Rozdział 21
Wyjdź! (cz.2)
Kate
Dwie godziny później…
To
czekanie mnie dosłownie wykańczało psychicznie.
Ingrid
z Rochem przyjechali piętnaście minut po naszej rozmowie przez telefon i wtedy już
wiedziałam, w którym pokoju leżał Ryan, wiec mogłam im to powiedzieć, jak tylko
Roch do mnie zadzwonił od wejścia do szpitala.
Zdziwiło
mnie to, że był to pokój jednoosobowy, ale nie narzekałam, bo dzięki temu
mogłam siedzieć przy moim mężczyźnie w ciszy, spokoju i bez ciekawskich spojrzeń
obcych ludzi.
Eva
i Jimmy odjechali dziesięć minut po tym, jak rodzice Ryana weszli do sali Ryana,
przywitali się i porozmawiali.
Dowiedziałam
się wtedy od Rocha, że, zanim przyszli do nas, podpisali u pielęgniarki wszystkie
niezbędne dokumenty i oficjalnie ta cała sprawa z pobytem Ryana w szpitalu, z
jego leczeniem została załatwiona tak, jak powinna.
Nie
czułam się uspokojona i nie czułam się
dobrze.
Ryan
leżał na specjalistycznym łóżku z barierkami ograniczającymi groźbę jego wypadnięcia
na podłogę w czasie snu, które miało podniesioną część, na której leżała jego poduszka
z głową owiniętą bandażem, więc bez widocznych tak kochanych przeze mnie, brązowych
i za długich włosów.
Później
pielęgniarka powiedziała mi, że do szycia rany musieli zgolić Ryanowi włosy prawie
z jednej czwartej głowy, więc prawdopodobnie lepiej będzie, jak zetnie na
krótko resztę z nich, żeby równiej odrastały.
Nienawidziłam tego.
Mój
mężczyzna został uderzony w czoło, a dokładniej na granicy czoła i włosów z lewej
strony głowy, co oznaczało, że miał szczęście w nieszczęściu.
Nie
nastąpiło pęknięcie podstawy czaszki, a przynajmniej wstępne badania tego nie
stwierdzały, a przy takim urazie miałby większe prawdopodobieństwo gorszych komplikacji, niż przy urazie na
granicy twarzoczaszki i mózgoczaszki.
Teraz
miał co prawda wielkiego krwiaka, który
rozlewał się nieciekawie na czoło, oko i policzek, mógł mieć uszkodzoną błonę bębenkową lub błędnik, ale nie powinny
być uszkodzone żadne ośrodki w jego mózgu kontrolujące pracę serca czy
oddychanie.
Wiec
nie było zagrożenia życia mojego narzeczonego.
Powtarzałam
sobie w głowie wszystkie wiadomości z anatomii głowy ssaków, jakie zdobyłam do
tej pory, chociaż oczywiście nie uczyłam się o ciele człowieka, a innych zwierząt,
więc to nie było to samo.
Jednak
była to jedna z tych rzeczy, które mnie uspokajały.
Inną
rzeczą, jaka mnie uspokajała, była cicha rozmowa, jaką przez ponad pół godziny
prowadziłam z Evą przy łóżku Ryana.
Niestety,
moja ciocia musiała wracać do swoich dzieci, a ja zostałam z mamą Ryana, która
była strasznie nerwowa i mnie również
rozdrażniała.
Dlatego
też jej cichej przemowy słuchałam
jednym uchem już od godziny.
Roch
stał przy oknie i nie odzywał się.
Nagle
moją uwagę przykuł ruch na pościeli, którą był przykryty mężczyzna.
Kiedy
skupiłam na nim wzrok, dostrzegłam, że palce Ryana skurczyły się odrobinę, a
potem rozluźniły, na co moje serce podskoczyło z radości.
Obudził się!
Nagłym
szarpnięciem wyprostowałam się na krześle, na którym siedziałam przy jego
łóżku, pochyliłam w stronę jego twarzy i przyjrzałam się jego oczom.
Powieki
mu zadrżały, a potem rozchyliły się.
-
Hej - szepnęłam z radością w głosie.
Ryan
mrugnął, przełknął ślinę, popatrzył na mnie przez chwilę i miałam wrażenie, że
mnie nie poznawał.
Ale
potem jego spojrzenie się zmieniło, a wyraz jego twarzy złagodniał.
-
Jakie piękne oczy - powiedział, a jego głos był zachrypnięty od snu - Kocie -
dodał po przerwie.
Uśmiechnęłam
się przez łzy.
-
Tak, Ry - powiedziałam - To ja.
Tak
mnie przecież nazywał - Kociaku.
Ale
chyba jednak nie chodziło o to, że mnie poznał, bo na jego twarzy pojawiło się zdezorientowanie,
więc odsunęłam się, by przepuścić bliżej do niego jego mamę, a sama wyciągnęłam
rękę do panelu nad łóżkiem, by przywołać lekarza lub pielęgniarkę.
Z
rozmowy mojego faceta z jego rodzicami wywnioskowałam, że pamiętał ich, pamiętał
ich dom, swoje życie, ale nadal nie wiedziałam, czy pamiętał mnie.
Kiedy
przyszedł lekarz w asyście pielęgniarki, sprawy stały się nieco bardziej przejrzyste,
bo Ryan krótko i z wahaniem, ale odpowiedział na wszystkie pytania, jakie mu
zadano.
Prawidłowo
zareagował na badanie słuchu, chociaż lekarz zmarszczył się podczas badania działania
lewego ucha.
Miałam
nadzieję, że badanie specjalistyczne u otolaryngologa, jakie miał mieć wykonane
następnego dnia, wykaże sprawność słuchu lub jego najwyżej niewielkie uszkodzenie,
być może, miejmy nadzieję, odwracalne.
Dużo
lepiej chyba było ze wzrokiem Ryana i nareszcie poczułam ulgę, więc zaczęłam
się rozluźniać.
W
trakcie tych badań mój ukochany zerknął na mnie kilka razy, a jego wzrok był
zagadkowy, więc lekarz w końcu zapytał go, czy wie, kim jestem.
Pamiętał.
Uniosłam
dłoń do ust i poczułam pieczenie w tyle oczu, bo ogarnęło mnie szczęście, ale
po tym coś zimnego ścisnęło moje serce, bo Ryan nie uśmiechnął się do mnie, nie
przybrał tego cudownego, ciepłego wyrazu twarzy, nie pokazał mi w jakikolwiek sposób, że mnie kochał.
Znowu
się przestraszyłam.
Lekarz
wyszedł, żegnając się z nami wszystkimi dość ogólnie, a za nim wyszła
pielęgniarka, która jeszcze odłączała urządzenia, które wcześniej monitorowały
ciśnienie i plus Ryana.
Wyjechała
z sali Ryana stojakiem z monitorami, a tata Ryana podszedł do mnie i objął mnie
ramieniem, by zapytać mnie do ucha:
-
Może pojedziesz do domu i się prześpisz? Jutro masz zajęcia, a Ryan zaraz i tak
będzie spał pod wpływem tych leków, jakie mu tu podali.
-
Za chwilę - odparłam i podeszłam bliżej do łóżka.
-
Jedź do domu, Kate - Ryan burknął niemiło,
a ja wciągnęłam powietrze do płuc na opryskliwy ton jego głosu.
Natychmiast
przypomniałam sobie, że źle się czuł.
-
W torbie w szafie masz dres i bokserki - poinformowałam go łagodnym głosem -
Jak chcesz, mogę pomóc ci się przebrać.
Ryan
szarpnął głową i pomyślałam, że to nie był najlepszy pomysł, bo mógł mieć
zaburzenia błędnika.
Niestety,
miałam rację.
Ryan
zbladł, jego oczy otworzyły się szeroko, wydał okropny dźwięk i zgiął się do
boku łóżka.
Rzuciłam
się z pomocą i złapałam nerkowatą miseczkę, która stała na stoliku niedaleko,
by podsunąć ją Ryanowi pod usta.
Zaczął
wymiotować prawie w tej samej chwili, kiedy położyłam mu dłoń na plecach i
pogłaskałam łagodnie.
Ingrid
wydała przestraszony okrzyk i przyskoczyła do łóżka, by nacisnąć przycisk przywołujący
pielęgniarkę.
Kiedy
Ryan skończył wymiotować, położył się na poduszce, dysząc ciężko, a ja odeszłam
z zabrudzoną nerką do łazienki, dom której drzwi były przy drzwiach wejściowych
do sali.
Kątem
oka zauważyłam, że jego mama złapała chusteczkę higieniczną, by wytrzeć usta
swojego syna.
W
tym samym momencie weszła pielęgniarka, trzymając w ręku plastikowy kubek z wystającą
z niego rurką, a gdy zobaczyła, co trzymałam, uśmiechnęła się krzywo, zabrała z
mojej ręki nerkę i podała mi kubek.
Powinnam
umyć ręce, ale ważniejsze było, by Ryan dostał chociaż łyk wody do przepłukania
ust, więc podeszłam z tym do jego łóżka.
Nie
patrzył na mnie.
-
Ryan - zagadnęłam go - Woda?
Niechętnie
odwrócił się w moją stronę i pozwolił sobie wsunąć rurkę między wargi, pociągnął
łyk wody i znowu odwrócił głowę do okna.
-
Pójdę umyć ręce - mruknęłam do Ingrid, uśmiechnęłam się lekko, podałam jej
kubek i poszłam do łazienki.
Wychodząc
z niej usłyszałam, że Ryan burczy coś niegrzecznie do swojej mamy i
westchnęłam, bo pomyślałam sobie, że był jednym z tych mężczyzn, którzy nie
lubili chorować, wiec czekały nas trudne dwa tygodnie.
Tyle
bowiem czasu miał spędzić w szpitalu na obserwacji.
-
Pójdźcie już do domu - warknął Ryan w moja stronę, ale, pomna moich
spostrzeżeń, nie zraziłam się.
-
Tak, tak - powiedziałam pogodnie - Tylko powiedz nam, co mamy ci jutro przynieść.
Podeszłam
do szafy, żeby wyjąć z niej torbę treningową, ale zatrzymał mnie głos Ryana:
-
Niczego nie potrzebuję! - ponownie warknął
- Dajcie mi święty spokój. Idźcie już.
-
Ryan, nie bądź niemiły - powiedziałam i podeszłam do niego, żeby spróbować poprawić
mu humor.
-
Wyjdź stąd - warknął na mnie.
To
nie był mój kochający Ryan.
-
C-co? - zająknęłam się.
-
Głucha jesteś! - wrzasnął - Wypierdalaj stąd. Nie chcę cię tu.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń