poniedziałek, 8 stycznia 2024

14 - Ufasz mi? (Część 2)

 

Rozdział 14

Ufasz mi?

Kate

(Część 2)

 

*****

Tydzień później…

Miałam na sobie sandałki na niewysokim obcasie i niebieską sukienkę koktajlową z miękkiej wiskozy, w której czułam się swobodnie, ale była elegancka, a na dodatek podobała się mojemu mężczyźnie, co widziałam po jego gorącym spojrzeniu, jakim mnie obrzucił, kiedy mnie w niej zobaczył.

Wychodziliśmy z Ryanem z domu, bo szliśmy na huczną imprezę rocznicową, która, jak się dowiedziałam od Maggie, odbywała się co roku.

Była to siódma rocznica ślubu Evy i Jimmy’ego.

Maggie opowiadała mi przy okazji naszych niedawnych wspólnych zakupów ubraniowych w galerii handlowej, że Jimmy wyprawił ich pierwszą rocznicę ślubu w takiej formie, jakby to był ich ślub i wesele, bo pobrali się na szybko w szpitalu, kiedy Eva była chora i od tej pory zawsze tak świętowali, bo Jimmy to tak urządzał.

Wcześniej nie wiedziałam o tym wszystkim, o chorobie Evy i tego, jak Jimmy się jej oświadczył, i z prawdziwym wzruszeniem słuchałam opowieści o tym wydarzeniu, a później Eva również mi opowiadała to, jak widziała je swoimi oczami i z pokazywaniem milionów zdjęć.

Moje wzruszenie wynikało z tego, że szczerze cieszyłam się, że moja kochana ciocia Eva miała takiego cudownego mężczyznę przy swoim boku jako męża po tym, jak w wypadku samochodowym straciła pierwszego i swoją córkę z nienarodzonym wnukiem.

Troskliwość Ryana, nasze rozmowy i dobre rady Evy doprowadziły do tego, że zaczęłam chodzić na terapię i byłam już po trzech spotkaniach z poleconą mi psychoterapeutką, która najpierw potwierdziła diagnozę, jaką usłyszałam lata temu od szkolnej pedagog, a potem ustaliła ze mną i z Ryanem plan terapii.

Fitoreksja, o której usłyszałam w szkole, ale nigdy nie zagłębiałam jej tematu, bo nie zamierzałam nic z nią robić samodzielnie, bo nie miałam do tego motywacji, ma być zaburzeniem psychicznym, które polega na obsesyjnym dążeniu do osiągnięcia idealnej, wysportowanej sylwetki.

Czymkolwiek jest idealna sylwetka.

Wszystko się zgadzało, ale moja terapeutka, Sia, powiedziała nam, że terapia nie będzie polegała na kontrolowaniu mnie, tego co jadłam lub mojej obsesji liczenia kalorii, ale na ustaleniu przyczyny nieprawidłowego postrzegania przeze mnie mojej sylwetki.

Pytanie brzmiało: dlaczego uważałam się za brzydką i nieatrakcyjną.

I dopiero potem zaczęlibyśmy łagodzić złe skutki tych przyczyn, bo moim problemem nie było samo jedzenie, ćwiczenie lub kalorie, ale to, w jaki sposób widziałam siebie, jak podchodziłam do swojej sylwetki i o moje dobre samopoczucie.

Ryan nie wypowiadał się dużo podczas naszych spotkań, dał mówić mi samej za siebie, ale to on spowodował, że Sia i ja ustaliłyśmy, że tak naprawdę miałam bardzo niską samoocenę.

Nie chciałam o tym mówić.

Nie podobało mi się to, co ustaliliśmy, bo oznaczało, że będę musiała opowiadać o moim dzieciństwie, o rodzicach i naszych relacjach, a była to obca kobieta, do której nie miałam zaufania.

Na szczęście przy większości naszych spotkań miał być obecny Ryan.

A jemu ufałam.

Dlatego całkiem dobrze poradziłam sobie na tych kilku spotkaniach, które odbyliśmy w ciągu tych dwóch tygodni.

Ale teraz nie do końca było mi lekko i radośnie, bo dwa dni temu zawaliłam na całej linii i ponownie prawie zraniłabym Ryana, bo wykazałam się wobec niego za małą wiarą.

Na szczęście chyba o tym się nie dowiedział, ale i tak czułam się z tym źle, bo ja wiedziałam, że niewystarczająco wierzyłam w jego umiejętności, w siłę jego charakteru i w to, że zawsze sobie poradzi w tym, co robi.

Byłam w jego pracy już wcześniej dwa czy trzy razy, znałam zarówno rozkład pomieszczeń służbowych, jak i wiedziałam kogo poprosić o pomoc w dostaniu się do jakiegoś, kiedy miałam coś podać mu lub poczekać na Ryana, kiedy ten był zajęty swoją pracą.

Tym razem pojechałam po mojego mężczyznę, bo dopadła go karma i to jego pickup był w warsztacie, więc był skazany na dojazdy wszędzie z kimś, kto jechał w tę samą stronę, co on lub na jego prośbę podrzucał go w wybrane miejsce.

Wiedziałam doskonale, jak bardzo było to niewygodne i niemiłe, więc nawet się z niego za bardzo nie wyśmiewałam.

No, może raz mu wypomniałam, jak kiedyś zabrał mi samochód i byłam zdana na łaskę innych.

Byłam na lotnisku o pół godziny za wcześnie, więc nie czekałam w swoim Fordzie, bo byłoby to bez sensu, a zaparkowałam go na stałym miejscu Ryana i, kierując się pamięcią, poszłam do pomieszczeń służbowych.

Przywitałam się po drodze z jednym, a potem z drugim ochroniarzem, którzy zwykle na mój widok już szczerzyli zęby, jakby szykowali się do zrobienia żartu mojemu mężczyźnie, ale tego dnia byli dziwnie poważni i skupieni na słuchaniu czegoś ze swoich komunikatorów.

Jakkolwiek nazywało się to, co mieli w uszach i na nadgarstkach.

Przed wejściem do pokoju monitoringu, w którym jeszcze nigdy nie czekałam na Ryana, chociaż znałam już go, zatrzymałam się, by jeden z nich wpisał kod na panelu przy drzwiach, otworzył je i mnie wpuścił do środka, samemu pozostając na korytarzu.

Byli bardzo zajęci, co może było niepokojące, ale to była ich praca.

Nie pytałam.

Oni mieli swoją pracę, ważną pracę, a ja byłam tam tylko przypadkiem, na chwilę, i miałam poczekać, prawdopodobnie bezczynnie, na mojego narzeczonego.

Weszłam, rozejrzałam się, jak za pierwszym razem, kiedy tam byłam, z wielkim zaciekawieniem i zamarłam.

Pokój był niesamowity.

Wyposażony, jak widywałam to na filmach kryminalnych, w bardzo dużo monitorów, które pokazywały obraz z wielu kamer.

Mogłam na nich zobaczyć różne miejsca z lotniska, które już znałam i takie, które były mi obce.

Ale tego dnia, wyjątkowo, siedział przed nimi tylko jeden facet, który na dodatek odwrócił do mnie głowę tylko na krótką chwilę, coś do mnie mruknął na powitanie, a potem znowu skupił wzrok na obrazie z kamer.

Spojrzałam na nie i ja.

A kiedy zobaczyłam, co śledził, przeskakując z jednej kamery na inną na największym monitorze, zamarłam ponownie.

Tym razem mój oddech przyspieszył, oczy rozszerzyły się ze strachu, a ręce same powędrowały do oparcia krzesła, które znalazło się przede mną.

Zacisnęłam na nim palce.

Nie wiedziałam, jakim cudem przebyłam te kilka kroków, jakie dzieliły mnie od drzwi do tego wolnego stanowiska.

Na monitorze obraz pokazywał pościg za jakimś młodym mężczyzną i to nie byłoby złe samo w sobie, ale ci, którzy gonili, trzymali w dłoniach broń, podobnie jak ten, który uciekał.

Działo się to wszystko tuż za głównym wejściem do hali i wyglądało, jakby mężczyzna, który uciekał, próbował wymknąć się na parking.

Uciekając, czasem strzelał za siebie na oślep, a podróżni, którzy byli w pobliżu, przykucnęli na posadzkę, kryjąc się za swoim bagażem i za filarami, które wspierały dach, i chyba krzyczeli.

Obraz był bez dźwięku, ale widziałam ich otwarte usta i przerażenie widoczne na ich twarzach.

A jednym z goniących, którzy byli najbliżej uciekającego, był Ryan, który znalazł się tam niespodziewanie, wyskoczywszy z drzwi, o których istnieniu nawet nie wiedziałam.

O, Jezus Maria, nie!

Kiedy uciekinier strzelił do tyłu, nie patrząc tam i nie celując, przez co mógł trafić w Ryana, pisnęłam ze strachu.

Widziałam tylko ten monitor i Ryana.

Facet, siedzący przed monitorami, spojrzał na mnie i zmarszczył brwi, a potem usłyszałam, chociaż to do mnie nie w pełni dotarło, jak powiedział, chyba do mikrofonu:

- Riss jesteś wolny, żeby tu przyjść?

Nie poczułam upływu czasu, ale nie minęło go wiele, kiedy drzwi za mną się otworzyły i zerknęłam na nie, by zobaczyć mężczyznę, o którym wiedziałam, że  był najbliższym kumplem Ryana, który z nim pracował.

Wystarczył mu jeden rzut oka na moją przestraszoną twarz, by podszedł szybko do mnie i złapał mnie za ramię.

Odwróciłam wzrok na monitory, ale Riss potrząsnął mną delikatnie, by zwrócić moją uwagę na siebie.

- Kate - powiedział poważnym, sugestywnym tonem - Wszystko jest pod kontrolą.

Jak to pod kontrolą? - pomyślałam - Przecież Ryan jest tam i mógł zostać ranny, a może nawet zginąć.

- On…. Tam… - zaczęłam bezradnie i machnęłam ręką w kierunku monitorów.

- Ryan wie, co robi - powiedział Riss z naciskiem i zdecydowanym ruchem odwrócił mnie plecami do monitorów.

- On nie może zginąć - powiedziałam bezradnie - Nie mogę go stracić!

Oficjalnie: zaczynałam histeryzować!

O, nie, nie mogłam tego zrobić, nie publicznie, nie w pracy Ryana.

Nie mogłam przynieść mu wstydu.

Coraz bardziej czułam, że opanowywała mnie panika, więc zrobiłam to, co zawsze robiłam w takiej sytuacji.

Skupiłam się na powtarzaniu sobie jak mantra w duchu słów - Oddychaj, Kate, oddychaj. Wdech i wydech. Oddychaj…

Riss chyba zauważył, że starałam się opanować, bo jego wzrok złagodniał, mężczyzna wyprostował się i powiedział:

- O, właśnie tak. Będzie dobrze. Ryan jest najlepszy w tym, co robi.

Objął mnie jedną ręką za ramiona i poprowadził do najbliższego krzesła, a ja pozwoliłam się tam posadzić, kiedy powoli się uspokajałam.

- Tak. Wiem - powiedziałam w końcu.

- Ufasz mu - bardziej stwierdził niż zapytał przyjaciel mojego narzeczonego.

Skinęłam głową i potem się zastanowiłam, bo to pytanie wracało do mnie w ostatnich tygodniach tak często, że musiało być coś na rzeczy.

Widocznie chodziło o zaufanie nie tylko w kwestii mojego zdrowia, naszej relacji, ale też w sprawach codziennych.

A teraz okazało się, że również w sprawie pracy Ryana.

- Tak - powiedziałam wreszcie pewnym głosem - On zawsze mnie obroni i sam wyjdzie obronną ręką ze wszystkich sytuacji.

Riss popatrzył na mnie, jakby nie do końca mi wierzył.

- Okej - powiedział wreszcie, a ja odetchnęłam.

Riss wierzył w Ryana, chociaż nie wierzył we mnie.

Chyba jednak mogłam mieć nadzieję, że nic nie powie Ryanowi o moim nagannym zachowaniu sprzed kilku minut.

- Po prostu boję się go stracić - wyjaśniłam, patrząc na swoje palce, które splotłam na kolanach i nie mając odwagi podnieść wzrok.

- To nic złego - powiedział łagodnie Riss, więc spojrzałam na niego ze zdziwieniem - Tak samo martwią się wszystkie nasze mamy, siostry, żony.

Zacisnął na chwilę wargi, podniósł wzrok na monitory, a potem spojrzał na mnie i uśmiechnął się trochę jakby smutno.

- Kochasz go - stwierdził.

Nic nie odpowiedziałam.

Nie musiałam.

Również nie poprosiłam go, żeby nic nie mówił Ryanowi, bo uznałam, że i tak zrobi to, co sam uzna za słuszne.

Ale przez to wszystko czułam się niepewnie i źle, kiedy wychodziłam z moim narzeczonym na przyjęcie rocznicowe do mojej cioci i jej męża.

*****

Kilka godzin później…

Siedziałam przy okrągłym stole między kilkoma przyjaciółkami Evy i słuchałam tego, w jaki sposób te kobiety opowiadały o swoich mężach.

A dokładniej w skupieniu słuchałam tego, z jakim zachwytem, dumą i uśmiechem miłości opowiadały o ich zaangażowaniu w pracę.

Żaden z nich nie miał bezpiecznej pracy za biurkiem.

Nie mogłam tego zrozumieć, dlaczego żadna z nich nie bała się o swojego męża, nie panikowała, codziennie czekając na niego w domu, kiedy wracał spóźniony z pracy.

Wszystkie były zakochane po uszy w swoich facetach, ale nie wpadały w histerię na myśl o niebezpieczeństwach, jakie tam na nich czekały.

Po prostu wymieniały się zabawnymi historiami na przykład o tym, jak to musiały wywabiać plamy z ropy lub sadzy nawet z bokserek, bo tak głęboko wsiąkło to, co akurat musieli neutralizować przy jakimś wypadku, z którego ratowali ludzi.

Albo też na przykład o tym, jak wyszukiwały nowych metod wywabiania plam z krwi, które wsiąkły w spodnie, koszulki lub skarpetki.

Albo zamiast takich historii, wymieniały się sposobami ochrony opatrunków przed zamoczeniem, kiedy ich ranny mężczyzna miał wziąć prysznic.

Właśnie Alice skończyła z przejęciem opowiadać o rewelacyjnym działaniu na plamy boraksu, kupowanego w aptece środka odkażającego.

Znałam ten środek z zastosowań w weterynarii, bo używaliśmy boranu sodu przy neutralizacji zapachu psich i kocich odchodów, a także przy leczeniu grzybic skóry zwierząt, ale tego zastosowania, o którym usłyszałam od Alice, nie znałam.

A może po prostu do tej pory mnie interesowało.

Z mojej drugiej strony Maggie rozmawiała z Anią i śmiała się z jakiegoś żartu, więc zaczęłam się jej przysłuchiwać z cichą nadzieją na zmianę tematu.

- Owinęłam mu rękę folią spożywczą, a kiedy Jim to zobaczył, zapytał mnie czemu chcę schować rękę jego taty do lodówki - zaśmiała się Maggie, kiedy mówiła o prysznicu Davida po tym, jak skaleczył się szkłem podczas wchodzenia do płonącego magazynu i miał obandażowane całe przedramię.

Spojrzałam na Davida, który siedział dwa stoliki dalej z mężczyznami i jako jedyny z nich miał na sobie koszulę z długim rękawem.

Więc wciąż chodziło o to samo.

To był dokładnie ten moment, kiedy Sophie zauważyła moją minę, która była reakcją na ich zachowanie i ich słowa.

Kate - zawołała, a ja zwróciłam na nią swoją uwagę.

- To nie tak, że lekceważymy możliwość, że któryś z nich zostanie ranny -  powiedziała do mnie, patrząc na mnie z powagą, ale nie pochylając się w moją stronę, więc wszystkie z kobiet usłyszały jej słowa.

Zamilkły i zwróciły na mnie wzrok.

Byłam w centrum ich uwagi i nie wiedziałam, co miałam z tym zrobić.

- Ja… - wciągnęłam głęboki wdech i pociągnęłam swoją wypowiedź już bez zastanawiania się nad tym, czy nie powiem im za dużo - Boję się, że Ryanowi coś się stanie w pracy.

- Kochanie - powiedziała Maggie ciepło - Każda z nas to przeżywała.

Przeniosłam wzrok stopniowo od jednej do drugiej, a potem do następnej, by się przekonać, że wszystkie patrzyły na mnie dokładnie tak samo i wszystkie kiwały głowami.

- No bo… - kontynuowałam - Wy jesteście takie zrelaksowane, żartujecie, mówicie o tym tak spokojnie. A ich praca to wieczne ryzykowanie.

- Znasz nasze historie, Słonko, tak? - stwierdziła Sophie, a ja mogłam tylko skinąć głową, potwierdzając to.

Żadna z nich nie mówiła o tym, co przeżyły inne, ale wszystkie opowiadały mi o ty, co same przeżyły, wiec tak, znałam ich historie.

- Więc wiesz, że każda z nas zna ryzyko od tej ciemnej, najgorszej strony - kontynuowała Sophie, a ja znowu przytaknęłam, bo zgadzałam się z tym stwierdzeniem w stu procentach.

- Dlatego podchodzimy do tego nie lekko, ale inaczej - powiedziała nagle Ania, która do tej pory była najbardziej milcząca i przeniosłam na nią wzrok.

- Jak chcesz, to opowiem ci, jak myślałam, że stracę Jimmy’ego - usłyszałam nagle za plecami łagodny głos Evy, a kiedy odwróciłam głowę w jej stronę, moja ciocia przeszła dookoła mojego krzesła i przyciągnęła sobie jedno wolne z sąsiedniego stolika, by usiąść blisko mnie.

Miałam dziwne wrażenie, że wszystkie obecne kobiety doskonale znały tę opowieść, ale żadna się nie odezwała.

Wszystkie tak samo wysłuchałyśmy jej opowieści.

- Kiedy już wiedziałam, że z Jimmy’m wszystko będzie dobrze i - opowiadała Eva po wstępie, w którym powiedziała mi o jaki wypadek chodziło i jak czuła się bezpośrednio po nim - naszła mnie refleksja. Pomyślałam, że byłam taką szczęściarą. Dostałam znak od kogoś z góry, że powinnam się cieszyć każdą sekundą z moim ukochanym, jaką mi dano, bo mam te sekundy, bo byliśmy razem. Wiesz sama, ze był w moim życiu taki czas, kiedy myślałam, że już nigdy nie będę tego miała.  Ale dostałam drugą szansę. Może nawet lepszą niż pierwszą.

Eva pochyliła się w moją stronę, położyła mi dłoń na kolanie i szepnęła z uczuciem:

- Wykorzystaj swoją szansę na szczęście. Nie martw się tym, co może się stać, bo nie masz na to wpływu. Daj Ryanowi i sobie tyle szczęśliwych chwil, ile jesteś w stanie zdobyć.

Oniemiała skinęłam głową, a w gardle czułam gulę, która przeszkadzała mi w oddychaniu, więc musiałam przełknąć.

To nie było łatwe, podobnie jak wiedziałam, że nie będzie łatwe sprostanie temu zadaniu.

Nie z moimi doświadczeniami.

*****

Godzinę później…

Wychodziliśmy parami z przyjęcia i żegnaliśmy się w lobby, kiedy podeszła do mnie Maggie, korzystając z chwilowego zamieszania i z tego, że Ryan został odciągnięty na bok przez Marka.

- Kate - powiedziała do mnie cichym głosem, ale nie całkiem szeptem - Pamiętaj, że masz nas.

Spojrzałam na nią z brakiem zrozumienia.

- Mówię o tym, o czym rozmawiałyśmy - wyjaśniła mi, a ja skinęłam głową i zerknęłam na mojego faceta - Jak masz jakiekolwiek wątpliwości - na te słowa Maggie spojrzałam znowu na jej ciepłą, jasną twarz - zawsze możesz zadzwonić do którejkolwiek z nas.

Przytaknęłam, bo już wcześniej byłam pewna, że mogłam.

- Masz mój numer? - zapytała mnie Maggie, a ja pokręciłam głową, bo miałam tylko numer Evy i to przez nią kontaktowałam się z pozostałymi kobietami - To zapisz - rozkazała ta drobna, delikatna kobietka.

Wyjęłam swój telefon z torebki, włączyłam go i posłusznie wpisałam ciąg cyfr, by później zapisać je pod jej imieniem.

- Prześlij mi dzwonek, to prześlę ci wizytówki innych kobiet - zaprosiła mnie Maggie, a ja ponownie skinęłam głową, bo tak, chciałam tego.

- A jak będziesz miała większy kłopot lub potrzebowała innego wsparcia - Maggie obejrzała się przez ramię na Alice, która akurat przechodziła przez drzwi wyjściowe, by razem ze swoim mężem, Eddiem pójść na parking do ich samochodu - Alice wprowadziła mnie do grupy wsparcia żon policjantów.

Otworzyłam szeroko oczy, bo nie spodziewałam się, żeby Maggie tego potrzebowała.

- David pracuje czasem dla SWAT - wyjaśniła mi - I to jest nawet bardziej niebezpieczne niż praca w straży pożarnej, chociaż w inny sposób.

I z tym mnie zostawiła.

Ale już wtedy wiedziałam, że będę miała od kogo dowiadywać się, jak pokazywać mojemu mężczyźnie, że mu ufałam.

Że wierzyłam, że był dobry w tym, co robił.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz