Jezu, kobieto!
*****
Kate
Dwa tygodnie
później…
-
Tak - powiedziałam do telefonu, rozglądając się, by namierzyć Jeremy’ego, który
zniknął mi gdzieś podczas robienia zakupów bieliźniarskich - Poproszę podjechać
na parking przed głównym wejściem.
Zamawiałam
Ubera.
Byliśmy
w galerii handlowej i chyba nikt nie miałby za złe chłopakowi, że miał dość
sterczenia przed sklepem, kiedy wybierałam nowy komplet bielizny.
Zwłaszcza
że nie byłam jego dziewczyną, więc nie miał szans na pocieszenie się widokiem
lub nadziejami na zdjęcie jej ze mnie w niedalekiej przyszłości.
Trzymając
telefon przy uchu, słuchałam tego, ktokolwiek mówił coś do mnie przez niego lub
nie mówił, a potem odparłam - Rozumiem, że zielony
mustang, ale to hasło czy samochód?
Miałam
ochotę wybuchnąć śmiechem, ale tak naprawdę nie było mi do śmiechu, bo właśnie między
ludźmi w przejściu zauważyłam sylwetkę, która przypominała mi przyjaciela Ryana
i rzuciłam się w stronę toalet, żeby się przed nim schować.
Znalazłam
się w korytarzu, gdzie prawie nie było ludzi.
Wyłączyłam
przy tym telefon, po czym schowałam go do torebki, nie rozglądając się nazbyt
uważnie na boki i to był mój błąd.
Nie
wyjęłam nawet dłoni z torebki, tak błyskawicznie to się zadziało.
Poczułam
szarpnięcie, męskie ramię pociągnęło mnie w bok, do wyjścia awaryjnego z
galerii handlowej i z zatkaną męską ręką buzią zostałam wywleczona na parking
tak szybko, że nie zdążyłam nawet krzyknąć.
Zanim
się ogarnęłam, zostałam wepchnięta do samochodu i chyba tylko jakimś cudem
dałam radę ścisnąć małe urządzenie, które namacałam palcami w mojej torebce.
Wysunęłam
z niej dłoń, pozwalając, by zatrzasnęła się na magnetyczny zamek, oparłam się ramieniem
o oparcie tylnej kanapy, ześlizgnęłam się po nim i tylko cudem nie opadłam tam
na twarz.
To nie tak miało
być
- pomyślałam z paniką, kiedy poczułam lekkie ukłucie w bok szyi - Nie tak…
Ogarnęła
mnie ciemność i odleciałam.
*****
Ocknęłam
się po jakimś, nieokreślonym dla mnie czasie, w nieznanym mi pomieszczeniu,
kiedy gdzieś za ścianą lub może bardziej za drzwiami pomieszczenia, w którym
byłam zamknięta, rozbrzmiewały krzyki i bieganina, ale byłam zbyt oszołomiona,
by cokolwiek zrobić.
Poczułam,
jak ponownie ogarniała mnie panika, bo nie mogłam się poruszyć, chociaż nie
byłam skrępowana.
Po
prostu moje mięśnie nie działały, a głowa pulsowała bólem tak wielkim, że
miałam wrażenie, że po najmniejszym poruszeniu nią po prostu zwymiotuję.
Rozmawialiśmy
o tej sytuacji, w jaką zostałam wciągnięta, naprawdę bardzo często zarówno z Ryanem, Jimmym, jak i Jeremym, Davidem i
Filipem.
Zaangażowałam
w to wielu ludzi.
Ale
nie było tak, jak przewidywałam, że miało być, bo to miało być proste.
Leżałam
na twardym materacu bez poduszki czy nawet koca i byłam ubrana ciągle w te same
szorty i w tą samą koszulkę, w których byłam na wyprawie po sklepach, na którą
udałam się tego ranka z Jeremym.
O, Jezus Maria - pomyślałam ze
strachem - Jeremy!
Nie
wierciłam się, a leżałam spokojnie, czekając aż wróci mi prawidłowe krążenie w
kończynach, bo czułam, że były odrętwiałe i bardzo starałam się skupić, nie
panikować.
Starałam
się oddychać głęboko i powoli.
Bardzo
chciałam się uspokoić, nie pozwolić oszołomić się strachowi, bo mogły mi być
potrzebne wszelkie siły na walkę z tymi, którzy mnie porwali, uśpili i wywieźli
Bóg wie gdzie.
Dlatego
właśnie odpłynęłam w myślach do tego, jak bardzo zmieniło się moje życie, jak dobre się stało, odkąd poznałam Ryana i
odkąd była w nim ciocia Eva i jej rodzina.
Miałam
tutaj, w SLC, moją wymarzoną pracę, w której realizowałam się w wykonywaniu
zadań, które mnie satysfakcjonowały i spotykałam wielu ludzi, którzy tą pracę
doceniali.
Nie
dalej jak przedwczoraj była w naszej klinice weterynaryjnej pewna kobieta,
która koniecznie chciała, żebym to ja
zajęła się jej psiakiem, bo mi zaufał, a ponieważ chodziło tylko o zbadanie go
i zaszczepienie, więc obie z szefową przystałyśmy na taki warunek.
Nadal
jednak nie miałam uprawnień i wciąż studiowałam, dlatego musiałam ograniczać
się do rutynowych badań, oceny stanu zwierząt i szczepień wynikających z
kalendarza.
Jednak
przy tym uczyłam się tego, czego chciałam
się uczyć, a nie tego, co ktoś uważał za dobre dla mnie teraz, czy też kiedyś w
przyszłości.
Było
więcej dobrego w moim życiu.
Mieszkałam
z mężczyzną, który mnie doceniał i którego kochałam, a na dodatek mieszkałam z
nim blisko jego rodziny, która przyjęła mnie jako jedną ze swoich i była
cudowna.
Ryan
był ideałem, o którym wcześniej mogłabym jedynie marzyć, żeby go poznać, a tym
bardziej, żeby takiego mieć dla siebie.
Ufałam
mu bezgranicznie, a przynajmniej tak sądziłam.
Nie
myślałam wcześniej że byłam w stanie komukolwiek zaufać.
Jemu ufałam tak bardzo,
że mogłam leżeć prawie bez strachu na tym niewygodnym łóżku, a na pewno nie
panikując.
Potem
pomyślałam o Evie i moich wizytach w jej domu.
Nie,
pomyliłam się, to nie był jej dom, a ich dom, dom całej rodziny.
Nie
zwiedzałam go całego, bo nie chciałam wkraczać w część prywatną, gdzie były
sypialnie, chociaż Eva mnie tam zapraszała, ale nawet część dzienna była
rodzinna.
Nie
było sztywnego i formalnego salonu przeznaczonego do przyjmowania oficjalnych
wizyt.
Nie
było wymuskanej jadalni, w której odbywałyby się proszone obiady.
Nawet
nie było wypielęgnowanego jak spod igły ogrodu, chociaż ogród cioci Evy był
taki cioci Evy.
Salon
i bawialnia zawsze nosiły ślady przebywania tam całej rodziny, głównie dzieci i
przyjaciół tej rodziny, chociaż były zawsze wysprzątane.
Po
prostu wszędzie leżały książeczki do kolorowania i kredki, czytanki, klocki,
gry planszowe, a w bawialni na stoliku przed telewizorem również pady i Xbox’y do
gier.
Na
ścianach wisiały rodzinne zdjęcia i rysunki dzieci, z których każde, jak się
przekonałam, miało swoją historię, którą Eva lubiła opowiadać i zrobiła to do
mnie z łagodnym, ciepłym uśmiechem na twarzy, a nutą wzruszenia w głosie.
Wyczuwało
się, że to kochała i akceptowała każde z dzieci takim, jakie było.
A
dzieci była trójka.
Najstarszym
był Matt, o którym dowiedziałam się, że biologicznie był wnukiem Jimmy’ego, ale
po tym, jak porzuciła go rodzona matka, a córka Jimmy’ego, Eva i jej mąż go
usynowili.
Matt
był graczem piłki nożnej tu nazywanej soccer, która była naszą, europejską, piłką nożną, więc trochę dziwiłam się, skąd
wzięło się jego zamiłowanie do niej i o to zapytałam Evę.
Okazało
się, że Matt poznał tę grę przez Mike, mojego brata ciotecznego, który był
powodem, dla którego Eva znalazła się w Stanach.
Michał
dostał to pracę jako programista po wygranym konkursie na pracę licencjacką czy
magisterską, skorzystał z tej szansy i przeprowadził się tu, więc Eva i Dorota
trafiły tu razem z nim.
Drugą
pod względem wieku była Maria, drobna dziewczyneczka o latynoskiej urodzie,
którą podobno Jimmy uratował z pożaru, w którym zginęła ostatnia z żyjących
krewnych dziewczynki, jej ciotka, a po którym Maria uważała go za
Superbohatera.
Co
przedstawiła na jednym z rysunków, który wisiał między innymi rysunkami na
ścianie w ich bawialni, dzięki czemu poznałam całą historię.
Maria
miała czternaście lat, zaczęła liceum i przygotowywała się na studia
pielęgniarskie, a ja podziwiałam ja za wspaniałe, wyrozumiałe podejście do
dzieci i spokój, jaki towarzyszył jej każdemu działaniu.
Najmłodszym
z tego rodzeństwa, z tej posklejanej rodziny, był Davie, którego Eva urodziła
niespodziewanie osiem lat temu, kiedy już myślała, że z powodu jej wieku nie
może mieć więcej dzieci.
Chłopiec
był niesamowicie podobny do Jimmy’ego, ale Matt też był, więc obaj uchodzili za synów Jimmy’ego, a
emocjonalnie obaj byli też synami Evy.
Bardziej
domyśliłam się, niż dowiedziałam wprost, że imię rodzonego syna Evy i Jimmy’ego
wzięło się z tego, że najlepszym przyjacielem męża mojej cioci był David, bo
obserwowałam ich obu oraz innych ludzi, którzy przewijali się często i gęsto
przez dom państwa Spark.
Tak,
moja ciocia Eva obecnie nazywała się Spark.
To
był jeden z powodów, przez które nie mogłam odnaleźć jej w Stanach.
Obserwowałam
ich życie rodzinne, to ciepło i zrozumienie, jakie sobie okazywali, sposób, w
jaki rozmawiali ze sobą, jak uzgadniali różne kwestie, a nawet jak się kłócili
i nie zazdrościłam im, ale żałowałam, że mnie to ominęło.
Tak,
nawet kłótnie.
Moi
rodzice uważali za coś wysoce niewłaściwego, by kłócić się przy kimkolwiek
spoza rodziny, by kłócić się w ogóle
w jakiejkolwiek sytuacji, ale
bardziej chodziło o to, że nie kłócili się, bo ze sobą nie rozmawiali.
W
moim przypadku - nie słuchali mojego zdania.
Nieważne.
Musiałam
myśleć o czymś pozytywnym, by nie wariować ze strachu.
Wiedziałam
to.
Westchnęłam
i zmieniłam tok myśli.
Oczekiwanie
na to, co miało nadejść, przedłużyło się bardziej, niż się tego spodziewałam i
nagle poczułam się zła i niecierpliwa.
Moja
złość wyparła z mojego umysłu strach.
Podniosłam
się z leżenia na materacu, usiadłam na brzegu łóżka, moje nogi obute nadal w sportowe
sandałki zwiesiłam na brudną, betonową posadzkę i rozejrzałam się po
pomieszczeniu, w którym byłam.
Nie
było tam żadnych mebli oprócz łóżka, na którym siedziałam i zwykłego,
drewnianego krzesła.
Nie
było w nim również okna, więc nie mogłam ocenić, która była godzina, a
pozbawiono mnie torebki i telefonu.
To
ostatnie trochę mnie martwiło i potęgowało moją skłonność do paniki, ale nadal mocno
wierzyłam, że ci wszyscy mężczyźni, którzy mnie chronili, wiedzieli, co robili.
W
tym samym momencie bieganina na korytarzu i krzyki wzmogły się, zbliżyły do
drzwi, za którymi byłam, więc wstałam chwiejnie, porządnie już przerażona, a potem drzwi gwałtownie się
otworzyły, huknęły o ścianę, a ja pisnęłam ze strachu i podskoczyłam w miejscu.
-
Kate? - usłyszałam niski, dudniący głos Davida i odetchnęłam z ulgą.
-
Tak - wypchnęłam z siebie, a potem poczułam narastającą we mnie złość.
Byłam
irracjonalnie zła na Ryana, że to nie on mnie uratował, że nie został moim
bohaterem, więc wściekła potuptałam w
kierunku drzwi.
-
Już dobrze - uspokajająco mruknął David, a ja energicznie minęłam go w drzwiach
i wtedy zobaczyłam Ryana idącego korytarzem w naszą stronę.
-
Gdzieś ty, do cholery, był tyle czasu?!
- głośno warknęłam na niego i usłyszałam zaskoczone wciągnięcie powietrza,
które doszło mnie od pleców, więc miałam pewność, że pochodziło od Davida.
Potem
mężczyzna roześmiał się!
David
się roześmiał, bo byłam zła!
No
wiecie państwo!
-
Kitty? - Ryan spytał zdziwionym tonem.
-
Czekałam tu i czekałam… - zrzędziłam na niego marudnie, wręcz płaczliwie - w
tym okropnym pokoju.
Nie
byłam sobą.
Nie
mogłam się opanować.
Kiedy
dołączyłam do mężczyzn w korytarzu, rzuciłam się do niego głową naprzód, żeby
wtulić się w jego twarde, bezpieczne ramiona, a Ryan dał mi to, po czym przycisnął
swoją twarz do boku mojej głowy.
Poczułam
się zdezorientowana, więc moja złość nagle wyparowała.
-
Jezu, kobieto! - Ryan jęknął mi we włosy - Ten alarm! David tu był… Coś ty
wymyśliła? Co to było? Myślałem, że zejdę na zawał.
Jego
ramiona zacisnęły się spazmatycznie wokół mnie i poczułam się źle z tym, że go
zdenerwowałam.
Nadal
wolałam być zła niż płaczliwa, więc cofnęłam się o krok i uderzyłam otwartą
dłonią w jego ramię.
Wychyliłam
górną część ciała do przodu, by krzyczeć mu prosto w twarz.
-
Tak się bałam! - zawołałam i
usłyszałam w moim głosie łzy.
O,
nie, musiałam przejąć nad tym
kontrolę.
Natychmiast
dostałam trochę tego, co potrzebowałam, by się uspokoić.
-
Czy ty wiesz, jak ja się bałem? - niskim
pomrukiem zapytał Ryan i ponownie przyciągnął mnie do siebie, w bezpieczną
przystań jego ramion, do domu, a ja
pomyślałam, że to było to.
Byliśmy
w gronie przyjaciół, a ja mogłam sobie pozwolić na zły humor, na narzekanie,
nawet trochę niesprawiedliwe i narazić się na kłótnię z Ryanem.
-
Zapewniam panią, że spieszyliśmy się, jak tylko mogliśmy - powiedział kolejny głos,
uniosłam głowę, wyjrzałam zza ciała Ryana i zobaczyłam mężczyznę, którego
znałam bardzo słabo, tylko z widzenia, ale wiedziałam, że pracował w FBI.
To
oni, moi niezwykli obrońcy, nawiązali jakiś kontakt ze służbami, czyli z
policją i FBI, i wreszcie zakończyli tę całą sprawę.
Sprawili,
że mogłam zacząć spokojnie żyć.
-
Kate… - zawołał David, więc spojrzałam na niego - może daj się zbadać i jedźcie
do domu - zasugerował.
-
No dobrze - mruknęłam, a później ponownie wpadłam w ramiona mojego mężczyzny,
który przytulił mnie i pocałował w czubek głowy, więc poczułam się całkiem bezpiecznie.
*****
Godzinę później…
Wyszliśmy
z Ryanem z pomieszczenia, w którym odpowiednim ludziom opowiedziałam wszystko,
co ustaliliśmy z Filipem przez ostatnie kilka dni.
Było
mi źle, bo przekonałam się, że to było tak, jakbym okłamała Ryana.
Mój
facet właśnie ze szczegółami dowiedział się, że uknułam z Filipem, Jeremy’m,
Davidem i Jimmym intrygę, dzięki której wymusiliśmy ruch tych złych, ale
naraziliśmy mnie na porwanie.
Dlatego
on o niczym nie dowiedział się wcześniej i został zaskoczony.
Stało
się tak, bo wiedziałam doskonale, że
Ryan nigdy w życiu nie pozwoliłby mi na takie ryzyko.
Przez
kilkanaście dni spotykałam się więc z mężczyznami w domu Evy i Jimmy’ego, w Słoneczniku pod nieobecność Abigail i
Jasmine lub w barach na kawę, by tam ustalać różne szczegóły.
Było
wiadomo, że tamci, którzy chcieli się na mnie zemścić za rozpracowanie ich
szajki, nie odpuszczą i dlatego namówiłam Davida i Jimmy’ego, bym mogła zagrać
rolę przynęty.
Jeremy’ego
nie musiałam do niczego namawiać, bo przyjaciel Ryana sam miał wiele szalonych
pomysłów i to on poddał nam pomysł wykorzystania mojej manii uciekania mu ze
sklepów, co przestałam robić kilka tygodni temu po mojej rozmowie z Ryanem.
Filip
z kolei namawiał mnie na przyznanie się do wszystkiego Ryanowi, bo twierdził,
że mój narzeczony wszystko zrozumie i, może niezbyt chętnie, ale w końcu włączy
się do pomocy.
Teraz
uznałam, że była to bardzo dobra rada i bardzo
żałowałam, że z niej od razu nie skorzystałam.
Było
jednak już za późno.
Wyszliśmy
z budynku, w którym spędziłam podobno kilka godzin, ramię w ramię z Ryanem, ale
nie zamieniliśmy ani słowa.
Zraniłam
go.
Czułam
się winna i nie wiedziałam, jak miałam przeprosić mojego mężczyznę, a on mi
tego nie ułatwiał, bo był zły i rozczarowany moim podstępem tak wizualnie, że
czułam, jakby te dwa uczucia z niego parowały.
W
milczeniu jechaliśmy Ranger’em Ryana w stronę domu jego rodziców, a kiedy w
milczeniu wysiadaliśmy, Ryan z tylnej kanapy wyciągnął moją torebkę i torbę z
zakupioną przeze mnie bielizną.
Nie
wiedziałam, skąd je miał, ale najwidoczniej oddano mu je, kiedy wychodziliśmy z
budynku, w którym mnie przetrzymywano.
Podał
mi je bez słowa i nie odpowiedział, kiedy wykrztusiłam w jego kierunku
zaskoczone Dziękuję.
Również
na mnie nie patrzył.
Weszliśmy
do mieszkania po schodach, Ryan przede mną, otworzył drzwi z klucza, weszliśmy
w tej samej kolejności, zamknął je za nami, zabezpieczył i poszedł do blatu
kuchennego, gdzie rzucił klucze.
Mój
narzeczony stanął tyłem do mnie przy wyspie kuchennej, nie odzywając się, ze
zwieszoną głową i rękoma opuszczonymi luźno wzdłuż ciała.
Obeszłam go, podeszłam do jego przodu i z
wahaniem objęłam jego tułów, oplatając go w pasie rękoma, by wcisnąć twarz w jego pierś.
Pozwolił
mi na to, a po krótkiej chwili, która mi się dłużyła niczym wieczność, objął
mnie ramionami, kładąc dłonie na moich łopatkach, a potem zaciskając je tak, że
przycisnął jedną dłonią moją głowę do swojej szyi, a drugą moje łopatki do
swojej piersi.
Ulżyło
mi, bo poczułam nadzieję, że mi wybaczy.
-
Przepraszam, kochanie - szepnęłam - Nie chciałam cię martwić.
-
Wiesz jak się poczułem, kiedy rozbrzmiał ten pieprzony alarm w mojej komórce? -
głuchym tonem zapytał retorycznie w moje włosy, a ja poczułam się jeszcze
gorzej.
Ryan
miał aplikację połączoną z moim przyciskiem paniki, a ja ją uruchomiłam, nie
zaważając na konsekwencje.
Więc
tak, Filip miał rację i powinnam była
mu powiedzieć.
Teraz
mój ukochany czuł wiedział już wszystko, bo przez godzinę wysłuchał całego
naszego układy, wszystkich elementów tej układanki, całego knucia intrygi,
dzięki której zwabiliśmy tamtych w pułapkę.
-
Nie zaufałaś mi - powiedział Ryan, prostując się.
O,
Jezus Maria, nie pomyślałam o tym w ten sposób.
Przekręciłam
i odchyliłam głowę w jego ramionach, kiedy się poluzowały i opadły, by widzieć
jego twarz.
Nie,
nie, nie mogłam dopuścić do tego, by ode
mnie odszedł.
Podniosłam
obie ręce, położyłam płaskie dłonie wnętrzem na jego klatce piersiowej, a potem
zacisnęłam palce na jego koszulce ze strachu, że się ode mnie odsunie.
-
Ry… - urwałam jego imię, a potem zaczęłam paplać przejęta tym, jak podle go
potraktowałam - Przepraszam. Ja nie
chciałam. Nie pomyślałam. Ufam ci.
Nie ufałam nigdy nikomu, ale ty jesteś… jesteś moim domem.
Ryan
spojrzał na mnie najpierw zaskoczony, a potem jego spojrzenie stało się coraz
bardziej łagodne i czułe.
Boleśnie
zassałam powietrze do płuc i, milcząco wstrzymując oddech, zapatrzyłam się w
jego piękne, szaro niebieskie oczy.
Czekałam
na werdykt.
-
Ryan? - zawołałam jego imię, kiedy nic nie mówił przez dłuższą chwilę.
-
Podoba mi się - mruknął.
Podniósł
ręce, objął moje ramiona i ponownie przyciągnął mnie do siebie.
-
Podoba mi się to, że tak o mnie myślisz… - wyjaśnił - i że tak do mnie mówisz. Że mi ufasz i że się przy
mnie dobrze czujesz.
Ulżyło
mi tak bardzo, że miałam ochotę zapłakać.
-
Kocham cię - powiedziałam wyjaśniająco i wzruszyłam ramionami.
Tak,
to było to.
Kochałam
go, więc czułam się z nim dobrze i był
moim domem.
To
Eva za którymś razem mi uświadomiła ten kolosalny fakt, przypominając mi cytat
„tam dom twój, gdzie serce twoje”.
Oto
byłam w domu, będąc w ramionach mojego narzeczonego, w ramionach mężczyzny,
którego kochałam.
Ale
Ryan miał inny pomysł na moje zadośćuczynienie.
-
Myślę, że powinnaś to odpokutować - powiedział, złapał mnie za rękę i pociągnął
w kierunku swojego salonu, a tam usiadł na kanapie, na przeciwko której
stanęłam.
Byłam
przestraszona i zdezorientowana, ale nie ogarnęła mnie panika.
Ryan
nie skrzywdziłby mnie.
Nigdy.
-
Zacznij od tego… - powiedział mój narzeczony tonem, który już rozpoznawałam -
że się rozbierzesz.
Zamrugałam
z zaskoczenia.
Kiedy
nie zrobiłam szybko i bez wahania tego, o co prosił, jak tego najwyraźniej
oczekiwał, dodał niskim, warczącym głosem, w którym nuta pożądania pobrzmiewała
jeszcze wyraźniej - Zdejmij wszystko. Teraz,
Kitty - popędził mnie.
Oblizałam
dolną wargę i głośno przełknęłam, bo niespodziewanie zaschło mi w gardle, a
potem szybko zrzuciłam z siebie sandałki, niestarannie zaczepiając palcami o
pięty i kopiąc nogami, a potem szarpnęłam w dół szorty razem z majtkami, a w
górę koszulkę i stanik.
Wszystko
byle jak odrzucałam od siebie.
Ryan
patrzył na to, nie odzywając się, ale później spojrzeniem powędrował do ubrań w
pośpiechu rozrzuconych przeze mnie po podłodze.
Wiedziałam,
co to znaczyło, bo poznałam go już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że mój
mężczyzna był porządnicki i lubił ład, bo dawało mu to kontrolę nad rzeczami i jego
życiem.
Dlatego
schyliłam się i zaczęłam składać ubrania, które przed chwilą z siebie zdjęłam,
ale niespodziewanie usłyszałam pomruk - Zostaw to.
Wypuściłam
z ręki koszulkę, którą właśnie podniosłam, powoli się wyprostowałam, odwróciłam
się przodem do kanapy i spojrzałam na Ryana.
Mój
narzeczony wciąż na niej siedział, ale teraz jego kolana były rozchylone, a
jego tyłek był na samym brzegu siedziska.
-
Podejdź tu i uklęknij - Ryan wydał mi rozkaz, który był zgodny z tym, czego
właśnie wtedy pragnęłam, ale nadal był dziwny, bo od niego nigdy nie słyszałam
żadnych rozkazów.
Prośby
tak, sugestie tak, ale nie rozkazy.
Przyszło
mi do głowy, że to było coś całkiem innego,
niż rozkazy i suche polecenia, jakie dostawałam, kiedy byłam w domu, bo
dotyczyło nas i było wydane tym niskim pomrukiem pełnym pożądania.
Nie
miałam zbyt dużego doświadczenia, ale wyglądało na to, że Ryan pożądał mnie.
I
to nie po raz pierwszy, a mnie się to bardzo
podobało.
Dlatego
podeszłam lekkim krokiem, a potem, kiedy Ryan wskazał rozkazującym gestem na
podłogę między jego nogami, wciąż patrząc w jego piękne szaro niebieskie oczy, opadłam
tam na kolana.
Już
bez rozkazu, ale czując rozkoszny uścisk w podbrzuszu, wyciągnęłam obie ręce,
by rozpiąć jego dżinsy.
Palce
mi lekko drżały z podniecenia, kiedy mi nie zakazał, bo to znaczyło, że
prawidłowo odczytałam jego reakcje i pragnienia.
Wreszcie
się tego nauczyłam!
A
potem jego sztywny penis wyskoczył z bokserek, które zsunęłam pod jądra mojego
faceta razem z jego spodniami i Ryan uniósł biodra, bym mogła zdjąć te części
jego garderoby z jego tyłka.
Zgięłam
palce i pociągnęłam wszystko przez uda i do kolan Ryana, a potem na łydki, ale
na tym musiałam skończyć.
Ryan
sam przesunął się tak, by zgarnąć to wszystko, co miał na kostkach i rzucić
gdzieś obok kanapy, czym mnie absolutnie zszokował,
bo zrobił to strasznie bałaganiarsko i niedbale.
Chyba
spieszył się tak samo bardzo, jak ja nie mogłam się tego doczekać.
-
Weź go do buzi - mruknął Ryan i podniósł penisa ze swojego brzucha, trzymając
go dwoma palcami u podstawy.
O
niczym innym bardziej nie marzyłam.
-
Tym razem nie liż go - poinstruował mnie tym samym niskim, dudniącym tonem -
weź go od razu głęboko do gardła.
I
wzięłam.
Otworzyłam
szeroko usta, wysunęłam język i pozwoliłam, żeby cała długość penisa przejechała
mi aż do tylnej ściany gardła.
Musiałam
zamknąć oczy, by się skupić.
Zakrztusiłam
się, ale postarałam się to wytrzymać, powstrzymać odruch wymiotny, wycofałam
penisa ze swoich ust, przełknęłam ślinę i ponowiłam atak.
Zrobiłam
tak trzy razy, zanim stwierdziłam, że nie dawałam rady zaspokoić wymagań mojego
kochanka i potrzebowałam pomocy.
Dlatego
właśnie wyciągnęłam ręce na boki i po omacku odnalazłam dłonie Ryana, które
leżały swobodnie na kanapie przy jego udach.
Spojrzałam
do góry, by zobaczyć, że patrzył na mnie z rozchylonymi ustami, więc nie było
aż tak źle, jak myślałam, ale chciałam, żeby było lepiej.
Złapałam
kciuki Ryana, podniosłam jego dłonie, nakierowałam je na swoje włosy po obu
stronach głowy, położyłam je tam, a potem przeniosłam swoje ręce na uda
mężczyzny.
Dał
mi te trochę kontroli.
Zrozumiał
moją sugestię.
Nie
pociągał mnie za włosy.
Nie
szarpał ani nie naciskał.
Nadal
kierował ruchami mojej głowy tak, że poczułam to, na co czekałam.
Ryan
zaspokajał się moim gardłem lub może bardziej - pieprzył swoim penisem moje
usta.
Poczułam,
jak podniecenie we mnie narastało, zbierając wilgoć między moimi nogami, kiedy
łzy zbierały się w moich oczach, wciąż wpatrzonych w podniecenie na twarzy mojego mężczyzny.
Ruchy
Ryana były rytmiczne i dość mocne, ale nie brutalne.
Dotarło
do mnie, że podniecało mnie zarówno oddanie mu kontroli, jak i jego podniecenie
i nie wiedziałam, co bardziej.
Nagle
Ryan stęknął - Kitty, ja zaraz… - i
zaczął się wysuwać z moich ust, ale delikatnie pokręciłam głową, by tego nie
robił, nie zrywając kontaktu wzrokowego między nami.
-
Jesteś pewna - mruknął Ryan, a ja kiwnęłam głową, wciąż mając usta wypełnione
penisem.
Byłam
pewna.
Chciałam tego!
Nie
przełykałam śliny, więc kapała mi po brodzie na piersi i brzuch, ale nawet to było podniecające.
Ryan
podjął swoje ruchy, a po krótkim czasie zgubił rytm, jak już wiedziałam, że
gubił tuż przed osiągnięciem spełnienia, po czym napiął biodra i poczułam w
ustach słonawy smak gęstej cieczy.
-
Uh - stęknął - Kitty - po czym odchylił głowę na oparcie kanapy i poluźnił
uchwyt na moich włosach.
Delikatnie
przeciągnęłam językiem dookoła penisa, wiedząc już, że po dojściu był wrażliwy
i nie chcąc spowodować mu bólu, a później wycofałam się.
Ryan
spojrzał na moją twarz, gwałtownie schylił się i zapał mnie pod pachami, by
przyciągnąć moje ciało do góry, na swoje ciało tak, bym usiadła na jego udach
okrakiem.
-
Kocham cię, Kociaku - powiedział, zanim mnie pocałował.
To
był kolejny nasz pierwszy raz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz