Rozdział 15
W zawieszeniu
Kate
Wrzesień
Siedziałam
na krześle przy stole Ryana w jego jadalni, które wszystkie, krzesło, stół i
jadalnię, coraz częściej nieświadomie nazywałam swoimi i byłam zajęta czytaniem
skryptu z wykładów, z którego miałam się przygotować do jutrzejszych ćwiczeń.
Ryan
był w kuchni i przygotowywał dla nas kolację.
Podniosłam
głowę i popatrzyłam na niego, myśląc o tym, że znałam to uczucie, które
towarzyszyło mi od miesiąca.
Było
to tak, jakbym swobodnie nurkowała w basenie lub w morzu, nie określając i nie
znając celu po prostu zawisałam w toni.
Trwając
w zawieszeniu.
Ćwiczyłam
to nie raz w przeszłości, bo dzięki temu mogłam uzyskać jakąkolwiek kontrolę
nad jednym aspektem mojego życia.
Kochałam
przebywanie w wodzie.
Kochałam
pływanie.
Kochałam
nurkowanie.
Woda,
która mnie otaczała, kiedy się w niej zanurzałam po czubek głowy, ogłuszała
mnie, izolowała od wszystkich bodźców i nie znałam swojego przeznaczenia, nie
rozpoznawałam celu, w jakim miałam się udać.
Byłam
poza czasem i przestrzenią.
Dokładnie
tak, jak teraz.
Ostatnie
cztery tygodnie upłynęły mi pod hasłem poznawania samej siebie.
Wiedziałam
od dawna jedno: kochałam leczyć zwierzęta i to było coś, czego chciałam się
nauczyć.
Więc
uczyłam się jak szalona, chociaż zmieniło się to, że już nie miałam parcia na
oceny, bo straciłam motywację do utrzymania stypendium.
Nie
potrzebowałam go, bo miałam tu rodzinę.
Eva
i Jimmy powiedzieli, że zrobią wszystko, żebym z nimi została, chociaż nigdy
nie prosiłam ich o to i nigdy nie zaczęłam rozmowy na ten temat.
Z
własnej woli nigdy bym o tym nie rozmawiała, nawet z nimi, którym ufałam, ale
najwyraźniej Eva, a może też i Jimmy, sami z siebie rozumieli moje rozterki i
mój strach przed deportacją do Polski.
Dlatego
uczyłam się dla siebie.
Psychoterapia,
na którą chodziłam, odbywała się dwutorowo.
Pierwszym
i najważniejszym z nich było rozpoznanie przyczyn mojej niskiej samooceny, co
powodowało u mnie częste koszmary, bo przypominałam sobie bardzo dużo szczegółów
z poprzedniego życia.
Szczegółów,
o których nie chciałam pamiętać, więc zepchnęłam je do podświadomości.
Każda
kolejna rozmowa powodowała u mnie kolejne koszmary nocne i kolejne niemiłe
wspomnienia.
Nie
mówiłam o nich wszystkich i nie wszystko w czasie naszych sesji, bo nawet
Ryanowi nie opowiadałam każdego z moich snów, a większość miałam zamiar zachować
dla siebie.
Miałam
zamiar, ale zwykle nie dotrzymywałam tego.
Tak
było jakiś czas temu ze wspomnieniem mojej koleżanki z podstawówki, która była
bardzo długo moją najlepszą przyjaciółką i zawierzałam jej swoje najskrytsze
sekrety, tajemnice mojego dziewczęcego serduszka.
Przyśnił
mi się dzień przed moimi ósmymi urodzinami.
Nic
nie znaczący, a jednak coś znaczył.
- Chodźmy do cioci
Jadzi - zawołałam do niej wesoło i z podnieceniem w głosie, czego wtedy nie
rozpoznawałam - Ona robi najlepszą lemoniadę. Pozwoli nam zjeść lody. Zawsze mi
na to pozwala, kiedy mama nie widzi.
- Moja mama też
nie lubi, jak jem słodycze przed obiadem - powiedziała mi wtedy i to
spowodowało, że na chwilę przestałam się uśmiechać, ale później wrócił mój
dobry humor, bo mamy tam nie było, a ja byłam z tymi, z którymi mogłam być
swobodna.
- Och, daj spokój
- zawołałam - Kocham ciocię Jadzię i ty też ją pokochasz. A twoja mama jest
pewnie tak samo okropna, jak moja.
Kiedy
obudziłam się w środku nocy po tym śnie, leżałam cicho, by nie obudzić Ryana i
myślałam, bo przypomniałam sobie, że na tamtych moich urodzinach, dzień później,
nie było mojej mamy, bo o nich zapomniała.
Miała
coś ważniejszego do zrobienia.
Ciocia
Jadzia upiekła mi tort, który zjadłyśmy na raty razem z nią i z moją
przyjaciółką w ciągu trzech następnych dni.
Potem,
w ciągu kolejnych nocy, miałam kolejne sny, w których przypominałam sobie
więcej takich sytuacji, aby na koniec uzmysłowić sobie, że to ja dałam broń do ręki mojemu wrogowi.
Wiele,
wiele dni później dowiedziałam się prawdy, a więcej domyśliłam się, kiedy
zaczęłam zauważać fałsz w zachowaniu ludzi, domyśliłam się, że tamta koleżanka
zazdrościła mi, bo jej mama zazdrościła moim rodzicom tego, że mieli więcej
pieniędzy i obie uknuły intrygę, w wyniku której ciocia Jadzia została
oskarżona przez moją mamę o niszczenie mojego zdrowia, mojej sylwetki i napuszczanie
mnie na moją kochaną, tak idealną mamę.
I
została zwolniona z pracy w trybie natychmiastowym.
Nawet
się nie pożegnałyśmy.
I
tego wspomnienia nie zachowałam dla siebie, a stało się tak głównie dlatego, że
Ryan, wstając razem ze mną rano z naszego łóżka, zorientował się, że byłam
rozkojarzona i zapytał mnie o to, co mi się śniło.
Wiedział
już wcześniej, że po wizytach u terapeutki, miewałam koszmary.
A
ja, słaba, wybełkotałam prawdę i powiedziałam mu trochę, a potem tak długo mnie
męczył, aż powiedziałam więcej.
Mój
mężczyzna nie zawiódł jednak mojego zaufania i nie odezwał się ani słowem na
temat mojego snu przy terapeutce, chociaż patrzył tak wymownie i ściskał moją
dłoń tak czule, że jej powiedziałam o tamtej zdradzie.
Nie
powiedziałam szczegółów, ale nadal był to punkt wyjścia do rozmowy o zaufaniu
przyjaciółkom.
Innym
aspektem, jakim zajmowaliśmy się w czasie naszych spotkań z potem przepracowywałam
w ramach terapii samodzielnie z Ryanem, było odpuszczenie bycia idealną,
poluzowanie kontroli nad życiem, co dotyczyło nie tylko mnie, ale również
mojego narzeczonego.
Sia
nie powiedziała niczego na temat Ryana, bo nie wiedziała, jakim był na co dzień
i jak bardzo starał się kontrolować swoje życie.
Była
moją terapeutką.
To
on sam mi przyznał, że zbytnio starał się wszystko kontrolować przez zachowanie
porządku, robienie planów dnia, zapisywanie spotkań i tym podobne.
Obiecał
mi, że postara się oddać mi kontrolę,
nie zwracać uwagi na lekki bałagan, na wykroczenia wobec planom, jakie mieliśmy
na nasz dzień.
A
przecież ja byłam i tak mniej spontaniczna, niż on był wcześniej, zanim
podjęłam terapię i nie prosiłam go, żeby tak zrobił.
Ale
to właśnie powodowało, że bardzo często bywaliśmy u przyjaciół.
Czasem
jeździliśmy z Ryanem do Evy albo do Słonecznika
i w oba miejsca wybieraliśmy się zwykle bez wcześniejszego umówienia się, bez
zapowiedzi, dzwoniąc dopiero z samochodu, gdy już byliśmy w drodze, żeby
zapytać po prostu, czy zastaniemy kogoś w domu.
Zawsze
byliśmy serdecznie witani w obu tych miejscach.
Bywały
też popołudnia, kiedy sama, bez Ryana, wychodziłam z jedną lub kilkoma
kobietami na kawę, lunch lub po prostu na zakupy do butiku Aleka i Sama, pary
gejów, którzy byli przyjaciółmi Evy i jej przyjaciółek, a wtedy poznałam lepiej
zasady na jakich funkcjonowała ta grupa.
Nie
chodziło w niej wyłącznie o wsparcie, jakie czułam od początku, czyli o
uśmiech, przytulenie, akceptację, ale też o swoistą wymianę usług.
Na
przykład Ania uczyła się, by zostać pediatrą i była w tym dobra, więc już teraz
doradzała przyjaciółkom w zakresie zdrowia ich dzieci.
Sophie
projektowała i budowała domy jednorodzinne, z których każdy był wyjątkowy, więc
zaprojektowała, a często też wybudowała ze swoją ekipą dom dla którejś z
przyjaciółek.
Tego
dowiedziałam się, kiedy byłam z wizytą u Maggie i Davida.
Maggie
z kolei była maklerem giełdowym i powiększała oszczędności przyjaciółek, a
Alice była księgową i prowadziła im księgi w ich firmach.
Podobało
mi się to, ale też nie było to po prostu wykonywanie pracy za darmo w ramach
rewanżu, a w razie konieczności praca odpłatna, ale poza kolejnością lub cos
podobnego.
Eva
i inne kobiety umożliwiły mi wykazanie się, włączenie do tego, kiedy Maggie
dowiedziała się o mojej weterynarii, o mojej opiece nad Blondi i poprosiła o
zbadanie ich psa, pogodnego husky, który był całkowicie psem Davida, ale
jednocześnie cerberem ich dzieci.
Sophie
miała trzy koty rasy rosyjskiej niebieskiej, a Eva piękne, olbrzymie akwarium w
bawialni, co dawało nam również wiele tematów do rozmowy.
A
kiedy ja byłam z Evą i/lub jej przyjaciółmi, Ryan zostawał w domu, załatwiał
swoje sprawy lub szedł na piwo z kumplami.
Miał
swoje życie i nie zrezygnował z niego dla mnie, co mnie cieszyło.
Również
nie kontrolowaliśmy się nadmiernie, chociaż oboje lubiliśmy widzieć, gdzie było
drugie z nas, ale było to bardziej po to, by się wzajemnie pytać, czy dobrze
się bawiliśmy.
Wszystkie
osoby, które napotykałam tutaj w swoim życiu, sprawiały, że nie czułam, jakbym
dryfowała po nieznanych wodach bez latarni, która wskazywałaby mi drogę.
Każdy
z nich był taką latarnią.
A
najjaśniej świeciło światło tej, na którą właśnie patrzyłam.
Mój
narzeczony potrafił swoim wsparciem pokazywać mi, że mogłam być sobą i że mogłam realizować każde moje marzenie.
Ryan
zamieszał w garnku na kuchence coś, co gotował dla nas na kolację, przekręcił
kurek i odwrócił się do mnie przodem, jakby wyczuł moje spojrzenie.
Uśmiechnął
się ciepło, odłożył łyżkę na blat i oparł się biodrami, zaplatając ręce na
swojej klatce piersiowej.
-
Widzisz coś, co ci się podoba? - zapytał zaczepnym tonem i nieco arogancko
uniósł jedną brew.
-
A co, jeśli powiem, że tak? - zapytałam w odpowiedzi równie zaczepie i oparłam
brodę na dłoni ręki zgiętej w łokciu i opartej o blat stołu, zakładając pod mój
tyłek na siedzenie krzesła nogę zgiętą w kolanie.
-
Nie wiesz, dziewczynko… - zaczął Ran niskim głosem, rozplótł ramiona i powoli
ruszył w moją stronę - że nieładnie
jest odpowiadać pytaniem na pytanie?
Wyprostowałam
się, kiedy poczułam napięcie sutków, które podniecająco otarły się o koszulkę,
bo nie miałam na sobie stanika, a jednocześnie cipka mi zapulsowała z
oczekiwania, bo ten ton głosu mojego mężczyzny oznaczał same dobre rzeczy.
Kiedy
Ryan mijał wyspę kuchenną, podniosłam się z krzesła i powiedziałam przy tym:
-
O, nie. Nie możesz. Nie mamy…
Zanim
dokończyłam, Ryan ruszył wyciągniętym krokiem drapieżnika, a ja niczym sarna rzuciłam
się do ucieczki, na którą tak naprawdę nie miałam ani ochoty, ani nawet
najmniejszej szansy.
Piszczałam
przy tym jak mała dziewczynka i śmiałam się niczym nastolatka, a Ryan ryknął,
jakby miał mnie zjeść.
Dobiegłam
do kanapy, upadliśmy tam i mój śmiech przerodził się w chichot, kiedy Ryan
dopadł ustami do moich ust.
I
dał mi coś bardzo dobrego, zanim ugotowała się nasza kolacja.
*****
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz