Rozdział 10
Trzymaj mnie
Kate
Następnego dnia
wieczorem…
Weszliśmy
razem z Ryanem do jego apartamentu, późno wracając z domu jego rodziców, a ja szłam
obok niego pogrążona w absolutnej ciszy, bo przeżywałam minione godziny.
Był
to dziwny dzień po naszej wspólnie spędzonej nocy, po naszym cudownym poranku i
genialnym pocałunku, po którym czułam
złość na siebie, że na niego pozwoliłam, ale też wstyd, bo ponownie okazałam
się być żałosna.
Ale
to wszystko było gorsze, niż mogłoby być przez to, że podobał mi się ten pocałunek, lubiłam spać z Ryanem i uwielbiałam się do niego przytulać, więc
fakt, że dla Ryana był to tylko gest robiony ze współczucia był dla mnie
głównie upokarzający i bolesny.
Budzik
Ryana zadzwonił wystarczająco wcześnie, żebyśmy oboje mogli przygotować się na
nasze dni i zamierzałam wykorzystać ten czas.
Musiałam
też uporządkować sobie wszystko w głowie.
Kiedy
wstaliśmy z łóżka Ryana, przeszłam do swojego pokoju, starając się iść
normalnie i nie uciekać, tam, jak
zwykle to robiłam, przebrałam się w swój strój sportowy i, tak przygotowana do
wyjścia na mój poranny jogging, ruszyłam do drzwi wyjściowych, gdzie zostawiłam
buty do biegania.
Kiedy
tylko opuściłam korytarz łączący nasze sypialnie, zobaczyłam Ryana, który był już
przygotowany do joggingu i wkładał swoje buty do biegania, klęcząc na jednym
kolanie niedaleko drzwi.
Mój
krok się przez to załamał z zaskoczenia, jakby się potknęła, ale potem
pomyślałam sobie, że biegaliśmy razem codziennie tak samo, więc nie było to
nic, czego nie powinnam była się spodziewać.
Przecież
nie stało się nic nadzwyczajnego.
Więc
ruszyłam ponownie do drzwi.
Wyszliśmy
jednocześnie, pobiegliśmy obok siebie, jak zwykle, wróciliśmy do domu, ale sama
poszłam pod prysznic, a wtedy Ryan, który też powinien niedługo wychodzić do
pracy, zrobił nam obojgu śniadanie i zjadł swoją owsiankę, kiedy się myłam.
Zjadłam
swoją porcję, kiedy Ryan poszedł się umyć po porannej aktywności, przeszłam do
swojej sypialni, gdzie naszykowałam się do wyjścia i to było tyle.
Nie
spędziliśmy później razem nawet godziny.
Nie
pożegnaliśmy się inaczej niż zwykle, ale też tego nie oczekiwałam, więc nie
byłam rozczarowana.
Było…
normalnie.
To
sprawiło, że się uspokoiłam.
Mój
nastrój, kiedy pracowałam, rozmawiałam z obcymi ludźmi o ich pupilkach,
zajmowałam się tym, co umiałam robić najlepiej i co kochałam robić, również nie był najgorszy.
Dominowała
jednak rezygnacja.
Wiedziałam
przecież bardzo dobrze, że to, co było między nami, cokolwiek to było, nie
mogło się udać.
Powinnam
była poprzestać na tym, co miałam z Ryanem, a nie całować go i nie oczekiwać,
nawet nie marzyć o tym, by mieć więcej, ale był to mężczyzna, który budził we
mnie emocje, jak żaden przed nim… nigdy.
Był
moim prawie-przyjacielem, a ja sprawiłam, że mogliśmy to stracić.
Nie
wiedziałam, co mogłam z tym zrobić.
Postawiłam
więc głównie na przetrwanie.
A
potem przeżyłam ten dzień do końca, opuściłam pracę, wróciłam swoim Eco Sportem
do domu, zaparkowałam, jak zwykle to robiłam, weszłam, jak zwykle wchodziłam i…
zostałam sama.
Ryan
był w pracy.
Mieszkanie
było puste, bo miało takie być.
Nie
miałam pojęcia, jak spędziłam następną godzinę.
Działałam
na autopilocie, wykonując codzienne czynności jedną po drugiej.
Jednak
kiedy naszedł czas, by wymyślić coś, co moglibyśmy mieć na naszą kolację, niespodziewanie
usłyszałam pukanie do drzwi wejściowych.
Nie
zdążyłam do nich dojść, kiedy w zamku zachrobotał klucz, poruszyła się klamka i
zostały otwarte.
Nie
było to nic zaskakującego, bo rodzice Ryana wchodzili czasem do jego
apartamentu, ale zawsze przed tym pukali.
Niespodziewane
było to, że tym razem nikt nie poczekał na odpowiedź.
Do
mieszkania weszła Ingrid i od razu ruszyła w moją stronę z uśmiechem, z
radosnym powitaniem, wręcz tryskająca pozytywną energią.
Ingrid
taka była.
Zawsze
pozytywna, zawsze energiczna, mama Ryana uśmiechała się do innych ludzi, ale
nie była naiwna, nie ulegała, nie dawała się wykorzystywać.
Dlatego
jej pozytywna energia wpływała na mnie naprawdę mocno i według mnie była
szczera, co dawało mi jeszcze więcej chęci do życia i działania.
Uśmiechnęłam
się do niej, poszłam w jej kierunku z powitaniem, a po nim ona nie puściła
mnie, ale pociągnęła za sobą do wyjścia.
-
Mam dla was obojga kolację, bo zrobiłam za dużo - powiedziała i nie słuchała
moich protestów.
Słabych
protestów, bo nadal nie wymyśliłam niczego, co moglibyśmy tego dnia zjeść, a jej
syn potrzebował porządnego posiłku po pracy.
-
Chodź, kochanie - przekonywała mnie - Zadzwonimy do Ryana, żeby przyszedł da
nas, jak tylko wróci z pracy.
No, właśnie,
przecież już powinien być - pomyślałam, zerkając na zegarek w telefonie i
marszcząc brwi.
-
Ale nie jestem przekonana… - zaczęłam argumentować przeciwko temu wyjściu, bo
nie byłam przekonana, że Ryan nie będzie nazbyt zmęczony po pracy, by spędzać
czas u swoich rodziców.
Może
chciałby zjeść coś zamówionego z dostawą i odpocząć przed telewizorem?
-
Och, Słonko, doprawdy - Ingrid
machnęła lekceważąco ręką, kiedy dodała -
Ryan często jadał u nas kolację
po swoim powrocie z pracy, kiedy nie mieszkaliście razem.
Jadał? - zdziwiłam się w
duchu, ale nic nie powiedziałam, bo przyszło mi na myśl, że bardzo słabo znałam
tego mężczyznę i do tej pory nie zrobiłam niczego,
by to zmienić.
Nie
miałam więcej argumentów przeciwko mojemu pójściu z mamą Ryana, więc również
nie miałam wyjścia, jak tylko założyć swoje Air Max’y, złapać z komody stojącej
przy drzwiach wyjściowych swoje klucze do mieszkania Ryana i pójść za nią do
jej części domu.
Ingrid
szła przede mną i nie przepuściła mnie w drzwiach, kiedy otworzyła te do
swojego lokum, a ja nie zwróciłam na to uwagi, bo tego nie oczekiwałam.
Nie
zauważyłam również, że Ingrid była trochę dziwnie podniecona i z trudem
hamowała uśmiech.
Zauważyłam
jednak, że dom Rocha i Ingrid był zaskakująco ciemny i bardziej cichy niż
zwykle, przez co spięłam się, jakbym wchodziła w pułapkę.
Kiedy
tam weszłyśmy, mama Ryana zachęciła mnie dłonią, bym przeszła do salonu, ale wyjątkowo
nie ruszyła w kierunku kuchni, więc spojrzałam na nią skonsternowana, ale
wykonałam to, do czego mnie zaprosiła.
Ledwie
przeszłam tę niewidzialną granicę między tylnym korytarzem, który łączył
kuchnię z salonem, w całej części dziennej ich domu rozbłysły światła, a mnie
ogłuszył krzyk z wielu gardeł - Happy
Birthday!
Tak,
widziałam to niejeden raz… w filmach.
Słyszałam o takich
niespodziankach robionych różnym moim koleżankom.
A
tu, teraz wyglądało na to, że właśnie zaczynało się moje przyjęcie urodzinowe.
Tak
naprawdę było!
Miałam pierwsze w moim…
całym… życiu, niespotykanie duże, naprawdę szalone przyjęcie urodzinowe.
Oniemiałam
i rozglądałam się z szeroko otwartymi oczami.
Na
ścianie nad oknami salonu wisiał nieco krzywy, wielki transparent z kolorowym napisem:
Happy Birthday, Kate!
Po
środku widocznej stamtąd jadalni stał stół, który wprost uginał się od jedzenia, a na jego środku przyczepione były na
wstążkach kolorowe balony z rysunkami i w kształtach piesków i kotków, które
były zebrane w pęk w jednym miejscu i unosiły się ku sufitowi.
W
salonie zaś stali wszyscy z rodziny Maintaining, nawet brat Ryana, Lars, a
także Bianca, ale też moje koleżanki z pracy, Frida i Marika, a po jakimś
czasie dowiedziałam się, że Ryan zaprosił również moją szefową, ale nie mogła
przyjść.
Każdy
z nich miał na głowie taka śmieszną, spiczastą, błyszczącą czapeczkę, jaką
można mieć na przyjęciach i taką samą, czerwoną miała w ręku Ianka, która
podbiegła do mnie, piszcząc, jak mała dziewczynka, by założyć mi ją na głowę.
-
Wszystkiego najlepszego! - zawołała z
podnieceniem w głosie, kiedy po pstryknięciu gumką o mój kark pod włosami odsunęła
się na pół kroku, a następnie złapała mnie za ramiona i przycisnęła się do
mojego przodu - Jak mogłaś mi nie
powiedzieć. Świętowałybyśmy wczoraj od samego
rana.
Zamrugałam
oszołomiona, przeniosłam wzrok na Ryana i zobaczyłam, że stał niedaleko nas,
lekko odsunięty od innych i patrzył na to wszystko z wargami wygiętymi ku górze
w uśmieszku.
Był
taki zadowolony z siebie.
Nie
wiedziałam, co miałam czuć, jak miałam to wszystko odbierać, kiedy podeszły do
mnie Frida i Marika.
-
Wszystkiego najlepszego, Kate - spokojnie i pogodnie powiedziała zawsze
zrównoważona Frida - Żebyś miała głównie takich pacjentów, których będziesz mogła
wyleczyć i cieszyć się ich szczęściem.
Och,
tak.
Rozumiałyśmy
się pod tym względem.
Nasza
szefowa lubiła wyzwania i to ona brała na siebie wszystkie trudne przypadki, z
których wiele nie kończyło się dobrze, a my byłyśmy jej za to wdzięczne i
kiedyś rozmawiałyśmy o tym, że nie lubimy smutnych zwierzaków.
Takich,
których nie można było wyleczyć i przez to cierpiały.
Później
ciepłe życzenia złożyli mi rodzice Ryana i jego brat i to też, chociaż były
trochę bardziej ogólne, bezosobowe, było to miłe.
Pomyślałam
wtedy, że to Ingrid przygotowała to całe przyjęcie.
-
Dziękuję bardzo - uprzejmie podziękowałam jej, kiedy oddawałam jej uścisk, bo
tak wypadało i, cóż, czułam się
wdzięczna - To bardzo miła niespodzianka.
-
Podziękuj Ryanowi - odparła z uśmiechem, spoglądając w bok, na swojego młodszego
syna - Zadzwonił do nas, krzycząc jak wariat, jak rano jechał do pracy i był bardzo wzburzony, kiedy mówił, że
ukryłaś przed nami wszystkimi to, że miałaś wczoraj urodziny, więc nawet nie
złożyliśmy ci życzeń.
-
Och - szepnęłam, a po chwili zastanowienia powiedziałam - Ale ty się
napracowałaś… - i nie miałam okazji dodać nic więcej ani spojrzeć na Ryana, bo
kontynuowała:
-
O, nie - machnęłam lekceważąco dłonią miedzy nami - Żaden problem. Mam wprawę w
organizowaniu czegoś takiego małego na szybko, więc to nie był problem, a sama przyjemność. Tak się cieszę, że mogłam
sprawić ci radość, kochanie - dodała łagodniej, głaszcząc mnie delikatnie po
ramieniu.
Byłam
rozdarta wewnętrznie.
Z
jednej strony opanowało mnie wzruszenie z powodu tego, że wszyscy oni pomyśleli
o mnie, chcieli sprawić mi przyjemność, czułam radość, bo nareszcie miałam
swoje przyjęcie urodzinowe, ale z drugiej strony miałam gorzkie przeczucie, że
to wszystko było z litości.
Że
chodziło o to, że Ryan współczuł mi, żałował
mnie, więc postarał się dać mi namiastkę normalności.
Oni
wszyscy to mi dawali.
Starałam
skupić się na pozytywnych odczuciach i na niespodziankach.
Dla mnie.
Życzenia,
poczęstunek, prezenty, miłe towarzystwo…
Kolejną
niespodzianką był mój piękny, wspaniały tort urodzinowy, który okazał się być również
być pyszny, kiedy już zdmuchnęłam dwadzieścia świeczek, które na nim były
umieszczone i mogliśmy go spróbować.
Rozpakowywałam
prezenty, jakie od nich dostałam i były to tak miłe, ładne drobiazgi, że autentycznie
cieszyłam się z każdego z nich.
Jedliśmy
wszystkie te pyszności, które przygotowała Ingrid, rozmawialiśmy śmialiśmy się, więc nie docierały do mnie złe
myśli.
Tak
się trzymałam aż do ostatniej chwili.
Kiedy
bowiem wchodziliśmy do mieszkania Ryana, całe negatywne nastawienie wróciło do
mnie z podwójną mocą.
Wyprzedziłam
Ryana, przechodząc do kuchni, by tam złożyć i schować opakowania od prezentów,
które dostałam.
Czułam
za swoimi plecami obecność mężczyzny, kiedy starannie składałam skrawki
papieru, torebki i pudełka, by odłożyć je do jednej z szuflad, ale nie
odwróciłam się ani razu.
Ryan
był inteligentny i spostrzegawczy, a znał mnie dość długo, by nie dać się
nabrać na moją taktykę udawania, że wszystko było w porządku.
Na
szczęście nie zadał mi tego niewygodnego pytania - O co chodzi?
Przez
te kilka minut opanowałam się, więc odwróciłam się do niego, kiedy już nie
miałam czym zająć rąk, a na ustach miałam wyćwiczony uśmiech, który z całą
pewnością nie sięgał mi oczu.
-
Dziękuję ci bardzo za tę niespodziankę - powiedziałam - Była bardzo miła.
Zobaczyłam,
że Ryan przechylił głowę na bok, wciąż patrząc na mnie bardzo uważnie i
poważnie, kiedy twardo stał tam, za wyspą kuchenną, z rękoma skrzyżowanymi na
piersi i szeroko rozstawionymi nogami.
Cieszyłam
się, że nie widziałam całej jego sylwetki, bo nawet to, co widziałam, było
bardzo seksowne.
Był
taki męski.
-
Nie ma za co? - odparł pytaniem, które może i wymagało ode mnie wyjaśnień, ale
to zignorowałam.
-
To był długi i męczący dzień - dodałam, jak mi się wydawało, lekkim tonem - Myślę, że pora iść spać.
Dobranoc, Ryan - rzuciłam, nie patrząc na niego.
Mężczyzna
nic nie odpowiedział, ale nie czekałam na to.
Ominęłam
wyspę, Ryana i szybkim krokiem poszłam do swojej sypialni, by tam w
niewytłumaczalnie zdenerwowanym pośpiechu przyszykować się do snu.
Kiedy
już wykonałam swoją wieczorną rutynę, zamknęłam za sobą drzwi mojej sypialni, ubrałam
się w piżamę, zgasiłam górne światło, położyłam się do łóżka i zgasiłam lamkę
na stoliku nocnym, leżałam na plecach i dyszałam niczym po długim, wzmożonym
wysiłku.
Widziałam,
czułam to, że zrobiłam źle.
Nie
było mi dobrze z tym, jak postąpiłam.
Ale
z drugiej strony wiedziałam, że Ryan
i jego rodzice mi współczuli i czułam się jeszcze gorzej z tą świadomością.
Byłam
tak bardzo tym upokorzona, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym, jak
tylko o tym, że musiałam się stąd
wyprowadzić, bo nie zniosłabym dłużej przebywania wśród ludzi, którzy uważali mnie
za godną pożałowania nawet, jak taka właśnie byłam.
Moje
dołujące, gorzkie rozmyślania przerwało nieoczekiwane, gwałtowne otwarcie moich
drzwi.
W
smudze światła, jaka przez nie wpadła, zobaczyłam ciemną postać Ryana, który
najwidoczniej był już przygotowany do snu, bo miał na sobie spodnie od piżamy i
nic więcej.
Nic… więcej!
Nie
zatrzymał się w progu.
Nawet
nie podniosłam głowy z poduszki, tak bardzo byłam zaskoczona, gdy ruszył od wejścia
w moją stronę, przemieszczając się szybko,
bardzo gwałtownie i nieco nerwowo.
Byłam
pewna, że również nie oddychałam.
Kiedy
znalazł się blisko mnie i mogłam zobaczyć wyraz jego twarzy w tym nikłym
świetle padającym z korytarza, spostrzegłam, że się myliłam.
Nie
był zdenerwowany.
Był
wściekły.
Nie
zdążyłam nawet sapnąć, kiedy nabrałam trochę powietrza w płuca, by zapytać go O co chodzi?, a już Ryan wyciągnął obie swoje
ręce w moją stronę, odrzucił moją kołdrę, wsunął jedno ramię pod moje plecy i drugie
ramię pod kolana, szarpnął moje ciało do góry i wyprostował się.
Podniosłam
ręce w jego stronę, ale nie po to, by się przed nim bronić.
Trzymając
mnie ciasno, blisko swojego gorącego, twardego ciała, bez chwili wahania odwrócił
się w stronę drzwi i, wciąż przemieszczając się gwałtownie i szybko, ruszył do
wyjścia z mojej sypialni.
-
Ryan… - zaczęłam cicho i niepewnie, ale przerwał mi.
-
Nic nie mów! - warknął, a po jego
tonie poznałam, że nadal był wściekły.
Nie
wiedziałam, o co mu chodziło, czemu był zły
na mnie, ale miałam wewnętrzne przeczucie, że ten mężczyzna nie zrobiłby mi krzywdy.
Nigdy.
Przenigdy!
Dlatego
właśnie spokojnie leżałam w jego objęciach, obejmowałam rękoma jego ramiona, co
zrobiłam odruchowo, kiedy mnie podnosił, i patrzyłam na jego twarz tak piękną, chociaż spiętą ze złości i
skupioną na celu.
Niczego
już nie rozumiałam.
Mój
świat przed poznaniem tego mężczyzny, jego rodziny i innych bliskich mu osób
był całkowicie inny.
Ludzie,
którzy mnie otaczali, byli moimi wrogami.
Wszyscy.
Tutaj
najwyraźniej… nie.
Musiałam
się dowiedzieć, więc zdecydowałam, że najprostszą drogą będzie zwykła, szczera
rozmowa, chociaż nadal miałam od dawna wpojone głęboko w sobie nawyki i
odruchy, by zachowywać moje myśli i marzenia głęboko w tajemnicy przed
wszystkimi.
Ale
musiałam wiedzieć, jak reagować.
Ryan
wszedł do swojej sypialni i tam, wciąż ze mną w ramionach, odwrócił się, jakoś zgasił
górne światło wyłącznikiem przy drzwiach, a później odwrócił się przodem do
łóżka i ruszył w jego kierunku.
-
Chyba sobie kpiłaś, dając mi do
zrozumienia, że nie będziesz spała w tym łóżku, w moim łóżku, po ostatniej nocy, kiedy sama tu przyszłaś - powiedział, a jego głos nadal nabrzmiały był
złością, chociaż wydawało się, że mój brak sprzeciwu wobec jego działań, nieco
go uspokoił.
Rzucił
mnie na materac i może odbiłabym się od niego, ale odległość okazała się być
nie-taka-duża, więc wylądowałam miękko i bezpiecznie.
Nie
ruszyłam się, kiedy Ryan kładł się obok mnie, a jedynie przesunęłam się trochę,
jak tylko okazało się, że miał mało miejsca, więc zrobiłam mu go więcej przy
sobie, żeby mógł wejść na łóżko.
Ryan
zawisł na chwilę nade mną, zanim powoli wyciągnął rękę po kołdrę, żeby nas nią
okryć, bo nie zrobił tego od razu.
-
Potrzebujesz tu być, Kitty -
powiedział już miękko, delikatnie, jak lubiłam, a ja poczułam się nieswojo.
Cała
byłam zesztywniała, ale zebrałam się na odwagę, by powiedzieć to, co miałam do
powiedzenia.
-
Nie potrzebuję - zaczęłam mu odpowiadać i Ryan zmarszczył brwi, ale mi nie
przerywał nawet wtedy, kiedy poczułam, że musiałam odchrząknąć, bo byłam trochę
zachrypnięta z emocji - Nie chcę, żebyś mnie żałował - dokończyłam zduszonym
głosem - …litował się nade mną. Nie
chcę też, żeby wszyscy inni robili cokolwiek z litości.
Ryan
zmarszczył brwi.
-
Nie lituję się nad tobą - powiedział poważnie i ze zdziwieniem w głosie, które
kazało mi się zastanowić nad trafnością moich spostrzeżeń - Ani też nikt
niczego dzisiaj nie zrobił z litości.
-
Jak to? - zapytałam natychmiast i wyszło to bez tchu.
Ryan
położył się na boku koło mnie, przykrył nas kołdrą do żeber, oparł głowę na
zgiętej ręce i uważnie, ale ciepło, ze zrozumieniem, patrzył na mnie, leżącą
tam na wznak z głową skręconą w jego stronę.
-
Nikomu nie mówiłem tego, co mi powiedziałaś - wyjawił mi ze szczerością w
głosie, a ja miałam ochotę kopnąć się w tyłek z zawstydzenia.
Jaka
ja była głupia i niewdzięczna, że
posądzałam go o coś takiego.
-
Nie zrobiłbym też niczego, bo lituję
się nad tobą - kontynuował Ryan.
Zamknęłam
usta, które wcześniej rozchyliłam nieświadomie i opuściłam brodę do piersi,
żeby patrzeć na niego spod byka.
-
Serio, Kitty - Ryan ciągnął dalej - Podobało mi się, że mogłem ci to dać.
Sprawić ci radość. Zobaczyć na twojej twarzy szczery uśmiech.
Mówił
to wszystko urażonym tonem, w którym
nie wyczuwałam fałszu.
Wtedy
zaczęło do mnie docierać, że się pomyliłam i to bardzo, bo przecież wiedziałam, że byli ludzie, którzy robili coś z
czystego altruizmu, a Ryan nigdy nie pokazał mi, żeby był inny.
Nie
był fałszywy ani podstępny.
Był
dobry i troskliwy wobec mnie od samego początku.
Nagle
wszystkie moje mięśnie zamieniły się w galaretę, rozluźniły się, by zadrgać
bezsilnie i nieporadnie.
To
było moje najdawniejsze, najskrytsze i największe
marzenie, żeby być dla kogoś tak ważną, by dał mi chwilę szczęścia, żeby chciał
widzieć na mojej twarzy szczery uśmiech, żeby dbał o mnie.
Wiedziałam
wcześniej, że ten mężczyzna był ideałem, ale teraz dotarło do mnie, że był
czymś więcej.
Nie
powinnam była nigdy do tego dopuścić.
Teraz
było już za późno.
Stał
się najważniejszą, najcenniejszą istotą ludzką w moim życiu.
Jeśli
go kiedykolwiek stracę, a bez wątpienia stanie się to, jak zawsze działo się
tak z każdym, kogo lubiłam, nie przeżyję
tego.
Wzięłam
jeden, a potem drugi, uspokajający wdech przez nos, przełknęłam ślinę i,
pozbierawszy się na tyle, by reagować prawidłowo, nie nadmiernie, odezwałam się
łagodnym, spokojnym tonem.
-
Dziękuję - w tym słowie nadal brzmiała prawdziwa wdzięczność, bo wreszcie
uwierzyłam, że intencje zarówno Ryana, jak i jego rodziców.
Wyraz
twarzy Ryana zmienił się.
Złagodniał
tak bardzo, że stał się czuły, delikatny… pełen
uczucia.
Ramiona
Ryana zacisnęły się, odwrócił się na plecy, wciągając mnie na swoje ciało i
ułożył nas do snu, jak zrobił to poprzedniego wieczoru.
Leżeliśmy
przez kilka minut, kiedy to mnie przenikało.
Miał
rację.
Potrzebowałam
tego.
Poczułam
się znowu bezpieczna, przytulona, zaopiekowana, jak czułam się noc wcześniej i
poczułam się dobrze.
Odpuściłam
tak bardzo, że westchnęłam cicho, szepnęłam Dobranoc
Ryan, wsunęłam dłoń na jego mostek i zamknęłam oczy.
To
nie trwało długo.
Zasnęłam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń