sobota, 27 stycznia 2024

18 - Dla mnie najważniejsza (Kate/Ryan)

 

Rozdział 18

Dla mnie najważniejsza

Kate

*****

Następnego dnia po południu…

Weszliśmy razem z Ryanem do gabinetu Sary Torres, a ja byłam zamyślona, bo wspominałam kilka wydarzeń ostatniej doby, które powinnam z nią omówić.

Kiedy rozłączyłam się po rozmowie z Maggie, coś mnie natchnęło do napisania do Ryana SMS’a, którego normalnie nie napisałabym w tych dniach, bo ostatnio nie mówiliśmy sobie takich rzeczy.

Były u mnie Eva i Maggie.

Porozmawiałyśmy.

Mam Ci TYLE do powiedzenia.

Kiedy to wysłałam, patrzyłam przez pół minuty na wygaszający się ekran, zanim napisałam drugą wiadomość:

Umówiłam się na jutro z Sarą na trzecią po południu.

Tym razem prawie natychmiast Ryan odpisał mi - OK

Poczułam, że moje ciało się rozluźniło, chociaż wcześniej nie czułam, że byłam spięta, a do płuc dotarł nowy oddech, chociaż nie zauważyłam, że go wstrzymywałam.

Napisałam:

Kocham Cię

A Ryan od razu odpisał mi:

Ja Ciebie też, Kociaku

Zamrugałam, bo tęskniłam za takim naszym przerzucaniem się wyznaniami, co dawniej robiliśmy często, a przez ostatnie cztery dni - wcale.

Spokojnej pracy - napisałam jeszcze i, trzymając telefon w ręku, poszłam do sypialni, by zacząć szykować się do snu.

Śpij dobrze - napisał mi Ryan.

Uśmiechnęłam się i odłożyłam swój telefon na szafkę nocną.

Położyłam się sama w naszym łóżku, w naszej pościeli, jak to robiłam w te dni, kiedy mój narzeczony pracował na nocną zmianę, zgasiłam światło lampki nocnej, która stała obok łóżka na stoliku i przyłożyłam głowę do poduszki, a potem spałam.

Po raz pierwszy od kilku dni spałam spokojnie bez tego dusznego ciężaru zalęgającego w mojej klatce piersiowej i obudziłam się dopiero, kiedy usłyszałam, jak mój mężczyzna chodził po apartamencie, kiedy wrócił rano z pracy, chociaż starał się być bardzo cicho.

Zerwałam się z łóżka, naciągnęłam na stopy skarpety, bo wiedziałam, że zwróciłby mi na to uwagę i wybiegłam z sypialni, żeby go przywitać.

Moja choroba wynikała z zatrucia pokarmowego i nie była zakaźna, ale Ryan traktował mnie z wielką ostrożnością i chyba przez to miałam problemy z wyegzekwowaniem od niego dotyku, pocałunku lub bliższej pieszczoty.

Tęskniłam za tym.

- Kate! - zawołał zaskoczony, kiedy spotkaliśmy się u wylotu tylnego korytarza, a ja wpadłam na niego z rozpędu - Czemu nie śpisz?

- Spałam… - wydyszałam do niego, opierając się zgiętymi w łokciach rękoma i wypchniętymi do przodu piersiami o jego klatkę piersiową i podnosząc głowę, by być z nim twarzą w twarz - ale usłyszałam, że wróciłeś i wstałam, żeby cię przywitać.

- Dzień dobry, kochanie - powiedział ciepłym tonem na wydechu i zobaczyłam, jak jego oczy się rozjaśniły, chociaż nie było to pełne szczęście, które sięgałoby aż do jego głębi.

Nagle zrozumiałam to, o czym mówiły Eva i Maggie, a jednocześnie dotarło do mnie, jak bardzo byłam egocentryczna, rozpaczając nad moją stratą Abi, a nie zauważając, że mój mężczyzna przeżywał to bardzo mocno, chociaż skrycie.

Był o wiele silniejszy ode mnie, bo ja nie umiałam ukrywać moich lęków.

Taki niesamowity.

- Jesteś bardzo zmęczony? - zapytałam z troską, lekko się prostując, patrząc na niego uważnie, przesuwając jedną z dłoni na bok jego głowy, a potem zganiłam sama siebie w myślach - Pewnie że JEST, idiotko.

Dlatego opuściłam ręce na jego brzuch, by się tam odepchnąć z zamiarem odsunięcia się od niego i zawołałam:

- Idź pod prysznic, a ja ci naszykuję coś szybkiego na śniadanie, żebyś mógł szybko się położyć spać.

Wyraz twarzy Ryana zmienił się na jeszcze cieplejszy, kiedy patrzył na mnie tak, jakby samym spojrzeniem mówił Kocham cię, więc mój oddech stał się przerywany, i złapał mnie za łokieć, żebym przestała się od niego oddalać.

A potem przyciągnął mnie do siebie, oplótł mnie ramionami, jedną z dłoni wsunął na mój kark, pochylił głowę i pocałował mnie krótko i bez języczka, ale namiętnie i mocno.

Zakręciło mi się w głowie ze szczęścia.

Kiedy mnie puścił, uśmiechnęłam się do niego, ruszyłam, by go wyminąć i poszłam do kuchni, by zrobić mu na szybko prostą jajecznicę, a on przez ten czas wziął równie szybki prysznic.

Ryan wrócił z łazienki z mokrymi włosami, usiadł na stołku przy wyspie, zjadł przygotowane przeze mnie śniadanie i widziałam, że był bardzo zmęczony, więc w jego trakcie nie nakłaniałam go do rozmowy, a później tylko podziękował mi za nie i poszedł do naszej sypialni.

Zostałam przez chwilę w kuchni, gdzie sprzątałam po śniadaniu Ryana i myślałam o tym wszystkim, a potem ruszyłam za nim.

W pokoju było prawie ciemno, kiedy podeszłam do naszego łóżka, zdjęłam z siebie skarpety i rzuciłam je na podłogę.

- Hej - mruknął mój facet, kiedy wślizgnęłam się pod kołdrę obok niego i wtuliłam policzek w jego ciało - Nie powinnaś przypadkiem zacząć szykować się na swoje zajęcia? – zapytał z zaskoczeniem w głosie.

- Szkoła nie zając, nie ucieknie - wymamrotałam z jego ciepłą skórę, obejmując ramieniem jego żebra i przerzucając nogę przez jego uda, a potem dodałam - Dzisiaj mam tylko dwa wykłady, które Ianka może mi potem przesłać, więc nie muszę na nich być, a na trening nie idę, bo jeszcze jestem chora.

- Tak? - Ryan zaśmiał się cicho, więc wiedziałam, że zauważył moje naciąganie rzeczywistości.

Chodziło o to, że poprzedniego dnia zapowiedziałam stanowczo, że już jestem zdrowa, więc muszę być na zajęciach i brać udział w treningu.

- Tak! - szepnęłam, poważniejąc - Muszę natomiast spędzić godzinkę lub dwie ze swoim narzeczonym.

Ryan znieruchomiał, a potem przycisnął mnie mocniej do swojego boku, pocałował mnie we włosy i cicho westchnął.

- To dobrze - mruknął - Bo chyba cię potrzebuję.

Cieszyłam się, że to powiedział, ale wiedziałam to wcześniej.

Wiedziałam to, chociaż późno to do mnie dotarło.

A poza tym nie wiedziałam, czy to by wystarczyło.

Ale wiedziałam, że musiałam spróbować.

Później, po paru godzinach snu, kiedy głównie Ryan spał, a ja trochę spałam, a trochę patrzyłam na niego, wreszcie spokojnego i zrelaksowanego, wstaliśmy, by zrobić lunch, zjeść go i posprzątać.

Znowu, jak kilka dni wcześniej, przed tą całą katastrofą, robiliśmy wszystko razem, pracując zgodnie obok siebie.

To też było coś, co chciałam powiedzieć Sarze, kiedy wchodziliśmy do jej gabinetu na kolejną sesję terapeutyczną.

Że lubiłam to nasze przebywanie obok siebie.

Pojechaliśmy na miejsce Ranger’em Ryana, kiedy on prowadził, więc miałam więcej okazji do tego, by się mu poprzyglądać, ale mój facet znowu przestał być zrelaksowany.

Ryan był też milczący, kiedy zajmowaliśmy swoje zwykłe miejsca na szarej, miękkiej kanapie w „pokoju zwierzeń”.

To była moja terapia i mój mężczyzna zwykle mało się na nich odzywał, ale teraz to było coś innego.

Jakby ponownie zamknął się w sobie.

Wciąż miałam nadzieję, że po prostu rozmyślał o ostatnich wydarzeniach, ale też tego dnia zamierzałam powiedzieć Sarze w jego obecności wszystko to, co wynikało z moich przemyśleń z minionej doby.

- Więc, Kate, co się wydarzyło takiego, że nie zjawiłaś się we wtorek? - zapytała przyjaźnie Sara.

- Cóż, zatrułam się czymś i chorowałam przez trzy dni - poinformowałam ją, wzruszając ramionami - Miałam gorączkę, byłam słaba…

Nie chciałam o tym mówić, bo to było krępujące, ale wyręczył mnie Ryan.

- Rzygała jak kot - mruknął wystarczająco głośno, żeby Sara go słyszała, a ja szturchnęłam go łokciem w bok i prychnęłam pod nosem, bo byłam niezadowolona z jego słownictwa, ale, cóż, mówił prawdę.

- Przyjaciółka Ryana - dodałam, a potem zerknęłam na mojego mężczyznę i uściśliłam - Nasza przyjaciółka została porwana.

- Och, przykro mi - powiedziała Sara, ale zmarszczyła brwi, zapewne zastanawiając się, o co tak naprawdę mi chodziło.

- Jak się z tym czujesz? - zapytała, a mnie uderzyło podobieństwo tego pytania do tego, jakie zadała mi Maggie.

Czyżby przyjaciółka Evy, moja przyjaciółka, też chodziła na jakąś terapię? - przeszło mi przez myśl, ale to pominęłam, bo musiałam się skupić na moim mężczyźnie.

- Byłam przerażona - powiedziałam cicho i spojrzałam na Ryana, by zobaczyć, że spojrzał na mnie uważniej i z napięciem.

- Byłam przerażona tym… - mówiłam, patrząc teraz wyłącznie na niego, wprost w jego oczy - że to znowu się zaczyna.

- Co się zaczyna? - zapytała Sara, więc spojrzałam na nią, a potem opuściłam wzrok i patrzyłam na swoje dłonie, zaciśnięte w pięści na moich kolanach.

- To była moja wina, że odeszła ciocia Jadzia - zaczęłam - …bo byłam zbyt beztroska, naiwna i powiedziałam niewłaściwym ludziom o moich uczuciach do niej - po prostu stwierdziłam to przeszłe zdarzenie martwym głosem, nie patrząc nikomu prosto w oczy, bo nie miałam odwagi, by to zrobić.

Bo tak właśnie myślałam.

To była prawda, z jaką musiałam żyć.

- Kate… - zaczął Ryan, ale Sara powiedziała stanowczo - Daj jej powiedzieć - więc nie przerwałam.

Oboje znali tę część mojej historii, ale nigdy nie powiedziałam im, jak się czułam w związku z tym, co wtedy zaszło.

- Miałam przyjaciółkę… myślałam, że miałam przyjaciółkę, której ufałam, której opowiadałam o tym, jak kochałam ciocię Jadzię i mówiłam to, że kochałam ją bardziej niż moją mamę. Opowiadałam, jaka okropnie nieczuła była moja mama, chociaż byłam dzieckiem, więc nie potrafiłam tego nazwać. A potem dowiedziałam się, że ta przyjaciółka powiedziała wszystko swojej mamie, a ta mojej. I ciocia Jadzia musiała odejść. Przyjaciółka mnie zdradziła, jak wiele innych osób po niej. Więc straciłam i ciocię Jadzię i przyjaciółkę.

Nie okazywałam emocji, kiedy to mówiłam, bo to już dawno przebolałam albo może tak właśnie myślałam.

Nie spojrzałam też aż do tej chwili ani na Ryana, ani na Sarę.

- Teraz zachorowałam, więc to była moja wina, że Ryan nie pojechał i nie odwiózł Abi, nie chronił jej, nie była bezpieczna i… miałam wrażenie, że znowu kogoś stracę przez moją słabość, przeze mnie - podniosłam wzrok na Sarę.

- Ale coś się zmieniło - Sara patrzyła na mnie ciepło, uważnie i nie zapytała o to, a jedynie stwierdziła fakt.

- Rozmawiałam z Evą i z Maggie - powiedziałam jej, a potem przeniosłam spojrzenie na Ryana - …i zrozumiałam, dotarło do mnie, że Ryan przeżywa to bardziej niż ja. Że się obwinia. A nie powinien.

- Tak? - popchnęła Sara, kiedy przerwałam i zapatrzyłam się na ten cud, który objawił się rozluźnieniem twarzy mojego wspaniałego mężczyzny, mężczyzny, który wziął na swoje barki odpowiedzialność na bezpieczeństwo wielu kobiet, wielu ludzi, którzy przewijali się codziennie przez jego lotnisko.

Nadal, Ryan nie przytaknął mi, chociaż przynajmniej nie zaprzeczył, nie zanegował tego, co do niego mówiłam.

- Byłeś zajęty. Zaopiekowałeś się mną, zawiozłeś mnie do szpitala, pilnowałeś, żebym dostała odpowiednią opiekę, a Abi była wtedy bez ochrony, bo się uparła, żeby pojechać do Słonecznika Uberem. Samotnie - powiedziałam półgłosem - Nie poczekała na żadnego z mężczyzn.

- Ale to prawda. To ja nawaliłem. Mogłem… - powiedział Ryan, prawdopodobnie chcąc wyciągnąć tysiące argumentów, które miał, by udowodnić, że mógł zrobić coś lepiej.

Ale ja już zdążyłam się dowiedzieć od Maggie, która dowiedziała się od Davida wszystkiego, co wtedy się zadziało i byłam przygotowana.

- Nie mogłeś! - powiedziałam silnym, pewnym głosem, prostując jednocześnie plecy, bo byłam pewna tego, co mówiłam, nareszcie nabrałam pewności i Ryan zamilkł - Nie mogłeś być tam, bo byłeś ze mną, a ja nie miałam nikogo innego do pomocy. Nie mogłeś przewidzieć tego, że Jeremy musiał zająć się Jasmine trochę dłużej, a David był w pracy. Nie mogłeś się domyślić, że tacie Abi akurat wtedy zepsuje się samochód i nie zdąży dojechać do Słonecznika. Nie mogłeś przewidzieć tego, że ten kierowca Ubera, z którym jechała będzie taki leniwy i nie wjedzie na podjazd, tylko zostawi ją na ulicy, żeby sama szła aż do drzwi, a ona była tak beztroska, że się na to zgodziła.

Nie odpowiedział, nie zareagował, więc kontynuowałam i zrobiłam to tak, żeby wyraźnie odczuł wszystko, co do niego czułam.

- Uwielbiam to w tobie. Jesteś opiekuńczy, troskliwy i odpowiedzialny. Zapewniasz mi poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy nie miałam. Ale nie możesz brać odpowiedzialności za wszystko, co się dzieje.

Ryan zacisnął wargi, jego szczęki napięły się na krótką chwilę, a potem zamknął oczy, podniósł rękę i potarł powieki palcami, wzdychając ciężko.

- Masz rację - powiedział cicho, kiedy opuścił dłoń i podniósł wzrok na mnie - To był fatalny zbieg okoliczności.

Tak, wiedziałam to, chociaż dowiedziałam się tego dopiero w ciągu ostatniej doby, kiedy Maggie przysłała mi kilka SMS-ów i długie wiadomości na Messengerze.

I tam stopniowo podzieliła się wszystkim, co przekazał jej David.

Ryan mówił, ja mówiłam i wyjaśniliśmy sobie wiele, chociaż nie dało się przepracować wszystkich naszych bolączek.

*****

Godzinę później…

Weszliśmy do domu wyczerpani sesją terapeutyczną, która dała nam dużo, ale też zabrała wiele naszych sił, więc jedynym, o czym aktualnie marzyłam była kolacja i odpoczynek przed telewizorem na naszej kanapie, nawet jeśli nie oglądalibyśmy żadnego filmu, zanim mój narzeczony musiałby wyjść z domu, by pojechać do pracy na nocną zmianę.

Ryan wszedł do naszego apartamentu tuż za mną, zamknął za nami drzwi, zabezpieczył je i staliśmy obok siebie, zdejmując nasze buty i kurtki.

Na dworze było naprawdę zimno, a tydzień wcześniej nawet spadł śnieg, ale nie z tego powodu byliśmy milczący i jakby zmarznięci.

Dotyczyło to raczej naszych uczuć.

- Dziękuję, Kitty - usłyszałam za plecami szept Ryana, kiedy poczułam jego ręce na biodrach, a potem nagle znalazłam się przodem do jego przodu, mój nos zatopił się w jego swetrze i już nie było mi zimno.

Mój mężczyzna był tak cichy przez całą drogę do domu, że bałam się tego, że mógł się ode mnie całkiem odsunąć tamtym po moim napadzie w gabinecie Sary Torres.

Przestraszyłam się, że przesadziłam i zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam była porozmawiać z nim o tym na osobności.

- Ryan - powiedziałam, kiedy mnie przytulał do siebie - Nie chciałam ci mówić, co masz robić. Nie chcę cię zmieniać, bo kocham twoją opiekuńczość. Po prostu uważam, że wtedy to nie była twoja wina…

- Ciśś - uciszył mnie mój narzeczony, nie wypuszczając mnie z objęć - Przecież wiem, że nie przestaniemy się martwić, nie przestaniemy jej szukać czy też czekać na jej powrót. Wiem też, że nie będziesz próbowała nakłonić mnie do porzucenia mojej pracy, którą kocham.

Skinęłam głową w jego sweter, wdychając jego zapach, zapach jego perfum, czując bezpieczeństwo kojarzące mi się z wonią bergamotki i wanilii, kiedy rozluźniłam się w jego ramionach, bo o to mi chodziło.

- Ale dziękuję, że przypomniałaś mi, że nie jestem sam na tym świecie i nie muszę brać na swoje barki odpowiedzialności za wszystkich dookoła. Ty i tak zawsze będziesz dla mnie najważniejsza.

Nie poruszyłam się, kiedy zamrugałam gwałtownie w jego sweter, bo to było o wiele, wiele  lepsze od czegokolwiek, co usłyszałam w całym swoim życiu.

To było lepsze nawet od jego Kocham cię, Kitty, co uwielbiałam.

Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza.

Wreszcie poczułam, że był na tym całym szalonym Świecie ktoś, kto mnie kochał tylko dla mnie, a nie dlatego, kim byłam, czym byłam i co sobą reprezentowałam.

Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza.

- Ty też jesteś dla mnie ważniejszy od wszystkich innych na Świecie - wydusiłam wreszcie, a wtedy Ryan przekręcił mnie tak, że moje usta były dostępne dla niego, więc je sobie wziął.

Całował mnie łapczywie, głęboko i bardzo mokro.

Potem jego dłonie zawędrowały na moje biodra, znalazły zapięcie moich spodni i nagle, nie wiedząc jak, stałam przed nim naga od pasa w dół.

Ryan podniósł mnie jednym szarpnięciem i mój nagi tyłek wylądował na blacie wyspy, a jego usta opuściły moje, bym poczuła je na mojej mokrej, wrażliwej kobiecości.

Wiłam się niespokojnie, potem jęczałam, a kiedy krzyknęłam z rozkoszy i zacisnęłam się na palcu Ryana, który tkwił we mnie, jego usta opuściły mnie i zostały zastąpione jego twardą męskością.

I poddaliśmy się oboje temu gorącemu zatraceniu, które już nie po raz pierwszy zaprowadziło nas na szczyt najwyższej rozkoszy.

*****

Ryan

Następnego dnia rano…

Ryan leżał na plecach we własnym łóżku, które od kilku miesięcy było łóżkiem jego i Kate, a na jego ramieniu leżała głowa jego kobiety.

Cztery dni temu czuł się jak gówno.

Gorzki smak porażki trawił jego wnętrzności, a jad poczucia winy zamieniał jego serce w szary popiół.

Miał tylko jedno zadanie.

Zwykłe, nie wymagające analizy i sprytu, proste zadanie.

I spieprzył je.

Wyniszczała go świadomość, że to z jego winy Abigail została porwana i nie było wiadomo, czy wciąż jeszcze żyła, czy nie została wywieziona poza granice kraju do jakiegoś burdelu lub nie stało się z nią coś innego nieodwracalnie złego.

Nie rozmawiał z żadnym mężczyzną, z którymi na zmianę czuwał nad bezpieczeństwem Abigail, bo nie mógł im spojrzeć w oczy i nie potrafił przebywać z Kate, bo czuł, że ją również zawiódł.

A potem, prawie dobę temu, jego kobieta pokazała mu, jak bardzo była mądra, czuła, troskliwa i jak bardzo dobrze rozumiała zarówno charakter Ryana, jak i jego cele życiowe.

Tuląc ją do swojego ciała, wspomniał jej słowa, wyraźną dumę z niego i miłość, jaka biła z całej jej postawy.

Nie wiedział, czy zasłużył sobie na to, by ją mieć w swoim życiu, ale dziękował Chrystusowi, że tak było i nie zamierzał zrobić niczego głupiego, przez co mógłby ją stracić.

Nie chcę cię zmieniać.

To jedno zdanie było tylko tym i aż tym, co zmieniło jego nastawienie do całej tej sytuacji.

Uwielbiam twoją opiekuńczość…

Tak, zamierzał jej to dawać przez długi, bardzo długi czas, a jeśli się da, jeśli ona go przyjmie, do końca życia.

Oświadczył jej się, ale teraz zamierzał jej udowodnić, że nie chodziło wyłącznie o jej wizę, a o ich wspólne życie.

Pokaże jej to, a nie tylko powie.

Zrobi wszystko, żeby uwierzyła w to, że będą razem i nie straci go.

Zrobi wszystko, żeby mu zaufała.

Kiedy wrócili od terapeutki wieczorem poprzedniego dnia, Ryan nie miał czasu, by porozmawiać z facetami, z którymi współpracował przy ochronie Abi, ale zadzwonił do Davida i poprosił o spotkanie.

Stało się tak, bo słowa Kate i to, jak dużo jej dała rozmowa z kobietami, uświadomiło mu, że musiał zamienić dwa słowa z tymi, którzy mieli w tej sprawie więcej doświadczenia, niż on.

Bowiem Ryan nie był tak naprawdę nigdy niczyim ochroniarzem, chociaż przez tyle lat już pracował w ochronie.

Jednak ochrona lotniska to było coś całkiem innego niż ochrona osoby.

Tej nocy w pracy, kiedy mieli z Rissem półgodzinną przerwę, opowiedział kumplowi, co się spieprzyło, bo wcześniej nie miał najmniejszej cholernej ochoty o tym dyskutować, a przyjaciel go zrozumiał, ale też kilkoma dosadnymi słowami przekazał mu, że mógł mu cokolwiek powiedzieć wcześniej, zamiast warczeć i wściekać się na wszystkich i o wszystko.

Kurwa, nie zauważył tego.

Kate poruszyła się i przesunęła nogę tak, że Ryan prawie jęknął z bólu, kiedy jej ciepłe udo trafiło na jego poranną erekcję.

Przeciągnęła się sennie i wtuliła głębiej w jego ciało, a on przesunął dłonią po jej nagim ramieniu, myśląc, że to było to, co kochał.

Imię jego kobiety, a właściwie to spieszczenie, którego on używał, Kitty, pasowało do niej idealnie.

Była giętka i przytulna, jak kociak.

Ryan zgiął kark i przysunął swoje usta do ust jego dziewczyny, przypominając sobie, że to nie była dziewczyna, a kobieta i udowodniła to poprzedniego dnia, zachowując się bardziej dojrzale, niż on sam.

- Dzień dobry, kochanie - szepnął i pocałował ją.

Oddała mu pocałunek, rozgrzali się i powitali dzień tak, jak oboje uwielbiali to robić, czyli namiętnie, mokro i gorąco.


  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz