Rozdział 8
Pewnie (Kate)
-
Mogłaś skończyć medycynę, a potem
robić sobie co tylko zechcesz! - wściekle
warczała moja mama, a ja nie reagowałam, jak nigdy nie reagowałam, bo
wiedziałam, że mogło być tylko gorzej, chociaż nadal nie było to mi całkiem
obojętne, kiedy kontynuowała - Ale udawanie, że studiujesz i okłamywanie mnie
to całkiem inna kwestia.
-
Studiuję - wtrąciłam swoje stwierdzenie spokojnym głosem, chociaż ten, kto
znałby mnie trochę bardziej niż moja własna matka wiedziałby, że nie byłam
spokojna - Tylko nie medycynę ludzką.
-
Phi! - parsknęła mama, a wyraz jej
twarzy był dokładnie taki, jaki widywałam kiedyś bardzo często, a oprócz mnie
nie widział nikt poza służbą.
Była
to czysta pogarda i lekceważenie.
Jedyne
prawdziwe uczucia, jakie kiedykolwiek miała do mnie.
No,
może obok złości, że byłam i utrudniałam jej życie.
Westchnęłam
w duchu.
Nasza
rozmowa trwała już dziesięć minut i nie wnosiła niczego, więc postanowiłam zakończyć to delikatnie i bez
dodatkowych urazów na mojej psychice.
Odkąd
dwa dni temu mama dała mi znać na WhatsApp, że chciała ze mną porozmawiać na
kamerce, mój nastój, moje samopoczucie psychiczne spadło do zera i takie też
było obecnie.
Żeby
odbić się od tego dna, próbowałam przypomnieć sobie, że mama była daleko, więc
nie mogła mi niczego realnego zrobić, a jej słowa nie powinny mnie boleć, bo to
ona taka była.
Nie
ja.
Ale
to bolało.
Do
dziesiątego roku życia nie miałam mamy, to znaczy nie była obecna w moim życiu
w sensie takim, w jakim mamy bywają w życiu swoich dzieci.
Urodziła
mnie, finansowała mnie, ale nie była dla mnie mamą.
Mogłam
to oglądać tylko na filmach, w serialach, czytać o tym w książkach i znałam to
tylko z domu rodzinnego cioci Jadzi.
Potem
ciocia Jadzia zniknęła i przez kilka lat nie wiedziałam dlaczego, aż pewnego
dnia zrozumiałam, że to też była wina mojej mamy.
Była
zazdrosna, a może przestraszyła się, że ktoś ją nazwie złą matką.
Nie
wiedziałam.
Nagle
wtedy okazało się, że moja mama miała
córkę: chwaliła się moimi zdjęciami na Instagramie, opowiadała o mnie swoim
przyjaciółkom, ciągała mnie ze sobą na jakieś eventy, bankiety, jeździłam z
rodzicami na ferie zimowe w Alpy, a na wakacje gdzieś do ciepłych krajów, do
Włoch, Hiszpanii, Grecji i Bóg wie gdzie jeszcze, by mama mogła mi robić
mnóstwo zdjęć i umieszczać je na Instagramie.
Mama
kupowała mi ubrania z najwyższej półki, chodziłam do prywatnego, modnego wówczas
w Poznaniu gimnazjum i do takiego samego liceum, zapisano mnie na wszystkie
„liczące się” zajęcia dodatkowe.
Miałam
być idealna, miałam trzymać się
prosto, uśmiechać się i zawsze być gotową do zapozowania do zdjęcia.
Przez
pewien czas próbowano mnie nauczyć gry na skrzypcach, bym mogła występować
publicznie, chociaż tego nienawidziłam.
Tylko
to coś dla niej znaczyło, czym mogła się pochwalić, by pokazać swoim
„przyjaciółkom”, że jest coś, w czym jest lepsza od nich.
Zanim
jeszcze połączyłyśmy się na kamerkach, wiedziałam, że dokładnie o to jej chodziło zawsze, więc również teraz i mogłam wojować tym mieczem.
Dlatego
właśnie, kiedy mama przerwała na chwilę swoją tyradę, by nabrać powietrza,
odezwałam się.
Mówiąc
jej to, co być może powinnam była jej powiedzieć rok wcześniej, żeby uniknąć
tego całego stresu spowodowanego unikaniem przez ten cały czas mówienia jej
prawdy, pominęłam kilka szczegółów.
A
inne z nich przekazałam w odpowiedni sposób.
-
Weterynaria w Utah jest najlepsza w Stanach - podałam jej jeden najważniejszy argument
do wykorzystania w jej rozmowach o mnie z jej znajomymi - A poza tym jest stąd
blisko do Aspen, a wszyscy przecież wiedzą, jak lubię szusować.
Mama
wyprostowała się i było bardzo wyraźnie widać, że przetrawiała to, co
powiedziałam.
Dobrze
ją znałam.
-
Dobrze - mruknęła wreszcie łaskawym tonem - Ale chcę dostać zdjęcia. Znasz moje
wymagania. Przynajmniej tego nie
zepsuj.
-
Dobrze mamo - odparłam ugodowo, a ona na to westchnęła, jakby nie wierzyła, że
uda mi się zrobić wystarczająco dobre wrażenie.
-
Masz na razie dostęp do konta - powiedziała, z łaską zgadzając się na coś, co
było oczywiste, bo pieniądze na moim koncie bankowym bezwarunkowo należały do mnie, odziedziczyłam je po dziadkach i
mogłam z nich korzystać od osiemnastego roku życia - I nie musimy rozmawiać.
Odetchnęłam
z ulgą.
Rozmowa
nie zakończyła się „kocham cię”, jak należałoby się spodziewać po rozmowie mamy
z córką, ale żadna z nas nie miała ochoty na taki fałsz bez świadków.
Kiedy
się rozłączyłyśmy, siedziałam przez chwilę i myślałam o tym, jak bardzo moja
mama mnie zdołowała dwa dni wcześniej.
Powtarzanie
sobie, że była daleko i że nie miała racji, nie działało.
Rok
temu na powierzchni utrzymywała mnie Jane.
Teraz
nie miałam nikogo.
Potem
przypomniałam sobie tę sytuację sprzed egzaminu, kiedy odleciałam podczas
gotowania makaronu.
Tamtego
dnia postanowiłam przygotować własnoręcznie sos bolognese, co mi się udało, ale
potem wstawiła wodę na spaghetti, kiedy Ryan miał wrócić do domu z pracy i…
zasnęłam na kanapie.
Byłam
bardzo przemęczona, zapracowana, strasznie niewyspana i wiedziałam to doskonale,
dlatego postanowiłam poczekać na zagotowanie się makaronu w salonie, by
dopilnować tego.
Cóż,
najwidoczniej nie potrafiłam.
Nawet
tego.
Ryan
był kochany i nie wypomniał mi spalonego garnka, który godzinę później wyczyściłam
za pomocą trików z tutorialu, a na dodatek zamówił dla nas kolację z dostawą do
domu, a wcześniej na rękach przeniósł mnie do mojej sypialni, do mojego łóżka.
Przyznaję,
że wykorzystałam ten moment do ostatniej sekundy.
Wyssałam
wszystko, co mi dał.
Kiedy
się obudziłam, Ryan zdejmował z moich kolan podręcznik, by odłożyć go ostrożnie
na stolik do kawy, który stał blisko mojego biodra.
Rozchyliłam
powieki tylko na tyle, by widzieć, co robił, ale nie na tyle, by wiedział, że
nie spałam.
Z
udawania śpiącej miałam szóstkę, a nawet szóstkę z plusem, bo miałam w tym długoletnią
praktykę, skoro w domu często musiałam tak robić, by uniknąć niewygodnych pytań
i komentarzy.
Wykorzystałam
ją i nawet nie złączyłam warg, by podtrzymać wrażenie, że byłam pogrążona we
śnie, kiedy Ryan odkładał na bok drugą książkę, a potem wsunął jedną rękę pod
moje kolana, a drugą pod moje plecy.
Może
już wtedy powinnam była dać mu jakoś znać, że nie spałam, ale dotarło do mnie z
całą mocą, że było to bardzo, bardzo
przyjemne i za nic na świecie nie chciałam, żeby się skończyło.
Moja
głowa leżała na jego klatce piersiowej, twardej, bezpiecznej klatce piersiowej, i przypomniałam sobie to ułudne
wrażenie męskiej siły, troski i ciepła, kiedy wynoszono mnie z akademika
podczas mojej choroby.
Dotarło
do mnie, że otulił mnie wtedy dokładnie ten sam zapach, który czułam, zapach
wanilii i bergamotki, więc to Ryan musiał mnie zabrać z tamtego miejsca do
swojego mieszkania.
Ciastka waniliowe
i herbata Earl Grey
- przypomniało mi się.
Niby
już to wiedziałam, ale, jak widać, wiedzieć a mieć na to dowód, to były dwie
różne rzeczy.
Poczułam
się nagle tak dobrze, tak bezpiecznie i przytulnie, jak jeszcze nigdy się nie
czułam i nie chciałam tego zakończyć.
A
kiedy Ryan odkładał mnie na moim łóżku, mogłabym przysiąc, że usłyszałam to, co
wtedy wyszeptał do mnie w akademiku - Kitty
- i zrobiło mi się jeszcze lepiej.
A
potem przypomniałam sobie o makaronie, który zostawiłam na włączonej kuchence i
wszystko zepsułam, podrywając się gwałtownie do siadu.
To
był cud, że Ryan zdążył się odsunąć, bo bym go uderzyła głową w nos.
Dobrze,
że on miał refleks i myślał za nas oboje.
Ugh!
Byłam
beznadziejna!
Powiadomienie
od mamy przyszło wkrótce po tym, jak napisałam egzamin z biochemii i z godziny
na godzinę zaczynało być coraz gorzej i gorzej.
Nawet
nie pamiętałam potem, jakim cudem napisałam egzamin z Etyki Zawodu następnego
dnia ani tego, jak dostałam się z powrotem do domu, bo w głowie miałam tylko
to, że musiałam odpowiedzieć mamie.
A
ostatecznie - porozmawiać z nią.
Teraz
więc było po naszej rozmowie, a ja byłam tak zdołowana, że nawet nie miałam
siły, by pomyśleć o przygotowaniu lunchu.
Wtedy
przypomniałam sobie, że Ryan coś dla mnie przyniósł, jak mi powiedział, miało
to być na lunch, więc podniosłam się z fotela, w którym siedziałam z laptopem
na kolanach, zamknęłam go, odstawiłam na biurko i przeszłam do kuchni.
Kiedy
otworzyłam foliówkę, która stała na kuchennym blacie, oniemiałam.
Jezus,
Maria, ten mężczyzna był ideałem!
Przyniósł
mi styropianowy pojemnik z pancakes’ami i pudełko pączków z lukrem cytrynowym,
którymi zachwycałam się kiedyś, jak byliśmy na zakupach w markecie.
Pomyślał
o tym.
Pamiętał
to.
Zamrugałam
gwałtownie nad jedzeniem, żeby odgonić niechciane łzy wzruszenia, a potem
pobiegłam do swojej sypialni, by złapać telefon i wystukać na nim
spontanicznego SMS’a Dziękuję i
wysłać go do Ryana.
*****
Dwie godziny
później…
Ryan
przyszedł po pracy do domu jak zwykle i byłam na to przygotowana, czyli miałam
przyszykowaną dla nas kolację.
Było
dość wcześnie, bo zmiana Ryana skończył się o trzeciej po południu, a dojazd do
domu zajmował mu pół godziny.
Najwidoczniej
nigdzie nie zatrzymał się po drodze i nie było korków, bo o trzeciej
trzydzieści usłyszałam chrobotanie klucza w zamku.
Czekałam
na niego w kuchni, zwrócona przodem do drzwi.
Przyszło
mi nawet na myśl, ze było to całkiem tak, jakbyśmy byli parą, a może nawet
małżeństwem i ja czekałam na mojego ukochanego, powracającego z pracy, by
powitać go pocałunkiem i kolacją.
Otrząsnęłam
się z tej myśli.
To po prostu gest
wdzięczności, głupia dziewczyno! - powiedziałam sobie - Chcesz mu podziękować za to, że o ciebie
zadbał.
-
Hej, Ryan - powiedziałam w miarę swobodnie, kiedy mężczyzna wszedł za próg i
zaczął zdejmować buty.
Ryan
zamarł z jedną nogą uniesioną w połowie gestu, co wyglądało trochę zabawnie,
więc uśmiechnęłam się do siebie.
-
Zrobiłam w końcu to spaghetti - przyznałam się.
-
Nie musiałaś - Ryan mruknął, nie patrząc na mnie, kiedy zdejmował buty do końca
i odstawiał je przy ścianie, a ja posmutniałam.
Ryan
zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku, podczas gdy ja odwróciłam się przodem
do kuchenki, wyłączyłam ją, przesunęłam się wzdłuż blatu, wyciągnęłam ręce do
wiszącej tam szafki i zaczęłam nerwowo wyjmować talerze i sztućce, by podać nasz
posiłek.
-
Nie musiałam, ale chciałam - powiedziałam przy tym i zauważyłam, że mój głos
nie brzmiał właściwie, ale nic nie mogłam na to poradzić.
Już
wydawało mi się, że się pomyliłam i we mnie wierzył, że wtedy to Nie sądzę, które powiedział na samym
początku naszej znajomości, a które huczało mi w głowie jeszcze wiele, wiele razy podczas nocnych rozmyślań,
kiedy nie mogłam spać, chociaż byłam tak zmęczona, że dosłownie padałam na nos,
dotyczyło czegoś innego.
Ale
to było to: nie wierzył we mnie.
Cóż,
sama mu pokazałam, że potrafiłam zepsuć posiłek i zrobiłam to nie jeden, ale aż
dwa razy, więc nie powinno mnie to zdziwić.
-
Nie to miałem na myśli - Ryan znalazł się tuż za moimi plecami, tak blisko, jak
nigdy nie bywał i położył mi dłonie na ramionach czułym gestem, od którego moja
skóra pokryła się gęsią skórką, a w oczach pojawiły się niechciane łzy.
Co się ze mną
działo?
-
Co? - spytałam bezmyślnie, nie odwracając się do niego.
-
Kate, spójrz na mnie - Ryan poprosił delikatnie, więc odwróciłam się do niego i
podniosłam głowę, by zobaczyć, że wpatrywał się w moją twarz ze zmartwioną
miną.
-
Mówiłem o tym, że nie musiałaś wysilać się tak dla mnie - wyjaśnił miękkim tonem - Jesteś zmęczona. Odpocznij.
Jezus,
Maria, ale ja byłam głupia!
Miałam
ochotę przywalić sobie w policzek płaską dłonią.
Musiałam
mieć bardzo głupią minę, bo Ryan uśmiechnął się delikatnie, a potem, niestety,
odsunął się ode mnie i przeszedł na bok, by pomóc mi w podaniu naszej kolacji.
*****
Godzinę później…
Byliśmy
po kolacji, która udała mi się i smakowała super, po sprzątaniu, przy którym
dużo rozmawialiśmy o głupstwach i po zrobieniu kawy, z którą usadowiliśmy się
przed telewizorem na kanapie.
-
Więc to był twój ostatni egzamin i masz wolne? - zapytał Ryan o coś, co
powinien wiedzieć, skoro mu to powiedziałam kilka dni temu.
I
wiedział, a jego pytanie było raczej prośbą o potwierdzenie.
-
Tak - potwierdziłam.
-
Masz tydzień wolnego - kontynuował Ryan, a ja nie wiedziałam, do czego
zmierzał, ale to nie była do końca prawda.
-
Od szkoły - uściśliłam, a potem postanowiłam dać mu więcej szczegółów.
-
Cóż - zaczęłam, biorąc głęboki wdech - Za miesiąc mamy następne zawody, więc
mam treningi na basenie.
Ryan
patrzył na mnie uważnie, ale czekał, bo bez wątpienia było słychać, że miałam
jeszcze nie skończyłam.
-
A poza tym pracuję - pociągnęłam to i nagle na twarzy Ryana pojawił się wyraz,
który mi się nie spodobał.
-
Co? - spytał tonem, którego też nie lubiłam i poczułam się zobowiązana, by się
wytłumaczyć.
-
Regan, właścicielka kliniki, zatrudniła już kogoś na stałe na moje miejsce, ale
obiecałam, że im tam pomogę - mówiłam spokojnie, a Ryan wyglądał, jakby mu
ulżyło - Na zasadzie wolontariatu, nieodpłatnie. Tylko kilka godzin dziennie.
Ryan
prawie się do mnie uśmiechnął, kiedy odwrócił się całkiem przodem do mnie i
ujął moją dłoń w swoje ręce.
-
A może spędzilibyśmy trochę czasu na wypoczynku tylko we dwoje? - zaproponował,
a ja zmarszczyłam brwi.
Nie
rozumiałam jakim cudem mielibyśmy mieć na to czas, skoro on pracował i to na trzy zmiany.
A
poza tym…
We
dwoje.
To
mogłoby być dla mnie niebezpieczne.
Zaczęłam
od pierwszego, co mi przyszło do głowy.
-
Ale… - zaczęłam więc prosić o wyjaśnienia.
Ryan
mi przerwał.
-
Mam kilka dni urlopu, więc przyszły tydzień miałbym wolny - powiedział.
O, cholera!
Kiedy
milczałam, bo przeniknęło mnie naraz kilka uczuć, spiął się i kontynuował
trochę innym tonem:
-
Moglibyśmy pozwiedzać, wybrać się na wycieczkę, może na narty - proponował
mężczyzna, na którego patrzyłam oszołomiona, bo nagle dotarło do mnie, że
jestem naprawdę głupio szczęśliwa z
tego powodu, że… On. Chciał. Spędzać. Czas. Ze
mną.
Ale
zakopałam to i skupiłam się na czymś innym, bo…
Mogłabym
być gdzieś tam, poznając to miasto, na którego poznawanie do tej pory nie
miałam czasu, z mężczyzną, którego coraz to bardziej i bardziej lubiłam,
podziwiałam i chciałam mieć obok siebie, chociaż wiedziałam, że nie powinnam
chcieć.
-
Tak - szepnęłam w końcu.
Natychmiast
zostałam nagrodzona złagodzeniem rysów twarzy Ryana, jego uśmiechem i
rozluźnieniem całej jego sylwetki, co powiedziało mi, że Ryan się denerwował,
czekając na moją odpowiedź.
-
W samym SLC jest kilka ciekawych miejsc, w które chciałbym cię zabrać i w jego
okolicach jeszcze więcej - mówił dalej swobodnie i już bez tego napięcia,
którego wcześniej nie zauważyłam - Moglibyśmy pojechać na kilka dni do jakiegoś
pensjonatu…
Ryan
przerwał i wiedziałam, co to spowodowało, bo zacisnęłam wcześniej wargi w wąską
kreskę, zmarszczyłam brwi i cofnęłam brodę.
-
Ale moje treningi… - powiedziałam cicho i to była kolej Ryana na zaciśnięcie
warg.
Na
krótko.
-
Co byś powiedziała na to - powiedział w końcu - …żebyś poprosiła o to, by treningi
odbywały się jakoś przed południem, ja bym cię na nie codziennie zawoził,
brałabyś tam prysznic, przebierała i szykowała się na wycieczkę, a potem bym
cię odbierał i od razu jeździlibyśmy po okolicy.
-
Och… - ucieszyłam się słyszalnie - to dałoby się zrobić. Chyba.
Wyciągnęłam
wargi i zrobiłam z nich „dziubek w bok”.
-
Muszę zadzwonić. Hmmm - zdecydowałam - Jutro rano.
A
potem spontanicznie podniosłam prawą rękę i położyłam ją otwartą dłonią na
klatce piersiowej Ryana, natychmiast zastanawiając się, czemu byłam taka głupia
i nie zrobiłam tego już dawno temu.
To
było takie dobre, miłe uczucie, bo jego ciało było przyjemnie twarde, ciepłe i
magnetycznie mnie przyciągało.
-
Bardzo chcę spędzić z tobą te kilka dni - zadeklarowałam, patrząc na niego tak,
by podkreślić, że naprawdę tego
chciałam.
Ryan
uśmiechnął się tym razem szeroko, pokazując przy tym białe, równe zęby,
wyciągnął rękę i objął dłonią bok mojej głowy, by przysunąć swoją twarz do
mojej i spojrzeć z bliska w moje oczy.
-
To może załatwisz sobie wolny piątek i wyjedziemy w góry na trzy dni, zanim
będziesz musiała wrócić do szkoły, a mnie skończy się urlop? - zapytał
półgłosem.
Nie
byłam pewna, o co pytał, chociaż jakoś wiedziałam, że było to dobre, bo jego
dotyk całkowicie mnie oszołomił i rozproszył.
Skinęłam
głową i, niestety, Ryan zabrał swoją dłoń, by wyprostować się, odwrócić przodem
do telewizora i złapać pilota, by włączyć nasz film.
Przez
jakąś sekundę trwałam w bezruchu, patrząc na mężczyznę siedzącego obok mnie
trochę bezmyślnie, a potem uruchomiłam wargi, by wybełkotać moją prośbę, zanim
mój mózg przetworzył, że to nie był dobry
pomysł.
-
Czy mogę się do ciebie przytulić?
Co
mnie trochę zdziwiło, Ryan nie był zaskoczony.
Również
nie wahał się.
Po
prostu wyciągnął ramię ponad oparciem kanapy, złapał moje ramiona i przyciągnął
mnie do swojej piersi, mówiąc cicho - Pewnie.
Ułożyłam
się tam, z nogami zawiniętymi pod siebie, wtulona w klatkę piersiową Ryana i
pomyślałam, że może życie nie było takie do bani.
Czułam
się, jakbym odbiła się od dna, by wreszcie pływać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń