sobota, 11 listopada 2023

1 - Spróbuję (cz.2)

 

Rozdział 1

Spróbuję (cz.2)

Ryan 

*****

Następnego dnia w południe…

Ryan wjechał swoim pickupem Forda Ranger’a na obszerny, brukowany podjazd parterowego, niezbyt dużego, stylowego domu, objechał go z boku i zaparkował za nim tuż obok całkiem nowego, małego SUV’a, krwisto czerwonej Mazdy CX 30.

To auto należało do Abigail Sensible, jego przyjaciółki, a właściwie przyjaciółki i wspólniczki Jeremy’ego.

A Ryan uwielbiał tu przyjeżdżać, bo to miejsce było tym, które dawało mu wyciszenie, ukojenie i reset w postaci dobrych myśli po różnych gównianych chwilach w pracy, nawet jeśli w domu rodziców mógłby dobrze wypocząć i również znaleźć wsparcie.

Tu było coś więcej.

Ten dom był nie tylko mieszkaniem, bo z przodu miał dużą, całkowicie przeszkloną, drewnianą niby-werandę, która była sklepem, a nad drzwiami widniał napis Galeria Sztuki Tradycyjnej Słonecznik.

Całość, dom i sklep, należały do czwórki przyjaciół, którzy weszli w spółkę jakieś półtora roku temu, kiedy Jeremy był na drugim roku studiów w college’u.

Założyli oficjalną Spółdzielnię Studencką i związali się kredytem.

Podobno wspólny kredyt łączy ludzi bardziej niż ślub, ale nie w tym przypadku, bo wzięli oni kredyt studencki, niskooprocentowany i z licznymi udogodnieniami co do spłaty.

Oprócz Jeremy’ego i Abigail należeli do tej spółki jeszcze Jasmine i Jason, czwórka artystów, którzy mieli podobne marzenia.

Wszyscy mieli jakieś wrodzone talenty i zamiłowania do tworzenia dzieł sztuki użytkowej lub ozdobnej w stylu tradycyjnie występującym w stanie Utah, a spółka pozwalała im na tym zarabiać, bo w Galerii sprzedawali swoje dzieła, a nie tylko je wystawiali.

Jeremy był rdzennym Amerykaninem i jako taki rzeźbił w drewnie figurki w stylu plemienia, z jakiego pochodzili jego rodzice lub może jedno z nich, bo oboje pochodzili z różnych miejsc w Stanach i mieli swoje plemiona.

Jasmine tkała swoje makramy, narzuty i kilimy w podobnym stylu, chociaż nie była rdzenną Amerykanką.

Abigail malowała na płótnie i najczęściej były to kwiaty, chociaż nie stroniła od innych kolorowych płaszczyzn na torbach, torebkach, plecakach, obrusach i tym podobnym.

A Jason lepił z gliny różnorodną ceramikę, nie tylko użytkową, ale też ozdobną, która całkowicie wpasowywała się w ich styl.

Jasmine i Jason studiowali z Abigail historię sztuki na U, chociaż chyba tylko Jason miewał z Abi zajęcia.

Ryana to nie interesowało na tyle, by się dopytywać.

Nadal wiedział, że spotykali się w budynku uczelni, to właśnie tam poznali się, rozmawiając chyba głównie w stołówce, i dogadali się w sprawie Galerii.

Dom, w którym we czwórkę mieszkali, mieli sklep i tworzyli swoje dzieła, był ich własnością, nie wynajmowali go i całkowicie przerobili go, by dostosować go do swoich potrzeb.

Miał on trzy wejścia, wliczając to przez Galerię, a Ryan zatrzymał się przy tym, które prowadziło do ich wspólnej pracowni artystycznej i przechodziło się nimi przez tylne podwórko do starego domku gościnnego, do którego wstawili piece do wypalania ceramiki Jasona.

Wejście główne, bezpośrednie do domu było po przeciwnej stronie budynku i było o wiele bardziej reprezentacyjne, z niewielkim gankiem, a na dodatek prowadziło bezpośrednio do małego salonu i kuchni otwartej na małą jadalnię.

Była to część prywatna całości, mieszkanie czwórki przyjaciół.

Natomiast od frontu, od ulicy, był wspomniany już sklep.

Budynek był usytuowany w dzielnicy bardzo dobrej dla ich biznesu, bo blisko atrakcji turystycznych SLC, niedaleko siedziby władz stanowych i był otoczony niską zielenią, by nic nie zasłaniało widoku na sklep i żeby turyści z daleka widzieli ten szyld z napisem Galeria Sztuki Tradycyjnej.

Całość zaprojektowała Sophie, jedna z przyjaciółek Abigail z innej grupy, która, jak Ryan się przekonał, była zżyta, pomagająca sobie we wszelkich aspektach codzienności i rozrastająca się w miarę potrzeby.

Również to wszystko było tym, co Ryan uwielbiał.

Jego mama też to miała w swojej pracy, więc żył tym od lat.

Każdy mógł tam wejść w każdej chwili.

Ryan zbyt wiele razy słyszał o różnych pojebach, wchodzących do domów zwykłych ludzi nie tylko dlatego, że było coś do ukradzenia, ale nawet dla „rozrywki” i zwykłej chęci zniszczenia czegoś, czegokolwiek, nawet kosztem zdrowia czy życia ludzkiego, żeby przejść nad takim postępowaniem bez zdenerwowania się.

Ich bezmyślność i beztroska wiecznie go wkurzały.

- No, kurwa, ile razy mam wam powtarzać - na powitanie Ryan zaczął warczeć do Abi i Jasona, siedzących przy ich warsztatach pracy - Zamykajcie te cholerne drzwi na klucz!

- Ryan! - odezwała się Abi łagodnie i z uśmiechem w głosie, ale nie odwróciła się, żeby na niego spojrzeć - Cześć. Nam też miło cię widzieć.

- Jak cholera - mruknął Ryan już bez złości.

Oczywiście, że nie przejęła się jego warczeniem, bo często tak się droczyli, więc wiedziała, że on wiedział, że nie potrafił się na nią złościć.

Ryan chciałby mieć kiedyś kobietę taką, jaką była Abigail Sensible, z takim poczuciem humoru i ciepłym podejściem do ludzi.

Dziewczyna była najniższa z nich wszystkich, z włosami ciemno blond, zwykle rozpuszczonymi na plecy, chyba że malowała, jak to robiła teraz.

Teraz miała je spięte w niechlujny kok na czubku głowy i ledwie zabezpieczone tam pędzlem.

Była młoda, bo skończyła zaledwie dwadzieścia lat, kiedy wymyśliła ten biznes ze spółką studencką, zebrała ekipę, znalazła dla nich księgową, kogoś do remontu, prawniczkę i namówiła trójkę niezależnych studentów do współpracy i zamieszkania razem.

Tak, jak to działało, z zewnątrz mogło wyglądać na komunę, więc Ryan nigdy nie opowiadał o tym żadnej ze swoich kobiet.

Żadnej też tu nie przyprowadził.

Nie były tego warte, co udowadniały przez te kilka tygodni, zanim miał podjąć decyzję o wciągnięciu ich mocniej w swoje życie.

Nie zamierzał też kiedykolwiek narażać tych tu na niesprawiedliwe ocenianie, nietolerancję.

Nie sądził, by ktokolwiek z zewnątrz był w stanie zrozumieć, że można żyć razem bez seksu, bez kłótni pracować, dzielić się opłatami, kosztami i zyskami.

Te zyski po ponad roku funkcjonowania były już całkiem niezłe.

Przyspieszyli nawet spłatę kredytu.

A życie razem dwóch młodych dziewczyn z dwoma chłopakami mogło być różnie odbierane przez obcych.

Tym bardziej, że Abigail, która, jak Ryan wiedział, jako jedyna miała kapitał na uruchomienie tej całej „Galerii”, była małą, ale kształtną, ciemną blondynką o pięknych oczach i cudownym uśmiechu, który nie sięgał jej oczu.

Wyglądała na słodką i naiwną idealistkę.

Jej idee wygrywały świat.

- Jest Jeremy? - zapytał Ryan, który przystanął na chwilę po wejściu za próg pracowni, ale głównie po to, by zamknąć drzwi na klucz i zabezpieczyć je.

Podejrzewał, że Jason za kilka minut skończy lepić to, co lepił na swoim kole garncarskim, otworzy je i pójdzie do domku, w którym były jego piece, ale mógł mieć nadzieję, że pozostaną zamknięte choćby przez kilka chwil.

- Był - powiedziała Abi, nadal nie odwracając się do niego - Idź zobacz. Chyba nie miał dzisiaj wychodzić. Uczył się, ale może też zrobi sobie przerwę, jak już jesteś.

- Okej - mruknął Ryan - To idę - dodał niepotrzebnie i ruszył do drugich drzwi, by wejść do ich mieszkania.

- Zaraz kończę - rzuciła do niego Abi, wciąż nie oglądając się nawet przez ramię - Mógłbyś pójść do kuchni i nastawić ekspres na kawę dla mnie?

Ryan nie zatrzymał się, przechodząc przez pracownię.

- Proszę? - dodała dziewczyna z naciskiem, odwracając do niego głowę z uśmiechem i Ryan żartobliwie przewrócił oczami do sufitu, po raz kolejny myśląc, że facet, którego kochała był szczęściarzem.

Bo to, że kogoś kochała, było oczywiste, chociaż on i chyba nikt inny na całym pieprzonym świecie nie miał cholernego pojęcia, kto to mógł być.

Abigail była bardzo skryta.

Więc Ryan zazdrościł mu tego uczucia, chociaż nie zazdrościł Abi.

Była przyjaciółką, ale nie była dla niego materiałem na kochankę.

Nie czuł do niej pociągu fizycznego.

- Okej - mruknął niby burkliwie Ryan, kierując się do drzwi, które prowadziły do domu, ale przechodząc obok niej, pochylił się niespodziewanie nad nią, siedzącą na krześle przed sztalugą i cmoknął ją w skroń.

Podskoczyła na swoim stołku.

- Ryan! - krzyknęła, a po śmiechu w jej głosie było słychać, że żartowała - Fuj! Obśliniłeś mnie, a nie mogę się wytrzeć, ty potworze!

Machnęła przy tym ręką, w której trzymała pędzel, więc Ryan cofnął się, by uniknąć pomazania farbą.

A potem poszedł w swoją stronę, nisko rechocząc pod nosem.

Zamierzał usiąść na ich kanapie, napić się kawy, może piwa, zjeść ciasto, jakie bez wątpienia mieli gdzieś tam ukryte, poprzerzucać się gównem z którymkolwiek z nich, które miałoby czas na chwilę przerwy i nie myśleć o pracy.

A na pewno nie myślałby o Candy.

Nie była tego warta.

Przegrywała na przedbiegach z każdą z tych dziewczyn.

*****

Piąta po południu tego samego dnia…

Ryan skończył wymieniać zamek w drzwiach do swojego mieszkania, w drzwiach prowadzących z garażu, zmienił kod do alarmu i jeszcze raz przeszedł po pomieszczeniach, by rozejrzeć się po swoim miejscu do życia.

Oczywiście, że Candy zostawiła tam swoje rzeczy.

Nie zdziwiło go to, bo to też przerabiał, więc postanowił zebrać je do kartonu i wystawić na schodach przed swoimi drzwiami, żeby nie miała przykrywki, by wtargnąć do jego mieszkania ponownie, kiedykolwiek.

Rozmawiał z nią o rozstaniu kilka dni wcześniej, a nawet tydzień wcześniej powiedział jej, że miał dość tego „bycia razem”.

Nie docierało to do niej.

Może to była jego wina, bo nie umiał znaleźć odpowiedniej dziewczyny, a może swoim zachowaniem prowokował ich takie zachowania, tego nie wiedział, ale właśnie uznał, że zdarzało mu się to stanowczo za często.

Ryan schował do kieszeni zapasowe, nowe klucze i kartkę z nowym kodem, wyszedł z mieszkania nie przebierając się z roboczych ciuchów, bo nie wychodził na dwór, zamknął swoje drzwi na klucz i poszedł schodami w dół do półpiętra, z którego odgałęzienie klatki schodowej prowadziło do domu jego rodziców.

Nie zapukał do drzwi, ale otworzył je własnym kluczem, a potem przeszedł przez nie, zamknął je za sobą z powrotem i zabezpieczył kodem ich alarm, kiedy wszedł i usłyszał cichy pomruk telewizora, dochodzący z salonu rodziców.

Jednocześnie Ryan usłyszał brzęk naczyń z kuchni, więc skierował się najpierw tam, bo wiedział, że o tej porze jego mama szykowała kolację.

- Cześć, mamo - przywitał się, kiedy tam dotarł.

Jego mama nie była wyższa od jego taty, ale równa mu wzrostem, podobnie jak prawie dorównywała Ryanowi.

Zanim skończyła trzydzieści lat była modelką i była nią nawet, kiedy była w wysokiej ciąży i tuż po tym, kiedy urodziła starszego brata Ryana, Larsa.

Miała na imię Ingrid, a jej rodzina pochodziła z Norwegii, więc kiedy tata Ryana pozwolił jej wybrać imię dla ich pierworodnego syna, zrobiła to.

Imię dla Ryana wybrał ich tata.

Ryan, jak zwykle to robił, nasycił wzrok niegasnącą urodą swojej mamy, kiedy podchodził do niej, by wycisnąć powitalny pocałunek na jej policzku.

- Cześć, synku - przywitała się, wysuwając bok szczęki w jego stronę, ale patrząc wciąż na to, co mieszała drewnianą łyżką.

Kiedy jego usta musnęły jej skórę, cofnęła głowę, spojrzała przelotnie w jego oczy, uśmiechnęła się pod nosem i wróciła do mieszania w garnkach.

Po zapachu sądząc, było to leczo, ale Ryan nie dałby za to głowy, bo jego mama lubiła eksperymentować w kuchni i lubiła warzywa w każdej formie.

Często stosowała różne triki, więc nawet nie zauważali, że w ich jedzeniu nie było mięsa, a obaj z tatą lubili je, więc nie robiła tego bez przerwy.

Ale każda zrobiona przez nią potrawa była kurewsko dobra.

- Zjesz z nami kolację? - zapytała, wciąż zaglądając do garnka, udając brak zainteresowania, ale Ryan po napięciu jej ramion wiedział, że oczekiwała pozytywnej odpowiedzi.

- Chętnie - mruknął, słysząc, że tata ruszył tyłek z kanapy z salonu i szedł w ich stronę - Byłem w Słoneczniku i coś tam wrzuciłem na ruszt, ale u siebie w domu nie mam nic na kolację.

Jego rodzice nigdy nie byli w Słoneczniku, ale spotkali się raz lub dwa razy z Abigail, Jasonem i Jasmine przy różnych okazjach, w tym u Ryana lub na wystawach ich prac.

Poza tym Ryan dużo im o nich opowiadał.

Wiedzieli, że zarówno Jasmine, jak i Abigail lubiły wiecznie coś pitrasić i że nie wypuściłyby go bez poczęstunku, choćby było to jakieś ciastko do kawy.

- Cześć - powiedział tata Ryana, przekraczając próg kuchni - Co nowego?

- Nihil novi sub sole[1] - rzucił Ryan w jego stronę ich prywatnym żartem, którym się wymieniali we dwóch głównie wtedy, kiedy jednak było coś nowego w ich życiu lub w pracy.

Obaj znali znaczenie tajemnicy zawodowej.

Roch spojrzał na niego przenikliwie, ale odwrócił wzrok, kiedy Ryan nieznacznie raz pokręcił głową, by przekazać mu, że nie były to sprawy do omawiania przy Ingrid, a może nigdy.

Porozmawialiby później i Ryan przekazałby tacie tyle, ile mógł.

Nie więcej.

Tylko dlatego, że nie chciał denerwować swojej mamy, bo przeżywała każdą sprawę, z jaką zetknął się w swojej pracy, o czym przekonał się na początku swojego stażu, kiedy podekscytowany powiedział trochę za dużo i potem nie spała przez całą noc.

Dlatego, idąc za wzorem taty, mówił jej tak mało, jak tylko się dało.

Ale nie o swoim życiu prywatnym.

- Ale tak mówiąc na marginesie, rozstałem się z Candy - dodał Ryan neutralnym tonem i został zaskoczony jak cholera, bo jego mama odrzuciła na blat przed sobą łyżkę, którą trzymała w dłoni, podniosła obie ręce do góry razem z głową i krzyknęła do sufitu dziękczynnie - Nareszcie! Alleluja!

Ryan zamarł i patrzył na nią z niedowierzaniem przez jakąś sekundę, zanim wybuchnął śmiechem.

Jego mama potrafiła podsumować wszystko jednym słowem.

Wiedział, że nie lubiła Candy, ale, prawdę mówiąc, nie lubiła ani jednej z dziewczyn, z którymi spotykał się Ryan, więc uznał, że po prostu nie akceptowała żadnej, bo nie sądziła, żeby jakaś była go godna.

Jak to się matkom czasem zdarza.

Ale Ingrid prowadziła agencję modelek, współpracowała z kilkoma agencjami reklamowymi, a wcześniej dużo jeździła po całym świecie i wszyscy trzej, Ryan, jego tata i brat, wiedzieli jak była cholernie inteligentna.

Znała się na ludziach.

Więc może po prostu wcześniej i lepiej niż sam Ryan wiedziała, że z każdą z nich to nie było to.

- Czy moglibyście jej nie wpuszczać… - Ryan zaczął przechodzić do sedna swojej sprawy, ale Roch przerwał mu, stwierdzając stanowczo - Nie ma mowy, synu, żeby przekroczyła ten próg jeszcze choćby jeden raz.

Tak, jego rodzice wiedzieli, co miał na myśli.

Ryan, uśmiechając się lekko, skinął głową z podziękowaniem do taty, a potem odwrócił się do mamy, kiedy zawołała:

- Zmykajcie do salonu. Kolacja za jakieś piętnaście minut. Lars też ma niedługo wpaść, a ja nie chcę niczego spalić.

Obaj obecni tam mężczyźni Maintaining przeszli do salonu, rzucili swoje tyłki na kanapę i oglądali mecz sparingowy, przerzucając się gównem.

Jak Ryan był bliżej z tatą, tak Lars był bliżej z ich mamą, chociaż nie było między nimi wyraźnej granicy ani konfliktu.

Lars po prostu wolał pracować przy prowadzeniu biura modelingu, chociaż nie selekcjonował modelek i modeli, a raczej zajmował się logistyką i księgowością.

Nadal pracował z i dla ich mamy.

Obaj mężczyźni siedzieli na jednej kanapie i odprężali się podczas meczu.

Nie rozmawiali o pracy.

Nie dotykali żadnych ciężkich tematów.

Tata nie wypytywał Ryana, a on sam nie był gotów, by zmierzyć się ze swoim gównem, omówić je i spróbować naprawić.

Może sprawy same się wygładzą.

Ryan uznał, że to było całkiem dobre zakończenie jego wolnego dnia.

Najpierw przyjaciele, potem rodzina, pomogli mu się zresetować od nierozwiązanych problemów, z którymi nie podzielił się z tatą, bo pewnymi sprawami z pracy nie dzielili się i każdy z nich to rozumiał.

Chociaż o tym może kiedyś mu powie.

Jak główny pozwoli.

*****

CDN.



[1] Nihil novi sub sole - nic nowego pod słońcem (łac.)

2 komentarze: