niedziela, 4 lutego 2024

21 - Wyjdź! (cz.2)

 

Rozdział 21

Wyjdź! (cz.2)

Kate


Dwie godziny później…

To czekanie mnie dosłownie wykańczało psychicznie.

Ingrid z Rochem przyjechali piętnaście minut po naszej rozmowie przez telefon i wtedy już wiedziałam, w którym pokoju leżał Ryan, wiec mogłam im to powiedzieć, jak tylko Roch do mnie zadzwonił od wejścia do szpitala.

Zdziwiło mnie to, że był to pokój jednoosobowy, ale nie narzekałam, bo dzięki temu mogłam siedzieć przy moim mężczyźnie w ciszy, spokoju i bez ciekawskich spojrzeń obcych ludzi.

Eva i Jimmy odjechali dziesięć minut po tym, jak rodzice Ryana weszli do sali Ryana, przywitali się i porozmawiali.

Dowiedziałam się wtedy od Rocha, że, zanim przyszli do nas, podpisali u pielęgniarki wszystkie niezbędne dokumenty i oficjalnie ta cała sprawa z pobytem Ryana w szpitalu, z jego leczeniem została załatwiona tak, jak powinna.

Nie czułam się uspokojona i nie czułam się dobrze.

Ryan leżał na specjalistycznym łóżku z barierkami ograniczającymi groźbę jego wypadnięcia na podłogę w czasie snu, które miało podniesioną część, na której leżała jego poduszka z głową owiniętą bandażem, więc bez widocznych tak kochanych przeze mnie, brązowych i za długich włosów.

Później pielęgniarka powiedziała mi, że do szycia rany musieli zgolić Ryanowi włosy prawie z jednej czwartej głowy, więc prawdopodobnie lepiej będzie, jak zetnie na krótko resztę z nich, żeby równiej odrastały.

Nienawidziłam tego.

Mój mężczyzna został uderzony w czoło, a dokładniej na granicy czoła i włosów z lewej strony głowy, co oznaczało, że miał szczęście w nieszczęściu.

Nie nastąpiło pęknięcie podstawy czaszki, a przynajmniej wstępne badania tego nie stwierdzały, a przy takim urazie miałby większe prawdopodobieństwo gorszych komplikacji, niż przy urazie na granicy twarzoczaszki i mózgoczaszki.

Teraz miał co prawda wielkiego krwiaka, który rozlewał się nieciekawie na czoło, oko i policzek, mógł mieć uszkodzoną błonę bębenkową lub błędnik, ale nie powinny być uszkodzone żadne ośrodki w jego mózgu kontrolujące pracę serca czy oddychanie.

Wiec nie było zagrożenia życia mojego narzeczonego.

Powtarzałam sobie w głowie wszystkie wiadomości z anatomii głowy ssaków, jakie zdobyłam do tej pory, chociaż oczywiście nie uczyłam się o ciele człowieka, a innych zwierząt, więc to nie było to samo.

Jednak była to jedna z tych rzeczy, które mnie uspokajały.

Inną rzeczą, jaka mnie uspokajała, była cicha rozmowa, jaką przez ponad pół godziny prowadziłam z Evą przy łóżku Ryana.

Niestety, moja ciocia musiała wracać do swoich dzieci, a ja zostałam z mamą Ryana, która była strasznie nerwowa i mnie również rozdrażniała.

Dlatego też jej cichej przemowy słuchałam jednym uchem już od godziny.

Roch stał przy oknie i nie odzywał się.

Nagle moją uwagę przykuł ruch na pościeli, którą był przykryty mężczyzna.

Kiedy skupiłam na nim wzrok, dostrzegłam, że palce Ryana skurczyły się odrobinę, a potem rozluźniły, na co moje serce podskoczyło z radości.

Obudził się!

Nagłym szarpnięciem wyprostowałam się na krześle, na którym siedziałam przy jego łóżku, pochyliłam w stronę jego twarzy i przyjrzałam się jego oczom.

Powieki mu zadrżały, a potem rozchyliły się.

- Hej - szepnęłam z radością w głosie.

Ryan mrugnął, przełknął ślinę, popatrzył na mnie przez chwilę i miałam wrażenie, że mnie nie poznawał.

Ale potem jego spojrzenie się zmieniło, a wyraz jego twarzy złagodniał.

- Jakie piękne oczy - powiedział, a jego głos był zachrypnięty od snu - Kocie - dodał po przerwie.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

- Tak, Ry - powiedziałam - To ja.

Tak mnie przecież nazywał - Kociaku.

Ale chyba jednak nie chodziło o to, że mnie poznał, bo na jego twarzy pojawiło się zdezorientowanie, więc odsunęłam się, by przepuścić bliżej do niego jego mamę, a sama wyciągnęłam rękę do panelu nad łóżkiem, by przywołać lekarza lub pielęgniarkę.

Z rozmowy mojego faceta z jego rodzicami wywnioskowałam, że pamiętał ich, pamiętał ich dom, swoje życie, ale nadal nie wiedziałam, czy pamiętał mnie.

Kiedy przyszedł lekarz w asyście pielęgniarki, sprawy stały się nieco bardziej przejrzyste, bo Ryan krótko i z wahaniem, ale odpowiedział na wszystkie pytania, jakie mu zadano.

Prawidłowo zareagował na badanie słuchu, chociaż lekarz zmarszczył się podczas badania działania lewego ucha.

Miałam nadzieję, że badanie specjalistyczne u otolaryngologa, jakie miał mieć wykonane następnego dnia, wykaże sprawność słuchu lub jego najwyżej niewielkie uszkodzenie, być może, miejmy nadzieję, odwracalne.

Dużo lepiej chyba było ze wzrokiem Ryana i nareszcie poczułam ulgę, więc zaczęłam się rozluźniać.

W trakcie tych badań mój ukochany zerknął na mnie kilka razy, a jego wzrok był zagadkowy, więc lekarz w końcu zapytał go, czy wie, kim jestem.

Pamiętał.

Uniosłam dłoń do ust i poczułam pieczenie w tyle oczu, bo ogarnęło mnie szczęście, ale po tym coś zimnego ścisnęło moje serce, bo Ryan nie uśmiechnął się do mnie, nie przybrał tego cudownego, ciepłego wyrazu twarzy, nie pokazał mi w jakikolwiek sposób, że mnie kochał.

Znowu się przestraszyłam.

Lekarz wyszedł, żegnając się z nami wszystkimi dość ogólnie, a za nim wyszła pielęgniarka, która jeszcze odłączała urządzenia, które wcześniej monitorowały ciśnienie i plus Ryana.

Wyjechała z sali Ryana stojakiem z monitorami, a tata Ryana podszedł do mnie i objął mnie ramieniem, by zapytać mnie do ucha:

- Może pojedziesz do domu i się prześpisz? Jutro masz zajęcia, a Ryan zaraz i tak będzie spał pod wpływem tych leków, jakie mu tu podali.

- Za chwilę - odparłam i podeszłam bliżej do łóżka.

- Jedź do domu, Kate - Ryan burknął niemiło, a ja wciągnęłam powietrze do płuc na opryskliwy ton jego głosu.

Natychmiast przypomniałam sobie, że źle się czuł.

- W torbie w szafie masz dres i bokserki - poinformowałam go łagodnym głosem - Jak chcesz, mogę pomóc ci się przebrać.

Ryan szarpnął głową i pomyślałam, że to nie był najlepszy pomysł, bo mógł mieć zaburzenia błędnika.

Niestety, miałam rację.

Ryan zbladł, jego oczy otworzyły się szeroko, wydał okropny dźwięk i zgiął się do boku łóżka.

Rzuciłam się z pomocą i złapałam nerkowatą miseczkę, która stała na stoliku niedaleko, by podsunąć ją Ryanowi pod usta.

Zaczął wymiotować prawie w tej samej chwili, kiedy położyłam mu dłoń na plecach i pogłaskałam łagodnie.

Ingrid wydała przestraszony okrzyk i przyskoczyła do łóżka, by nacisnąć przycisk przywołujący pielęgniarkę.

Kiedy Ryan skończył wymiotować, położył się na poduszce, dysząc ciężko, a ja odeszłam z zabrudzoną nerką do łazienki, dom której drzwi były przy drzwiach wejściowych do sali.

Kątem oka zauważyłam, że jego mama złapała chusteczkę higieniczną, by wytrzeć usta swojego syna.

W tym samym momencie weszła pielęgniarka, trzymając w ręku plastikowy kubek z wystającą z niego rurką, a gdy zobaczyła, co trzymałam, uśmiechnęła się krzywo, zabrała z mojej ręki nerkę i podała mi kubek.

Powinnam umyć ręce, ale ważniejsze było, by Ryan dostał chociaż łyk wody do przepłukania ust, więc podeszłam z tym do jego łóżka.

Nie patrzył na mnie.

- Ryan - zagadnęłam go - Woda?

Niechętnie odwrócił się w moją stronę i pozwolił sobie wsunąć rurkę między wargi, pociągnął łyk wody i znowu odwrócił głowę do okna.

- Pójdę umyć ręce - mruknęłam do Ingrid, uśmiechnęłam się lekko, podałam jej kubek i poszłam do łazienki.

Wychodząc z niej usłyszałam, że Ryan burczy coś niegrzecznie do swojej mamy i westchnęłam, bo pomyślałam sobie, że był jednym z tych mężczyzn, którzy nie lubili chorować, wiec czekały nas trudne dwa tygodnie.

Tyle bowiem czasu miał spędzić w szpitalu na obserwacji.

- Pójdźcie już do domu - warknął Ryan w moja stronę, ale, pomna moich spostrzeżeń, nie zraziłam się.

- Tak, tak - powiedziałam pogodnie - Tylko powiedz nam, co mamy ci jutro przynieść.

Podeszłam do szafy, żeby wyjąć z niej torbę treningową, ale zatrzymał mnie głos Ryana:

- Niczego nie potrzebuję! - ponownie warknął - Dajcie mi święty spokój. Idźcie już.

- Ryan, nie bądź niemiły - powiedziałam i podeszłam do niego, żeby spróbować poprawić mu humor.

- Wyjdź stąd - warknął na mnie.

To nie był mój kochający Ryan.

- C-co? - zająknęłam się.

- Głucha jesteś! - wrzasnął - Wypierdalaj stąd. Nie chcę cię tu.

Odsunęłam się o krok od jego łóżka, kiedy wciąż patrzył wściekłym wzrokiem w moją stronę, a potem odwrócił się przodem do okna, więc drżącymi rękoma zebrałam swoją kurtkę, torebkę i ruszyłam do drzwi, by opuścić jego salę i wyjść ze szpitala.

1 komentarz: