na szybko w szpitalu, kiedy Eva była chora i od tej pory
zawsze tak świętowali, bo Jimmy to tak urządzał.
Wcześniej
nie wiedziałam o tym wszystkim, o chorobie Evy i tego, jak Jimmy się jej
oświadczył, i z prawdziwym wzruszeniem słuchałam opowieści o tym wydarzeniu, a
później Eva również mi opowiadała to, jak widziała je swoimi oczami i z
pokazywaniem milionów zdjęć.
Moje
wzruszenie wynikało z tego, że szczerze cieszyłam się, że moja kochana ciocia
Eva miała takiego cudownego mężczyznę przy swoim boku jako męża po tym, jak w
wypadku samochodowym straciła pierwszego i swoją córkę z nienarodzonym wnukiem.
Troskliwość
Ryana, nasze rozmowy i dobre rady Evy doprowadziły do tego, że zaczęłam chodzić
na terapię i byłam już po trzech spotkaniach z poleconą mi psychoterapeutką,
która najpierw potwierdziła diagnozę, jaką usłyszałam lata temu od szkolnej
pedagog, a potem ustaliła ze mną i z Ryanem plan terapii.
Fitoreksja,
o której usłyszałam w szkole, ale nigdy nie zagłębiałam jej tematu, bo nie
zamierzałam nic z nią robić samodzielnie, bo nie miałam do tego motywacji, ma
być zaburzeniem psychicznym, które polega na obsesyjnym dążeniu do osiągnięcia idealnej, wysportowanej sylwetki.
Czymkolwiek
jest idealna sylwetka.
Wszystko
się zgadzało, ale moja terapeutka, Sia, powiedziała nam, że terapia nie
będzie polegała na kontrolowaniu
mnie, tego co jadłam lub mojej obsesji liczenia kalorii, ale na ustaleniu przyczyny nieprawidłowego postrzegania
przeze mnie mojej sylwetki.
Pytanie
brzmiało: dlaczego uważałam się za
brzydką i nieatrakcyjną.
I
dopiero potem zaczęlibyśmy łagodzić złe skutki tych przyczyn, bo moim problemem
nie było samo jedzenie, ćwiczenie lub kalorie, ale to, w jaki sposób widziałam
siebie, jak podchodziłam do swojej sylwetki i o moje dobre samopoczucie.
Ryan
nie wypowiadał się dużo podczas naszych spotkań, dał mówić mi samej za siebie,
ale to on spowodował, że Sia i ja ustaliłyśmy, że tak naprawdę miałam bardzo
niską samoocenę.
Nie
chciałam o tym mówić.
Nie
podobało mi się to, co ustaliliśmy, bo oznaczało, że będę musiała opowiadać o moim dzieciństwie, o rodzicach i naszych
relacjach, a była to obca kobieta, do której nie miałam zaufania.
Na
szczęście przy większości naszych spotkań miał być obecny Ryan.
A
jemu ufałam.
Dlatego
całkiem dobrze poradziłam sobie na tych kilku spotkaniach, które odbyliśmy w
ciągu tych dwóch tygodni.
Ale
teraz nie do końca było mi lekko i radośnie, bo dwa dni temu zawaliłam na całej
linii i ponownie prawie zraniłabym
Ryana, bo wykazałam się wobec niego za małą wiarą.
Na
szczęście chyba o tym się nie dowiedział, ale i tak czułam się z tym źle, bo ja wiedziałam, że niewystarczająco wierzyłam
w jego umiejętności, w siłę jego charakteru i w to, że zawsze sobie poradzi w tym, co robi.
Byłam
w jego pracy już wcześniej dwa czy trzy razy, znałam zarówno rozkład
pomieszczeń służbowych, jak i wiedziałam kogo poprosić o pomoc w dostaniu się
do jakiegoś, kiedy miałam coś podać mu lub poczekać na Ryana, kiedy ten był
zajęty swoją pracą.
Tym
razem pojechałam po mojego mężczyznę, bo dopadła go karma i to jego pickup był
w warsztacie, więc był skazany na dojazdy wszędzie z kimś, kto jechał w tę samą
stronę, co on lub na jego prośbę podrzucał go w wybrane miejsce.
Wiedziałam
doskonale, jak bardzo było to niewygodne i niemiłe, więc nawet się z niego za
bardzo nie wyśmiewałam.
No,
może raz mu wypomniałam, jak kiedyś
zabrał mi samochód i byłam zdana na łaskę innych.
Byłam
na lotnisku o pół godziny za wcześnie, więc nie czekałam w swoim Fordzie, bo
byłoby to bez sensu, a zaparkowałam go na stałym miejscu Ryana i, kierując się
pamięcią, poszłam do pomieszczeń służbowych.
Przywitałam
się po drodze z jednym, a potem z drugim ochroniarzem, którzy zwykle na mój
widok już szczerzyli zęby, jakby szykowali się do zrobienia żartu mojemu
mężczyźnie, ale tego dnia byli dziwnie poważni i skupieni na słuchaniu czegoś
ze swoich komunikatorów.
Jakkolwiek
nazywało się to, co mieli w uszach i na nadgarstkach.
Przed
wejściem do pokoju monitoringu, w którym jeszcze nigdy nie czekałam na Ryana,
chociaż znałam już go, zatrzymałam się, by jeden z nich wpisał kod na panelu
przy drzwiach, otworzył je i mnie wpuścił do środka, samemu pozostając na
korytarzu.
Byli
bardzo zajęci, co może było niepokojące, ale to była ich praca.
Nie
pytałam.
Oni
mieli swoją pracę, ważną pracę, a ja
byłam tam tylko przypadkiem, na chwilę, i miałam poczekać, prawdopodobnie
bezczynnie, na mojego narzeczonego.
Weszłam,
rozejrzałam się, jak za pierwszym razem, kiedy tam byłam, z wielkim
zaciekawieniem i zamarłam.
Pokój
był niesamowity.
Wyposażony,
jak widywałam to na filmach kryminalnych, w bardzo dużo monitorów, które
pokazywały obraz z wielu kamer.
Mogłam
na nich zobaczyć różne miejsca z lotniska, które już znałam i takie, które były
mi obce.
Ale
tego dnia, wyjątkowo, siedział przed nimi tylko jeden facet, który na dodatek odwrócił
do mnie głowę tylko na krótką chwilę, coś do mnie mruknął na powitanie, a potem
znowu skupił wzrok na obrazie z kamer.
Spojrzałam
na nie i ja.
A
kiedy zobaczyłam, co śledził, przeskakując z jednej kamery na inną na
największym monitorze, zamarłam ponownie.
Tym
razem mój oddech przyspieszył, oczy rozszerzyły się ze strachu, a ręce same
powędrowały do oparcia krzesła, które znalazło się przede mną.
Zacisnęłam
na nim palce.
Nie
wiedziałam, jakim cudem przebyłam te kilka kroków, jakie dzieliły mnie od drzwi
do tego wolnego stanowiska.
Na
monitorze obraz pokazywał pościg za jakimś młodym mężczyzną i to nie byłoby złe
samo w sobie, ale ci, którzy gonili, trzymali w dłoniach broń, podobnie jak ten, który uciekał.
Działo
się to wszystko tuż za głównym wejściem do hali i wyglądało, jakby mężczyzna,
który uciekał, próbował wymknąć się na parking.
Uciekając,
czasem strzelał za siebie na oślep, a podróżni, którzy byli w pobliżu,
przykucnęli na posadzkę, kryjąc się za swoim bagażem i za filarami, które
wspierały dach, i chyba krzyczeli.
Obraz
był bez dźwięku, ale widziałam ich otwarte usta i przerażenie widoczne na ich
twarzach.
A
jednym z goniących, którzy byli najbliżej uciekającego, był Ryan, który znalazł
się tam niespodziewanie, wyskoczywszy z drzwi, o których istnieniu nawet nie
wiedziałam.
O,
Jezus Maria, nie!
Kiedy
uciekinier strzelił do tyłu, nie patrząc tam i nie celując, przez co mógł trafić w Ryana, pisnęłam ze
strachu.
Widziałam
tylko ten monitor i Ryana.
Facet,
siedzący przed monitorami, spojrzał na mnie i zmarszczył brwi, a potem
usłyszałam, chociaż to do mnie nie w pełni dotarło, jak powiedział, chyba do
mikrofonu:
-
Riss jesteś wolny, żeby tu przyjść?
Nie
poczułam upływu czasu, ale nie minęło go wiele, kiedy drzwi za mną się
otworzyły i zerknęłam na nie, by zobaczyć mężczyznę, o którym wiedziałam,
że był najbliższym kumplem Ryana, który
z nim pracował.
Wystarczył
mu jeden rzut oka na moją przestraszoną twarz, by podszedł szybko do mnie i
złapał mnie za ramię.
Odwróciłam
wzrok na monitory, ale Riss potrząsnął mną delikatnie, by zwrócić moją uwagę na
siebie.
-
Kate - powiedział poważnym, sugestywnym tonem - Wszystko jest pod kontrolą.
Jak to pod
kontrolą?
- pomyślałam - Przecież Ryan jest tam i
mógł zostać ranny, a może nawet zginąć.
-
On…. Tam… - zaczęłam bezradnie i machnęłam ręką w kierunku monitorów.
-
Ryan wie, co robi - powiedział Riss z
naciskiem i zdecydowanym ruchem odwrócił mnie plecami do monitorów.
-
On nie może zginąć - powiedziałam bezradnie - Nie mogę go stracić!
Oficjalnie:
zaczynałam histeryzować!
O,
nie, nie mogłam tego zrobić, nie publicznie, nie w pracy Ryana.
Nie
mogłam przynieść mu wstydu.
Coraz
bardziej czułam, że opanowywała mnie panika, więc zrobiłam to, co zawsze
robiłam w takiej sytuacji.
Skupiłam
się na powtarzaniu sobie jak mantra w duchu słów - Oddychaj, Kate, oddychaj. Wdech i wydech. Oddychaj…
Riss
chyba zauważył, że starałam się opanować, bo jego wzrok złagodniał, mężczyzna
wyprostował się i powiedział:
-
O, właśnie tak. Będzie dobrze. Ryan jest najlepszy
w tym, co robi.
Objął
mnie jedną ręką za ramiona i poprowadził do najbliższego krzesła, a ja
pozwoliłam się tam posadzić, kiedy powoli się uspokajałam.
-
Tak. Wiem - powiedziałam w końcu.
-
Ufasz mu - bardziej stwierdził niż zapytał przyjaciel mojego narzeczonego.
Skinęłam
głową i potem się zastanowiłam, bo to pytanie wracało do mnie w ostatnich
tygodniach tak często, że musiało być coś na rzeczy.
Widocznie
chodziło o zaufanie nie tylko w kwestii mojego zdrowia, naszej relacji, ale też
w sprawach codziennych.
A
teraz okazało się, że również w sprawie pracy Ryana.
-
Tak - powiedziałam wreszcie pewnym głosem - On zawsze mnie obroni i sam wyjdzie
obronną ręką ze wszystkich sytuacji.
Riss
popatrzył na mnie, jakby nie do końca mi wierzył.
-
Okej - powiedział wreszcie, a ja odetchnęłam.
Riss
wierzył w Ryana, chociaż nie wierzył we mnie.
Chyba
jednak mogłam mieć nadzieję, że nic nie powie Ryanowi o moim nagannym
zachowaniu sprzed kilku minut.
-
Po prostu boję się go stracić - wyjaśniłam, patrząc na swoje palce, które
splotłam na kolanach i nie mając odwagi podnieść wzrok.
-
To nic złego - powiedział łagodnie Riss, więc spojrzałam na niego ze
zdziwieniem - Tak samo martwią się wszystkie nasze mamy, siostry, żony.
Zacisnął
na chwilę wargi, podniósł wzrok na monitory, a potem spojrzał na mnie i
uśmiechnął się trochę jakby smutno.
-
Kochasz go - stwierdził.
Nic
nie odpowiedziałam.
Nie
musiałam.
Również
nie poprosiłam go, żeby nic nie mówił Ryanowi, bo uznałam, że i tak zrobi to,
co sam uzna za słuszne.
Ale
przez to wszystko czułam się niepewnie i źle, kiedy wychodziłam z moim
narzeczonym na przyjęcie rocznicowe do mojej cioci i jej męża.
*****
Kilka godzin
później…
Siedziałam
przy okrągłym stole między kilkoma przyjaciółkami Evy i słuchałam tego, w jaki
sposób te kobiety opowiadały o swoich mężach.
A
dokładniej w skupieniu słuchałam tego, z jakim zachwytem, dumą i uśmiechem miłości opowiadały o ich zaangażowaniu
w pracę.
Żaden
z nich nie miał bezpiecznej pracy za biurkiem.
Nie
mogłam tego zrozumieć, dlaczego żadna z nich nie bała się o swojego męża, nie
panikowała, codziennie czekając na niego w domu, kiedy wracał spóźniony z
pracy.
Wszystkie
były zakochane po uszy w swoich facetach, ale nie wpadały w histerię na myśl o
niebezpieczeństwach, jakie tam na nich czekały.
Po
prostu wymieniały się zabawnymi historiami na przykład o tym, jak to musiały
wywabiać plamy z ropy lub sadzy nawet z bokserek, bo tak głęboko wsiąkło to, co
akurat musieli neutralizować przy jakimś wypadku, z którego ratowali ludzi.
Albo
też na przykład o tym, jak wyszukiwały nowych metod wywabiania plam z krwi,
które wsiąkły w spodnie, koszulki lub skarpetki.
Albo
zamiast takich historii, wymieniały się sposobami ochrony opatrunków przed
zamoczeniem, kiedy ich ranny mężczyzna miał wziąć prysznic.
Właśnie
Alice skończyła z przejęciem opowiadać o rewelacyjnym
działaniu na plamy boraksu, kupowanego w aptece środka odkażającego.
Znałam
ten środek z zastosowań w weterynarii, bo używaliśmy boranu sodu przy
neutralizacji zapachu psich i kocich odchodów, a także przy leczeniu grzybic
skóry zwierząt, ale tego zastosowania, o którym usłyszałam od Alice, nie
znałam.
A
może po prostu do tej pory mnie interesowało.
Z
mojej drugiej strony Maggie rozmawiała z Anią i śmiała się z jakiegoś żartu,
więc zaczęłam się jej przysłuchiwać z cichą nadzieją na zmianę tematu.
-
Owinęłam mu rękę folią spożywczą, a kiedy Jim to zobaczył, zapytał mnie czemu
chcę schować rękę jego taty do lodówki - zaśmiała się Maggie, kiedy mówiła o prysznicu
Davida po tym, jak skaleczył się szkłem podczas wchodzenia do płonącego
magazynu i miał obandażowane całe przedramię.
Spojrzałam
na Davida, który siedział dwa stoliki dalej z mężczyznami i jako jedyny z nich miał
na sobie koszulę z długim rękawem.
Więc
wciąż chodziło o to samo.
To
był dokładnie ten moment, kiedy Sophie zauważyła moją minę, która była reakcją
na ich zachowanie i ich słowa.
Kate
- zawołała, a ja zwróciłam na nią swoją uwagę.
-
To nie tak, że lekceważymy możliwość, że któryś z nich zostanie ranny - powiedziała do mnie, patrząc na mnie z
powagą, ale nie pochylając się w moją stronę, więc wszystkie z kobiet usłyszały
jej słowa.
Zamilkły
i zwróciły na mnie wzrok.
Byłam
w centrum ich uwagi i nie wiedziałam, co miałam z tym zrobić.
-
Ja… - wciągnęłam głęboki wdech i pociągnęłam swoją wypowiedź już bez
zastanawiania się nad tym, czy nie powiem im za dużo - Boję się, że Ryanowi coś się stanie w pracy.
-
Kochanie - powiedziała Maggie ciepło - Każda z nas to przeżywała.
Przeniosłam
wzrok stopniowo od jednej do drugiej, a potem do następnej, by się przekonać,
że wszystkie patrzyły na mnie
dokładnie tak samo i wszystkie kiwały głowami.
-
No bo… - kontynuowałam - Wy jesteście takie zrelaksowane, żartujecie, mówicie o
tym tak spokojnie. A ich praca to wieczne
ryzykowanie.
-
Znasz nasze historie, Słonko, tak? - stwierdziła Sophie, a ja mogłam tylko
skinąć głową, potwierdzając to.
Żadna
z nich nie mówiła o tym, co przeżyły inne, ale wszystkie opowiadały mi o ty, co
same przeżyły, wiec tak, znałam ich
historie.
-
Więc wiesz, że każda z nas zna ryzyko od tej ciemnej, najgorszej strony - kontynuowała Sophie, a ja znowu przytaknęłam,
bo zgadzałam się z tym stwierdzeniem w stu procentach.
-
Dlatego podchodzimy do tego nie lekko,
ale inaczej - powiedziała nagle Ania,
która do tej pory była najbardziej milcząca i przeniosłam na nią wzrok.
-
Jak chcesz, to opowiem ci, jak myślałam, że stracę Jimmy’ego - usłyszałam nagle
za plecami łagodny głos Evy, a kiedy odwróciłam głowę w jej stronę, moja ciocia
przeszła dookoła mojego krzesła i przyciągnęła sobie jedno wolne z sąsiedniego
stolika, by usiąść blisko mnie.
Miałam
dziwne wrażenie, że wszystkie obecne kobiety doskonale znały tę opowieść, ale
żadna się nie odezwała.
Wszystkie
tak samo wysłuchałyśmy jej opowieści.
-
Kiedy już wiedziałam, że z Jimmy’m wszystko będzie dobrze i - opowiadała Eva po
wstępie, w którym powiedziała mi o jaki wypadek chodziło i jak czuła się
bezpośrednio po nim - naszła mnie refleksja. Pomyślałam, że byłam taką szczęściarą. Dostałam znak od kogoś
z góry, że powinnam się cieszyć każdą sekundą z moim ukochanym, jaką mi dano,
bo mam te sekundy, bo byliśmy razem.
Wiesz sama, ze był w moim życiu taki czas, kiedy myślałam, że już nigdy nie
będę tego miała. Ale dostałam drugą szansę. Może nawet lepszą
niż pierwszą.
Eva
pochyliła się w moją stronę, położyła mi dłoń na kolanie i szepnęła z uczuciem:
-
Wykorzystaj swoją szansę na
szczęście. Nie martw się tym, co może
się stać, bo nie masz na to wpływu. Daj Ryanowi i sobie tyle szczęśliwych
chwil, ile jesteś w stanie zdobyć.
Oniemiała
skinęłam głową, a w gardle czułam gulę, która przeszkadzała mi w oddychaniu,
więc musiałam przełknąć.
To
nie było łatwe, podobnie jak wiedziałam, że nie będzie łatwe sprostanie temu
zadaniu.
Nie
z moimi doświadczeniami.
*****
Godzinę później…
Wychodziliśmy
parami z przyjęcia i żegnaliśmy się w lobby, kiedy podeszła do mnie Maggie,
korzystając z chwilowego zamieszania i z tego, że Ryan został odciągnięty na
bok przez Marka.
-
Kate - powiedziała do mnie cichym głosem, ale nie całkiem szeptem - Pamiętaj,
że masz nas.
Spojrzałam
na nią z brakiem zrozumienia.
-
Mówię o tym, o czym rozmawiałyśmy - wyjaśniła mi, a ja skinęłam głową i
zerknęłam na mojego faceta - Jak masz jakiekolwiek wątpliwości - na te słowa
Maggie spojrzałam znowu na jej ciepłą, jasną twarz - zawsze możesz zadzwonić do
którejkolwiek z nas.
Przytaknęłam,
bo już wcześniej byłam pewna, że mogłam.
-
Masz mój numer? - zapytała mnie Maggie, a ja pokręciłam głową, bo miałam tylko numer
Evy i to przez nią kontaktowałam się z pozostałymi kobietami - To zapisz -
rozkazała ta drobna, delikatna kobietka.
Wyjęłam
swój telefon z torebki, włączyłam go i posłusznie wpisałam ciąg cyfr, by
później zapisać je pod jej imieniem.
-
Prześlij mi dzwonek, to prześlę ci wizytówki innych kobiet - zaprosiła mnie
Maggie, a ja ponownie skinęłam głową, bo tak,
chciałam tego.
-
A jak będziesz miała większy kłopot lub potrzebowała innego wsparcia - Maggie obejrzała się przez ramię na Alice, która
akurat przechodziła przez drzwi wyjściowe, by razem ze swoim mężem, Eddiem
pójść na parking do ich samochodu - Alice wprowadziła mnie do grupy wsparcia
żon policjantów.
Otworzyłam
szeroko oczy, bo nie spodziewałam się, żeby Maggie tego potrzebowała.
-
David pracuje czasem dla SWAT - wyjaśniła mi - I to jest nawet bardziej
niebezpieczne niż praca w straży pożarnej, chociaż w inny sposób.
I
z tym mnie zostawiła.
Ale
już wtedy wiedziałam, że będę miała od kogo dowiadywać się, jak pokazywać
mojemu mężczyźnie, że mu ufałam.
Że
wierzyłam, że był dobry w tym, co robił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz