piątek, 22 grudnia 2023

10 - Trzymaj mnie (Kate)

 

Rozdział 10

Trzymaj mnie

Kate

 

Następnego dnia wieczorem…

Weszliśmy razem z Ryanem do jego apartamentu, późno wracając z domu jego rodziców, a ja szłam obok niego pogrążona w absolutnej ciszy, bo przeżywałam minione godziny.

Był to dziwny dzień po naszej wspólnie spędzonej nocy, po naszym cudownym poranku i genialnym pocałunku, po którym czułam złość na siebie, że na niego pozwoliłam, ale też wstyd, bo ponownie okazałam się być żałosna.

Ale to wszystko było gorsze, niż mogłoby być przez to, że podobał mi się ten pocałunek, lubiłam spać z Ryanem i uwielbiałam się do niego przytulać, więc fakt, że dla Ryana był to tylko gest robiony ze współczucia był dla mnie głównie upokarzający i bolesny.

Budzik Ryana zadzwonił wystarczająco wcześnie, żebyśmy oboje mogli przygotować się na nasze dni i zamierzałam wykorzystać ten czas.

Musiałam też uporządkować sobie wszystko w głowie.

Kiedy wstaliśmy z łóżka Ryana, przeszłam do swojego pokoju, starając się iść normalnie i nie uciekać, tam, jak zwykle to robiłam, przebrałam się w swój strój sportowy i, tak przygotowana do wyjścia na mój poranny jogging, ruszyłam do drzwi wyjściowych, gdzie zostawiłam buty do biegania.

Kiedy tylko opuściłam korytarz łączący nasze sypialnie, zobaczyłam Ryana, który był już przygotowany do joggingu i wkładał swoje buty do biegania, klęcząc na jednym kolanie niedaleko drzwi.

Mój krok się przez to załamał z zaskoczenia, jakby się potknęła, ale potem pomyślałam sobie, że biegaliśmy razem codziennie tak samo, więc nie było to nic, czego nie powinnam była się spodziewać.

Przecież nie stało się nic nadzwyczajnego.

Więc ruszyłam ponownie do drzwi.

Wyszliśmy jednocześnie, pobiegliśmy obok siebie, jak zwykle, wróciliśmy do domu, ale sama poszłam pod prysznic, a wtedy Ryan, który też powinien niedługo wychodzić do pracy, zrobił nam obojgu śniadanie i zjadł swoją owsiankę, kiedy się myłam.

Zjadłam swoją porcję, kiedy Ryan poszedł się umyć po porannej aktywności, przeszłam do swojej sypialni, gdzie naszykowałam się do wyjścia i to było tyle.

Nie spędziliśmy później razem nawet godziny.

Nie pożegnaliśmy się inaczej niż zwykle, ale też tego nie oczekiwałam, więc nie byłam rozczarowana.

Było… normalnie.

To sprawiło, że się uspokoiłam.

Mój nastrój, kiedy pracowałam, rozmawiałam z obcymi ludźmi o ich pupilkach, zajmowałam się tym, co umiałam robić najlepiej i co kochałam robić, również nie był najgorszy.

Dominowała jednak rezygnacja.

Wiedziałam przecież bardzo dobrze, że to, co było między nami, cokolwiek to było, nie mogło się udać.

Powinnam była poprzestać na tym, co miałam z Ryanem, a nie całować go i nie oczekiwać, nawet nie marzyć o tym, by mieć więcej, ale był to mężczyzna, który budził we mnie emocje, jak żaden przed nim… nigdy.

Był moim prawie-przyjacielem, a ja sprawiłam, że mogliśmy to stracić.

Nie wiedziałam, co mogłam z tym zrobić.

Postawiłam więc głównie na przetrwanie.

A potem przeżyłam ten dzień do końca, opuściłam pracę, wróciłam swoim Eco Sportem do domu, zaparkowałam, jak zwykle to robiłam, weszłam, jak zwykle wchodziłam i… zostałam sama.

Ryan był w pracy.

Mieszkanie było puste, bo miało takie być.

Nie miałam pojęcia, jak spędziłam następną godzinę.

Działałam na autopilocie, wykonując codzienne czynności jedną po drugiej.

Jednak kiedy naszedł czas, by wymyślić coś, co moglibyśmy mieć na naszą kolację, niespodziewanie usłyszałam pukanie do drzwi wejściowych.

Nie zdążyłam do nich dojść, kiedy w zamku zachrobotał klucz, poruszyła się klamka i zostały otwarte.

Nie było to nic zaskakującego, bo rodzice Ryana wchodzili czasem do jego apartamentu, ale zawsze przed tym pukali.

Niespodziewane było to, że tym razem nikt nie poczekał na odpowiedź.

Do mieszkania weszła Ingrid i od razu ruszyła w moją stronę z uśmiechem, z radosnym powitaniem, wręcz tryskająca pozytywną energią.

Ingrid taka była.

Zawsze pozytywna, zawsze energiczna, mama Ryana uśmiechała się do innych ludzi, ale nie była naiwna, nie ulegała, nie dawała się wykorzystywać.

Dlatego jej pozytywna energia wpływała na mnie naprawdę mocno i według mnie była szczera, co dawało mi jeszcze więcej chęci do życia i działania.

Uśmiechnęłam się do niej, poszłam w jej kierunku z powitaniem, a po nim ona nie puściła mnie, ale pociągnęła za sobą do wyjścia.

- Mam dla was obojga kolację, bo zrobiłam za dużo - powiedziała i nie słuchała moich protestów.

Słabych protestów, bo nadal nie wymyśliłam niczego, co moglibyśmy tego dnia zjeść, a jej syn potrzebował porządnego posiłku po pracy.

- Chodź, kochanie - przekonywała mnie - Zadzwonimy do Ryana, żeby przyszedł da nas, jak tylko wróci z pracy.

No, właśnie, przecież już powinien być - pomyślałam, zerkając na zegarek w telefonie i marszcząc brwi.

- Ale nie jestem przekonana… - zaczęłam argumentować przeciwko temu wyjściu, bo nie byłam przekonana, że Ryan nie będzie nazbyt zmęczony po pracy, by spędzać czas u swoich rodziców.

Może chciałby zjeść coś zamówionego z dostawą i odpocząć przed telewizorem?

- Och, Słonko, doprawdy - Ingrid machnęła lekceważąco ręką, kiedy dodała -  Ryan często jadał u nas kolację po swoim powrocie z pracy, kiedy nie mieszkaliście razem.

Jadał? - zdziwiłam się w duchu, ale nic nie powiedziałam, bo przyszło mi na myśl, że bardzo słabo znałam tego mężczyznę i do tej pory nie zrobiłam niczego, by to zmienić.

Nie miałam więcej argumentów przeciwko mojemu pójściu z mamą Ryana, więc również nie miałam wyjścia, jak tylko założyć swoje Air Max’y, złapać z komody stojącej przy drzwiach wyjściowych swoje klucze do mieszkania Ryana i pójść za nią do jej części domu.

Ingrid szła przede mną i nie przepuściła mnie w drzwiach, kiedy otworzyła te do swojego lokum, a ja nie zwróciłam na to uwagi, bo tego nie oczekiwałam.

Nie zauważyłam również, że Ingrid była trochę dziwnie podniecona i z trudem hamowała uśmiech.

Zauważyłam jednak, że dom Rocha i Ingrid był zaskakująco ciemny i bardziej cichy niż zwykle, przez co spięłam się, jakbym wchodziła w pułapkę.

Kiedy tam weszłyśmy, mama Ryana zachęciła mnie dłonią, bym przeszła do salonu, ale wyjątkowo nie ruszyła w kierunku kuchni, więc spojrzałam na nią skonsternowana, ale wykonałam to, do czego mnie zaprosiła.

Ledwie przeszłam tę niewidzialną granicę między tylnym korytarzem, który łączył kuchnię z salonem, w całej części dziennej ich domu rozbłysły światła, a mnie ogłuszył krzyk z wielu gardeł - Happy Birthday!

Tak, widziałam to niejeden raz… w filmach.

Słyszałam o takich niespodziankach robionych różnym moim koleżankom.

A tu, teraz wyglądało na to, że właśnie zaczynało się moje przyjęcie urodzinowe.

Tak naprawdę było!

Miałam pierwsze w moim… całym… życiu, niespotykanie duże, naprawdę szalone przyjęcie urodzinowe.

Oniemiałam i rozglądałam się z szeroko otwartymi oczami.

Na ścianie nad oknami salonu wisiał nieco krzywy, wielki transparent z kolorowym napisem: Happy Birthday, Kate!

Po środku widocznej stamtąd jadalni stał stół, który wprost uginał się od jedzenia, a na jego środku przyczepione były na wstążkach kolorowe balony z rysunkami i w kształtach piesków i kotków, które były zebrane w pęk w jednym miejscu i unosiły się ku sufitowi.

W salonie zaś stali wszyscy z rodziny Maintaining, nawet brat Ryana, Lars, a także Bianca, ale też moje koleżanki z pracy, Frida i Marika, a po jakimś czasie dowiedziałam się, że Ryan zaprosił również moją szefową, ale nie mogła przyjść.

Każdy z nich miał na głowie taka śmieszną, spiczastą, błyszczącą czapeczkę, jaką można mieć na przyjęciach i taką samą, czerwoną miała w ręku Ianka, która podbiegła do mnie, piszcząc, jak mała dziewczynka, by założyć mi ją na głowę.

- Wszystkiego najlepszego! - zawołała z podnieceniem w głosie, kiedy po pstryknięciu gumką o mój kark pod włosami odsunęła się na pół kroku, a następnie złapała mnie za ramiona i przycisnęła się do mojego przodu - Jak mogłaś mi nie powiedzieć. Świętowałybyśmy wczoraj od samego rana.

Zamrugałam oszołomiona, przeniosłam wzrok na Ryana i zobaczyłam, że stał niedaleko nas, lekko odsunięty od innych i patrzył na to wszystko z wargami wygiętymi ku górze w uśmieszku.

Był taki zadowolony z siebie.

Nie wiedziałam, co miałam czuć, jak miałam to wszystko odbierać, kiedy podeszły do mnie Frida i Marika.

- Wszystkiego najlepszego, Kate - spokojnie i pogodnie powiedziała zawsze zrównoważona Frida - Żebyś miała głównie takich pacjentów, których będziesz mogła wyleczyć i cieszyć się ich szczęściem.

Och, tak.

Rozumiałyśmy się pod tym względem.

Nasza szefowa lubiła wyzwania i to ona brała na siebie wszystkie trudne przypadki, z których wiele nie kończyło się dobrze, a my byłyśmy jej za to wdzięczne i kiedyś rozmawiałyśmy o tym, że nie lubimy smutnych zwierzaków.

Takich, których nie można było wyleczyć i przez to cierpiały.

Później ciepłe życzenia złożyli mi rodzice Ryana i jego brat i to też, chociaż były trochę bardziej ogólne, bezosobowe, było to miłe.

Pomyślałam wtedy, że to Ingrid przygotowała to całe przyjęcie.

- Dziękuję bardzo - uprzejmie podziękowałam jej, kiedy oddawałam jej uścisk, bo tak wypadało i, cóż, czułam się wdzięczna - To bardzo miła niespodzianka.

- Podziękuj Ryanowi - odparła z uśmiechem, spoglądając w bok, na swojego młodszego syna - Zadzwonił do nas, krzycząc jak wariat, jak rano jechał do pracy i był bardzo wzburzony, kiedy mówił, że ukryłaś przed nami wszystkimi to, że miałaś wczoraj urodziny, więc nawet nie złożyliśmy ci życzeń.

- Och - szepnęłam, a po chwili zastanowienia powiedziałam - Ale ty się napracowałaś… - i nie miałam okazji dodać nic więcej ani spojrzeć na Ryana, bo kontynuowała:

- O, nie - machnęłam lekceważąco dłonią miedzy nami - Żaden problem. Mam wprawę w organizowaniu czegoś takiego małego na szybko, więc to nie był problem, a sama przyjemność. Tak się cieszę, że mogłam sprawić ci radość, kochanie - dodała łagodniej, głaszcząc mnie delikatnie po ramieniu.

Byłam rozdarta wewnętrznie.

Z jednej strony opanowało mnie wzruszenie z powodu tego, że wszyscy oni pomyśleli o mnie, chcieli sprawić mi przyjemność, czułam radość, bo nareszcie miałam swoje przyjęcie urodzinowe, ale z drugiej strony miałam gorzkie przeczucie, że to wszystko było z litości.

Że chodziło o to, że Ryan współczuł mi, żałował mnie, więc postarał się dać mi namiastkę normalności.

Oni wszyscy to mi dawali.

Starałam skupić się na pozytywnych odczuciach i na niespodziankach.

Dla mnie.

Życzenia, poczęstunek, prezenty, miłe towarzystwo…

Kolejną niespodzianką był mój piękny, wspaniały tort urodzinowy, który okazał się być również być pyszny, kiedy już zdmuchnęłam dwadzieścia świeczek, które na nim były umieszczone i mogliśmy go spróbować.

Rozpakowywałam prezenty, jakie od nich dostałam i były to tak miłe, ładne drobiazgi, że autentycznie cieszyłam się z każdego z nich.

Jedliśmy wszystkie te pyszności, które przygotowała Ingrid, rozmawialiśmy  śmialiśmy się, więc nie docierały do mnie złe myśli.

Tak się trzymałam aż do ostatniej chwili.

Kiedy bowiem wchodziliśmy do mieszkania Ryana, całe negatywne nastawienie wróciło do mnie z podwójną mocą.

Wyprzedziłam Ryana, przechodząc do kuchni, by tam złożyć i schować opakowania od prezentów, które dostałam.

Czułam za swoimi plecami obecność mężczyzny, kiedy starannie składałam skrawki papieru, torebki i pudełka, by odłożyć je do jednej z szuflad, ale nie odwróciłam się ani razu.

Ryan był inteligentny i spostrzegawczy, a znał mnie dość długo, by nie dać się nabrać na moją taktykę udawania, że wszystko było w porządku.

Na szczęście nie zadał mi tego niewygodnego pytania - O co chodzi?

Przez te kilka minut opanowałam się, więc odwróciłam się do niego, kiedy już nie miałam czym zająć rąk, a na ustach miałam wyćwiczony uśmiech, który z całą pewnością nie sięgał mi oczu.

- Dziękuję ci bardzo za tę niespodziankę - powiedziałam - Była bardzo miła.

Zobaczyłam, że Ryan przechylił głowę na bok, wciąż patrząc na mnie bardzo uważnie i poważnie, kiedy twardo stał tam, za wyspą kuchenną, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i szeroko rozstawionymi nogami.

Cieszyłam się, że nie widziałam całej jego sylwetki, bo nawet to, co widziałam, było bardzo seksowne.

Był taki męski.

- Nie ma za co? - odparł pytaniem, które może i wymagało ode mnie wyjaśnień, ale to zignorowałam.

- To był długi i męczący dzień - dodałam, jak mi się wydawało, lekkim tonem - Myślę, że pora iść spać. Dobranoc, Ryan - rzuciłam, nie patrząc na niego.

Mężczyzna nic nie odpowiedział, ale nie czekałam na to.

Ominęłam wyspę, Ryana i szybkim krokiem poszłam do swojej sypialni, by tam w niewytłumaczalnie zdenerwowanym pośpiechu przyszykować się do snu.

Kiedy już wykonałam swoją wieczorną rutynę, zamknęłam za sobą drzwi mojej sypialni, ubrałam się w piżamę, zgasiłam górne światło, położyłam się do łóżka i zgasiłam lamkę na stoliku nocnym, leżałam na plecach i dyszałam niczym po długim, wzmożonym wysiłku.

Widziałam, czułam to, że zrobiłam źle.

Nie było mi dobrze z tym, jak postąpiłam.

Ale z drugiej strony wiedziałam, że Ryan i jego rodzice mi współczuli i czułam się jeszcze gorzej z tą świadomością.

Byłam tak bardzo tym upokorzona, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że musiałam się stąd wyprowadzić, bo nie zniosłabym dłużej przebywania wśród ludzi, którzy uważali mnie za godną pożałowania nawet, jak taka właśnie byłam.

Moje dołujące, gorzkie rozmyślania przerwało nieoczekiwane, gwałtowne otwarcie moich drzwi.

W smudze światła, jaka przez nie wpadła, zobaczyłam ciemną postać Ryana, który najwidoczniej był już przygotowany do snu, bo miał na sobie spodnie od piżamy i nic więcej.

Nicwięcej!

Nie zatrzymał się w progu.

Nawet nie podniosłam głowy z poduszki, tak bardzo byłam zaskoczona, gdy ruszył od wejścia w moją stronę, przemieszczając się szybko, bardzo gwałtownie i nieco nerwowo.

Byłam pewna, że również nie oddychałam.

Kiedy znalazł się blisko mnie i mogłam zobaczyć wyraz jego twarzy w tym nikłym świetle padającym z korytarza, spostrzegłam, że się myliłam.

Nie był zdenerwowany.

Był wściekły.

Nie zdążyłam nawet sapnąć, kiedy nabrałam trochę powietrza w płuca, by zapytać go O co chodzi?, a już Ryan wyciągnął obie swoje ręce w moją stronę, odrzucił moją kołdrę, wsunął jedno ramię pod moje plecy i drugie ramię pod kolana, szarpnął moje ciało do góry i wyprostował się.

Podniosłam ręce w jego stronę, ale nie po to, by się przed nim bronić.

Trzymając mnie ciasno, blisko swojego gorącego, twardego ciała, bez chwili wahania odwrócił się w stronę drzwi i, wciąż przemieszczając się gwałtownie i szybko, ruszył do wyjścia z mojej sypialni.

- Ryan… - zaczęłam cicho i niepewnie, ale przerwał mi.

- Nic nie mów! - warknął, a po jego tonie poznałam, że nadal był wściekły.

Nie wiedziałam, o co mu chodziło, czemu był zły na mnie, ale miałam wewnętrzne przeczucie, że ten mężczyzna nie zrobiłby mi krzywdy.

Nigdy.

Przenigdy!

Dlatego właśnie spokojnie leżałam w jego objęciach, obejmowałam rękoma jego ramiona, co zrobiłam odruchowo, kiedy mnie podnosił, i patrzyłam na jego twarz tak piękną, chociaż spiętą ze złości i skupioną na celu.

Niczego już nie rozumiałam.

Mój świat przed poznaniem tego mężczyzny, jego rodziny i innych bliskich mu osób był całkowicie inny.

Ludzie, którzy mnie otaczali, byli moimi wrogami.

Wszyscy.

Tutaj najwyraźniej… nie.

Musiałam się dowiedzieć, więc zdecydowałam, że najprostszą drogą będzie zwykła, szczera rozmowa, chociaż nadal miałam od dawna wpojone głęboko w sobie nawyki i odruchy, by zachowywać moje myśli i marzenia głęboko w tajemnicy przed wszystkimi.

Ale musiałam wiedzieć, jak reagować.

Ryan wszedł do swojej sypialni i tam, wciąż ze mną w ramionach, odwrócił się, jakoś zgasił górne światło wyłącznikiem przy drzwiach, a później odwrócił się przodem do łóżka i ruszył w jego kierunku.

- Chyba sobie kpiłaś, dając mi do zrozumienia, że nie będziesz spała w tym łóżku, w moim łóżku, po ostatniej nocy, kiedy sama tu przyszłaś - powiedział, a jego głos nadal nabrzmiały był złością, chociaż wydawało się, że mój brak sprzeciwu wobec jego działań, nieco go uspokoił.

Rzucił mnie na materac i może odbiłabym się od niego, ale odległość okazała się być nie-taka-duża, więc wylądowałam miękko i bezpiecznie.

Nie ruszyłam się, kiedy Ryan kładł się obok mnie, a jedynie przesunęłam się trochę, jak tylko okazało się, że miał mało miejsca, więc zrobiłam mu go więcej przy sobie, żeby mógł wejść na łóżko.

Ryan zawisł na chwilę nade mną, zanim powoli wyciągnął rękę po kołdrę, żeby nas nią okryć, bo nie zrobił tego od razu.

- Potrzebujesz tu być, Kitty - powiedział już miękko, delikatnie, jak lubiłam, a ja poczułam się nieswojo.

Cała byłam zesztywniała, ale zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to, co miałam do powiedzenia.

- Nie potrzebuję - zaczęłam mu odpowiadać i Ryan zmarszczył brwi, ale mi nie przerywał nawet wtedy, kiedy poczułam, że musiałam odchrząknąć, bo byłam trochę zachrypnięta z emocji - Nie chcę, żebyś mnie żałował - dokończyłam zduszonym głosem - …litował się nade mną. Nie chcę też, żeby wszyscy inni robili cokolwiek z litości.

Ryan zmarszczył brwi.

- Nie lituję się nad tobą - powiedział poważnie i ze zdziwieniem w głosie, które kazało mi się zastanowić nad trafnością moich spostrzeżeń - Ani też nikt niczego dzisiaj nie zrobił z litości.

- Jak to? - zapytałam natychmiast i wyszło to bez tchu.

Ryan położył się na boku koło mnie, przykrył nas kołdrą do żeber, oparł głowę na zgiętej ręce i uważnie, ale ciepło, ze zrozumieniem, patrzył na mnie, leżącą tam na wznak z głową skręconą w jego stronę.

- Nikomu nie mówiłem tego, co mi powiedziałaś - wyjawił mi ze szczerością w głosie, a ja miałam ochotę kopnąć się w tyłek z zawstydzenia.

Jaka ja była głupia i niewdzięczna, że posądzałam go o coś takiego.

- Nie zrobiłbym też niczego, bo lituję się nad tobą - kontynuował Ryan.

Zamknęłam usta, które wcześniej rozchyliłam nieświadomie i opuściłam brodę do piersi, żeby patrzeć na niego spod byka.

- Serio, Kitty - Ryan ciągnął dalej - Podobało mi się, że mogłem ci to dać. Sprawić ci radość. Zobaczyć na twojej twarzy szczery uśmiech.

Mówił to wszystko urażonym tonem, w którym nie wyczuwałam fałszu.

Wtedy zaczęło do mnie docierać, że się pomyliłam i to bardzo, bo przecież wiedziałam, że byli ludzie, którzy robili coś z czystego altruizmu, a Ryan nigdy nie pokazał mi, żeby był inny.

Nie był fałszywy ani podstępny.

Był dobry i troskliwy wobec mnie od samego początku.

Nagle wszystkie moje mięśnie zamieniły się w galaretę, rozluźniły się, by zadrgać bezsilnie i nieporadnie.

To było moje najdawniejsze, najskrytsze i największe marzenie, żeby być dla kogoś tak ważną, by dał mi chwilę szczęścia, żeby chciał widzieć na mojej twarzy szczery uśmiech, żeby dbał o mnie.

Wiedziałam wcześniej, że ten mężczyzna był ideałem, ale teraz dotarło do mnie, że był czymś więcej.

Nie powinnam była nigdy do tego dopuścić.

Teraz było już za późno.

Stał się najważniejszą, najcenniejszą istotą ludzką w moim życiu.

Jeśli go kiedykolwiek stracę, a bez wątpienia stanie się to, jak zawsze działo się tak z każdym, kogo lubiłam, nie przeżyję tego.

Wzięłam jeden, a potem drugi, uspokajający wdech przez nos, przełknęłam ślinę i, pozbierawszy się na tyle, by reagować prawidłowo, nie nadmiernie, odezwałam się łagodnym, spokojnym tonem.

- Dziękuję - w tym słowie nadal brzmiała prawdziwa wdzięczność, bo wreszcie uwierzyłam, że intencje zarówno Ryana, jak i jego rodziców.

Wyraz twarzy Ryana zmienił się.

Złagodniał tak bardzo, że stał się czuły, delikatny… pełen uczucia.

Ramiona Ryana zacisnęły się, odwrócił się na plecy, wciągając mnie na swoje ciało i ułożył nas do snu, jak zrobił to poprzedniego wieczoru.

Leżeliśmy przez kilka minut, kiedy to mnie przenikało.

Miał rację.

Potrzebowałam tego.

Poczułam się znowu bezpieczna, przytulona, zaopiekowana, jak czułam się noc wcześniej i poczułam się dobrze.

Odpuściłam tak bardzo, że westchnęłam cicho, szepnęłam Dobranoc Ryan, wsunęłam dłoń na jego mostek i zamknęłam oczy.

To nie trwało długo.

Zasnęłam.

*****
Cdn.

1 komentarz: