Rozdział 1
*****
Następnego dnia tuż
przed południem…
Ryan
szedł cicho wewnętrznym korytarzem w kierunku hali przylotów i zastanawiał się,
czy nie zareagował zbyt szybko i zbyt pochopnie, ale nie zatrzymał się.
Facet,
którego obserwowali, a który kilka dni temu wyszedł z ich hali z dziewczyną jak
przyjaciel z odzyskaną przyjaciółką, pojawił się tu ponownie.
Ryan
już wcześniej czuł, że coś im umykało, więc od rana poprosił głównego, szefa
szefów, o spotkanie na szczycie i dostał je prawie natychmiast.
Chodziło
mu o rozszerzenie obserwacji.
Wprowadzili
w sprawę ochronę cargo i przylotów oraz ochronę parkingu, więc teraz wymieniali
się z nimi informacjami, zdjęciami i spostrzeżeniami.
Zadziałało.
Przede
wszystkim pokazali im kilka zdjęć facetów, którzy wydali im się podejrzani w
ciągu tego miesiąca i powiązani z tą sprawą, a ochrona cargo i parkingu
uściśliła tę liczbę do dwóch, którzy od wielu tygodni systematycznie pojawiali
się również u nich.
Ten
facet, który wrócił właśnie tego dnia tuż przed przylotem kolejnego samolotu z
Nowego Jorku, co obejrzeli sobie na monitorach przed kilkunastoma minutami, był
jednym z nich.
A
ochrona cargo i parkingu przekazała im niedawno zwrotnie zdjęcia dwóch kobiet,
które spotykały czasem z tamtymi na parkingu lub przy cargo, chociaż wydawało
się, że była to luźna współpraca.
Odbywały
się ona bez fajerwerków i chemii między nimi, a raczej w relacji
pracodawca-pracownica.
Nie
były to schadzki kochanków, chociaż miały na takie wyglądać.
Dlatego
teraz, kiedy podejrzany stał się czujny po ogłoszeniu przylotu rejsu z NY, Ryan
wystartował z pokoju monitoringu.
Był
zbyt niespokojny, by zostać w zamknięciu.
Obserwację
i dowodzenie przekazał w ręce Rissa, co było sytuacją nietypową, ale tak
właściwie Ryan nie do końca był odcięty.
A
poza tym miał do Rissa pełne zaufanie i wszyscy o tym wiedzieli.
Riss
był spokojny jak niezmącone wody na jeziorze w bezwietrzny dzień i potrafił
prowadzić obserwacje godzinami, zanim reagował w ułamku sekund, kiedy coś się
działo.
Przekazałby
Ryanowi wszelkie uwagi bez zwłoki.
Rok
temu zaczęli inwestować nie tylko w kamery, ale również w elektroniczne gówno,
którego nie powstydziłaby się Secret Service lub FBI, czyli w słuchawki
bezprzewodowe i nadajniki, mini zagłuszacze sygnału, mikrofony zbierające
dźwięk z jednego źródła i tym podobne.
Ryan
miał w uchu jedną z takich słuchawek, na ręku odpowiedni nadajnik, a jego
telefon był podłączony do podglądu kamer z hali odlotów.
Podskórnie
czuł, że to było to.
To
był ten dzień, w którym mogli zrobić krok w przód.
Był
tym cholernie podekscytowany.
Ryan
przeszedł wewnętrznym korytarzem do drzwi, którymi miał wyjść niedaleko toalet,
wyjął telefon, by na podglądzie z kamer sprawdzić, gdzie był facet, na którego
mieli oko.
-
Riss? - cichym głosem wywołał przez nadajnik kumpla, który wiedział, o co Ryan pytał,
więc jego odpowiedź była natychmiastowa i lakoniczna - Dziewiątka. Naprzeciwko
karuzeli z walizkami.
Ryan
przełączył na ekranie telefonu obraz z kamer i znalazł typka.
Stał
jak zwykły oczekujący na kogoś z pasażerów, podobnie do wszystkich żywo
zainteresowany osobami, które zaraz powinny wychodzić przez drzwi prowadzące na
płytę lotniska.
Ryan
uchylił drzwi, odczekał kilka sekund i przeszedł przez nie zdecydowanie, kiedy jakiś
facet wychodził z toalety, więc, otwierając ją, zasłonił te, przez które
wychodził Ryan.
Podejrzany
stał nadal w tym samym miejscu, ale odwrócił się, jakby spoglądał na tyłek
przechodzącej kobiety.
Tyle
tylko, że nie patrzył na poruszający się na boki, seksowny przecież, damski tyłek,
a jego oczy omiotły pomieszczenie.
Ryan
wykorzystał okazję i lekko pochylił się w stronę kosza na śmieci, udając, że
coś wyrzucał, a jednocześnie schował się za plecami tego faceta, za którym
szedł od toalet.
Kiedy
się wyprostował, obserwowany przez nich facet właśnie trącił się ramieniem z
jakąś postawną blondynką i coś zaniepokoiło Ryana w geście ich dłoni, więc
podniósł do ucha swój telefon i udawał, że z kimś rozmawiał przez niego.
Mówił
do nadajnika na swoim nadgarstku:
-
Riss, zapis z kamery, na której masz obiekt, minus trzy, może pięć.
-
Przyjąłem - usłyszał w uchu odpowiedź i opuścił telefon, by zerknąć na ekran,
rejestrując przy tym, że podejrzany ponownie odwrócił się nieznacznie, tym
razem symulując przechadzanie się i wyglądał naprawdę naturalnie.
Ryan
wiedział, że Riss właśnie zabezpieczał odpowiedni fragment nagrania, więc będą
mogli później przeanalizować gest, który go zaniepokoił i dowiedzieć się, czy i co zostało przekazane przez kobietę do ręki interesującego ich typka.
Kurwa,
gdyby nie to, że wiedzieli, co się działo, pewność FBI, że to się działo u nich
i ich kilkutygodniowe obserwacje, nigdy
nie zwróciliby na niego uwagi.
Wyłapywali
złodziei i oszustów.
Nawet
potrafili określić, która przechodząca przez te drzwi para była małżeństwem, a
kiedy byli to kochankowie.
Takiego gówna na ich
terenie nie było.
Pasażerowie
lotu z NY zaczęli wchodzić przez rozsuwające się na boki drzwi, oczekujący
ożywili się i Ryan się spiął, bo facet wyglądał, jakby czekał na kogoś konkretnego.
Odwracał
się jednak przy tym jakby częściej, rzucając spojrzeniem przez przestrzeń, więc
Ryan musiał szybko znaleźć sobie alibi, które uzasadniałoby jego pobyt tam bez
wzbudzania podejrzeń.
Na
długiej, drewnianej ławce, jedynej, która tam była obok plastikowych krzesełek,
siedziała duża, tęga blondynka i łkała dość głośno, mamrocząc w chusteczkę
słowa, które zainteresowały Ryana.
Nie
ze względu na ich treść, ale na język, w jakim były wymawiane.
Rzadko
ktoś posługiwał się na jego terenie językiem niemieckim.
Zdarzało
się to na terminalu międzynarodowym, ale nie w hali przylotów międzystanowych.
Ryan
podszedł do ławki, usiadł obok dziewczyny tak, by widzieć podejrzanego i
pozwolił się potraktować jak przygodnego, wygodnego, zaciekawionego słuchacza.
-
Miał dzisiaj przylecieć, rozumiesz? - zza mokrej chusteczki chlipała dziewczyna,
patrząc na niego oczami z rozmazanym tuszem - Poprzednim lotem z Nowego Jorku,
rozumiesz? Siedzę tu jak głupia od świtu, wyglądam każdego, kto przechodzi tymi
drzwiami, a on dopiero teraz mi
napisał SMS’a Wybacz, nie przylecę, kogoś
spotkałem. Rozumiesz to? SMS’a!
Obserwowany
ruszył jeden krok w kierunku młodej dziewczyny, która przeszła przez drzwi i
skierowała się do karuzeli z bagażem.
Była
ładna, dość wysoka, szczupła, ciemnowłosa, dobrze ubrana i rozglądała się,
jakby oczekiwała, że ktoś po nią przybył.
Ale
nie ten typek.
Było
widać, że nie spodziewała się żadnego mężczyzny, bo jej wzrok prześlizgiwał się
po wszystkich, a patrzyła głównie na kobiety.
Później
westchnęła, podeszła do karuzeli, poczekała chwilę, ściągnęła z niej niewielką
walizkę i ruszyła w stronę wyjścia, wyjąwszy z torebki telefon i zaraz potem
przesuwając po ekranie kciukiem.
-
Jak masz na imię? - w tym czasie Ryan zapytał po niemiecku dziewczynę, która
szlochała obok niego - Mogę jakoś pomóc? - dodał, kiedy nie odpowiedziała.
Dziękował
Chrystusowi, a może swojej mamie, za to, że zmuszała go do nauki tego języka,
kiedy w szkole miał tylko hiszpański.
-
Darlene - wyjąkała blondynka, nieatrakcyjnie pociągając nosem, na co Ryan miał
ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie - Ja… nie, dzięki, poradzę sobie.
-
Może posiedzisz tu i się trochę uspokoisz… - zaproponował Ryan - A ja przyniosę
ci wody czy coś?
-
N-no, dobrze - jąkała się nadal dziewczyna i zagapiła się na Ryana ze
zdziwieniem przeplatanym wdzięcznością i czymś jeszcze, czego nie chciał
analizować.
Gdyby
nie było mu potrzebne cholerne alibi, zwiałby w tej chwili w cholerę, jak
najdalej by mógł.
Ryan
zobaczył, że obserwowany przez nich facet ruszył za tą szczupłą szatynką, którą
wcześniej namierzył, patrząc głównie na jej tyłek, ale trochę rozglądając się
na boki.
-
B-bo wiesz - dziewczyna obok Ryana nie skończyła się dzielić - Poznaliśmy się
przez Internet…
Paplała
bezustannie, opowiadając swoją przydługą historię o złamanym sercu z intymnymi,
żenującymi szczegółami, ale Ryan nie jej słuchał, bo kątem oka patrzył na
tamtych, kiedy nagle kobieta, którą śledził wzrokiem ich podejrzany spojrzała
wprost na niego, kąciki jej ust lekko drgnęły ku górze i przez jej twarz
przemknął wyraz, który sprawiał wrażenie humoru, ale nie pełen ironii czy prześmiewczy,
a raczej szelmowski i zadziorny.
Miał
wrażenie, że doskonale wiedziała, co mówiła do niego Darlene i to doprowadziło ją do śmiechu.
Czyżby znała
niemiecki?
Cóż,
on sam miał ochotę śmiać się z tego, jak wpakował się w te kłopoty, więc
poczuł, że kącik jego ust też drgnął nieco ku górze.
Opanował
się z trudem.
-
Kate? - usłyszał głos faceta, na co dziewczyna, z którą wymieniali się
spojrzeniami, zatrzymała się i odwróciła.
Ryan
stracił widok na jej twarz, ale za to wyraźnie widział tamtego, który podszedł
do kobiety na kilka kroków.
Szczęśliwie,
facet nawet nie spojrzał na Ryana.
-
Tak? - brunetka powiedziała ostrożnie, nie wdając się w to, czy faktycznie była
Kate, czy po prostu zaciekawiło ją wołanie.
-
Jane prosiła, żebym się tobą zajął - powiedział facet aroganckim, pewnym siebie
tonem, jakby to miało wyjaśniać wszystko i powinna temu się podporządkować.
-
Chwileczkę - poprosiła brunetka równie stanowczo, odstawiła swoją walizkę,
uniosła swój telefon i ponownie przesunęła po nim kciukiem.
Najwidoczniej
wybrała jakiś numer, bo podniosła go do ucha i słuchała, patrząc na tamtego
oceniającym wzrokiem.
Ryan
to lubił.
Była
nieufna wobec nieznajomego i to było dobre.
-
…więc wiesz sam, że nie spodziewałam się… - paplała nadal Darlene przy Ryanie,
ale on już był spięty i myślał tylko o tym, jaki ruch powinien być jego
następnym.
Dziewczyna
stojąca plecami do niego odjęła telefon od ucha, zwróciła głowę nieco w bok, by
spojrzeć na swoją walizkę i Ryan zobaczył, że zacisnęła wargi, zmarszczyła brwi,
a potem odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran.
Widoczne
było, że jej przyjaciółka nie odbierała i jej się to nie podobało.
Ryanowi
też nie.
Miał
kurewsko złe przeczucie.
Jego
telefon wydał cichy dźwięk, ale Ryan wiedział, że to był sygnał nadajnika, a
nie dzwonek.
Uniósł
telefon do ucha, nie uruchamiając go i podniósł palec wskazujący drugiej ręki do
blondynki na ławce, pokazując Minutkę.
-
Pójdę na postój taksówek - zdecydowała Kate, a blondyn spiął się, warknął i
jednym dużym krokiem zagrodził jej drogę do wyjścia.
-
Riss, widzisz to? - szepnął Ryan do swojego nadgarstka.
-
Właśnie miałem zapytać, co robimy - Riss mruknął mu do ucha.
-
Jeśli dziewczyna powie, że nie chce iść, zareagujcie - zdecydował Ryan - Ja
muszę stać na uboczu.
Odjął
telefon od ucha, spojrzał na Darlene i zobaczył, że zastygła z rozchylonymi
ustami.
Zrozumiała.
-
Przyniosę ci wodę - powiedział do niej, starając się być bardzo cicho, ale nie
szeptać - …ale niestety muszę iść. Praca.
Darlene
sztywno skinęła głową, jej oczy były bardzo szeroko otwarte, podobnie jak usta
i w tym samym czasie podejrzany próbował złapać rączkę walizki szatynki, a ta
odsunęła ją za siebie.
Walizka
potoczyła się łagodnie i prawie bezszelestnie pół metra za jej plecy, ale Ryan
już nie patrzył.
Nie
mógł się w to angażować, bo musiałby się ujawnić.
Poszedł
do automatu po wodę dla Darlene.
Tak,
wyjście do hali przylotów nie było mądrym posunięciem.
Był
narwanym idiotą.
*****
Czterdzieści minut
później…
Idąc
korytarzem wewnętrznym i stając przed drzwiami po pomieszczenia, w którym
powinien być już od dawna, Ryan porządkował w głowie informacje, jakie posiadał
i myślał nad pytaniami, jakie powinien zadać.
Riss
i jeszcze jeden facet z obsługi weszli do zaciemnionego pomieszczenia, które
przylegało do tego, gdzie miał być Ryan i było połączone z nim lustrem weneckim,
by usiąść przed komputerem i móc natychmiast sprawdzić wszystkie informacje,
jakie mieli nadzieję uzyskać od przybyłej cudzoziemki, tej młodej kobiety i
mężczyzny, który ją napastował.
Podejrzany
kręcił, a oni nie mogli go przyłapać na oczywistym kłamstwie, więc
prawdopodobne było, że będą musieli go wypuścić.
Zaczepił
obcą sobie kobietę, potraktował ją agresywnie, bo Ryan tego nie widział
bezpośrednio, ale przed chwilą obejrzał nagranie monitoringu i tam obserwował,
jak typek szarpał dziewczynę, z którą właśnie teraz miał porozmawiać Ryan.
Nadal
nie mogli go oskarżyć o nic poważniejszego.
Tamten
twierdził, że był znajomym jej znajomej, a oni nie mieli jak potwierdzić to lub
z całą pewnością to zanegować, bo tamta dziewczyna, Jane, nie odbierała i nie
odpowiadała na telefony, jakie wykonywał i jakie wykonywała Kate, czyli
dziewczyna, która właśnie przyleciała.
Ryan
wszedł do pokoju, w którym zwykle przeszukiwali osoby przechodzące osobistą
odprawę, ale tym razem siedziała tam zdenerwowana szatynka, która nie miotała
się, nie złorzeczyła, czego każdy z nich spodziewałby się po tak długim
bezprawnym i bezpodstawnym odizolowaniu.
Była
niespotykanie spokojna.
Taka
młoda i taka opanowana.
Dziwne
połączenie.
-
Dzień dobry - przywitał się i nadal mówił, przechodząc dookoła kobiety, która
siedziała tyłem do drzwi, ale na dźwięk jego słów szarpnięciem podniosła brodę
i spojrzała na niego - Nazywam się Ryan Maintaining. Jestem kierownikiem zmiany
ochrony i to ja odpowiadam za to, że pani musiała czekać. Przepraszam bardzo za
tę niedogodność.
W
miarę postępu jego poruszania się, brunetka obracała głowę, aż w końcu był
frontem do jej frontu i zobaczył jej zszokowane spojrzenie.
-
To pan - szepnęła.
-
Ja - odparł krótko Ryan i uśmiechnął się pod nosem, bo zauważyła go w hali przylotów i zapamiętała.
Kobieta
wyprostowała plecy, zacisnęła na krótko usta i przestała patrzeć wprost w jego
oczy, ale na jego ramię, a potem podniosła wzrok z powrotem do jego oczu i
zaczęła mówić stanowczym tonem:
-
Nazywam się Kate Smaigacko. Jestem Polką i jestem tu legalnie. Mam wizę
studencką, co pan już zapewne sprawdził.
-
Tak - Ryan zawahał się, bo jej zimne zachowanie nie było mu na rękę - Ale w
dokumentach…
-
Tak, wiem - przerwała mu nieco arogancko, a potem uśmiechnęła się, a raczej wykrzywiła,
bo tylko podniosła trochę kąciki ust, odrobinę, prawie niezauważalnie obniżyła
brodę i nieco kokieteryjnie spojrzała na niego spod wachlarza rzęs.
Pięknych,
długich, czarnych rzęs.
-
Więc Katarzyna Śmigucko - powiedziała do niego zaczepnym tonem, a jej usta
wydały dziwnie warczący, syczący ciąg głosek, który wprawił Ryana w
zakłopotanie, chociaż wiedział, jak brzmiały różne europejskie języki - Może
pan zechce powtórzyć?
O, cholera, nigdy
w życiu
- pomyślał Ryan i to chyba było widać w wyrazie jego twarzy.
-
Właśnie - niechętnie mruknęła Kate w reakcji na jego minę - Dlatego tak to wymawiają Amerykanie.
Spoważniała,
wyprostowała się znowu prawie niezauważalnie, ale Ryan miał doświadczenie w
odczytywaniu mowy ciała, więc zauważył to, jak i minimalne uniesienie jej
brody.
Była
dumna i pewna siebie.
Chyba szczera.
-
Studiowałam medycynę, a dokładniej byłam w college’u na University of New York,
w Grossmanie, na kursie przygotowującym na medycynę. Zdobyłam u nich pełne
stypendium naukowe. Przyleciałam tu, bo mam studiować weterynarię na University
of Utah - rzeczowo kontynuowała Kate na nowo poważnym tonem - Mam miejsce w
akademiku. Kilka dni temu przyleciała tu moja przyjaciółka. Miałyśmy mieszkać
razem, w jednym pokoju w akademiku. Jane nie odzywa się od czasu przylotu i nie
przyjechała dzisiaj, a za to na lotnisku czekał ten facet. Nie znam go i nie
zamierzałam z nim donikąd iść.
Ryan
właśnie dostał prawie wszystkie odpowiedzi na pytania, jakie chciał zadać w
związku z mętnymi wyjaśnieniami podejrzanego.
Jej
wyjaśnienia powiedziały mu również, że miała prawo być dumna z siebie, bo nie
było łatwo zdobyć pełne stypendium naukowe do Grossmana.
Musiała
być naprawdę dobra.
-
Myśli pani, że mogło stać się coś z pani przyjaciółką? - zapytał Ryan, ze
zmarszczonymi brwiami obserwując kobietę, która siedziała przed nim, oddzielona
od niego stołem i lodową barierą, którą
sama narzucała.
Była
bardzo opanowana.
Za
bardzo.
Siedziała
wyprostowana, przedramiona położyła przed sobą na stole, czubki jej palców
stykały się ze sobą, ale nie skubała skórek, nie poruszała palcami.
W
ogóle się nie poruszała za wyjątkiem szczęki przy mówieniu.
Nawet
oczy, chociaż zmartwione, miała utkwione w jeden punkt przed sobą, gdzieś tuż
obok ucha Ryana.
Coś
było z nią nie tak, coś ukrywała.
Jakby
każdy jej gest, każdy ruch i słowo były wyćwiczone.
Spece
od IT dowiedzieli się już wcześniej, że miała pełne stypendium w Grossmanie, a
to samo w sobie było niezwykłe, ale dziwniejsze było to, że dobrowolnie zrezygnowała
z tego stypendium.
Kto
normalny najpierw ciężko pracuje, stara się o pełne stypendium w prestiżowej
uczelni, a potem z niego rezygnuje.
Reszta
zgadzała się z oficjalnymi informacjami, jakie otrzymali.
-
Dlaczego nie zgłosiła pani nigdzie tego, że Jane zaginęła? - zapytał Ryan o
coś, co go niepokoiło.
-
Jak miałam to zrobić? - spytała Kate, wzruszając lekko jednym ramieniem, ale
jednocześnie pochmurniejąc - Jane jest trochę szalona i jej rodzina to wie.
Mogła zamieszkać z jakimś nowopoznanym facetem i dać mi o tym znać później.
Rodzicom powiedziała, że jedzie na wakacje, a tak naprawdę przeprowadziła się
tutaj ze mną.
Kurwa.
Tak,
to był problem, bo naprawdę nie mogli wszcząć poszukiwań, jeśli było ogólnie
wiadomo, że dziewczyna była taka, jak opisywała to Kate.
W
postawie kobiety, która siedziała naprzeciwko Ryana, coś się zmieniło.
Ta
zmiana była ponownie prawie niezauważalna i na zauważenie tego pozwalało mu tylko
wyczucie Ryana.
To
było jakby skupienie uwagi na czymś, co powinien zauważyć.
-
Ale ona by mnie tak nie wystawiła - dziewczyna powiedziała
cicho, ale z uczuciem i Ryan spojrzał na nią - Wie, że mam tylko ją i tylko na nią mogę liczyć - dziewczyna
pochyliła się nad stołem, patrząc intensywnie na Ryana i mówiła dalej z
naciskiem - Czy może pan coś zrobić, by ją znaleźć? Proszę!
Kurwa,
nie powinien.
Wiedział
to, ale i tak powiedział to, co powiedział następne.
-
Spróbuję - obiecał i od razu miał ochotę palnąć się w ten głupi łeb, bo
przecież wiedział, że nie mógł nic zrobić.
Nie
oficjalnie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń