piątek, 5 stycznia 2024

13 - Jezu, kobieto! (Kate)

 

 Rozdział 13

Jezu, kobieto!

*****

Kate

Dwa tygodnie później…

- Tak - powiedziałam do telefonu, rozglądając się, by namierzyć Jeremy’ego, który zniknął mi gdzieś podczas robienia zakupów bieliźniarskich - Poproszę podjechać na parking przed głównym wejściem.

Zamawiałam Ubera.

Byliśmy w galerii handlowej i chyba nikt nie miałby za złe chłopakowi, że miał dość sterczenia przed sklepem, kiedy wybierałam nowy komplet bielizny.

Zwłaszcza że nie byłam jego dziewczyną, więc nie miał szans na pocieszenie się widokiem lub nadziejami na zdjęcie jej ze mnie w niedalekiej przyszłości.

Trzymając telefon przy uchu, słuchałam tego, ktokolwiek mówił coś do mnie przez niego lub nie mówił, a potem odparłam - Rozumiem, że zielony mustang, ale to hasło czy samochód?

Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale tak naprawdę nie było mi do śmiechu, bo właśnie między ludźmi w przejściu zauważyłam sylwetkę, która przypominała mi przyjaciela Ryana i rzuciłam się w stronę toalet, żeby się przed nim schować.

Znalazłam się w korytarzu, gdzie prawie nie było ludzi.

Wyłączyłam przy tym telefon, po czym schowałam go do torebki, nie rozglądając się nazbyt uważnie na boki i to był mój błąd.

Nie wyjęłam nawet dłoni z torebki, tak błyskawicznie to się zadziało.

Poczułam szarpnięcie, męskie ramię pociągnęło mnie w bok, do wyjścia awaryjnego z galerii handlowej i z zatkaną męską ręką buzią zostałam wywleczona na parking tak szybko, że nie zdążyłam nawet krzyknąć.

Zanim się ogarnęłam, zostałam wepchnięta do samochodu i chyba tylko jakimś cudem dałam radę ścisnąć małe urządzenie, które namacałam palcami w mojej torebce.

Wysunęłam z niej dłoń, pozwalając, by zatrzasnęła się na magnetyczny zamek, oparłam się ramieniem o oparcie tylnej kanapy, ześlizgnęłam się po nim i tylko cudem nie opadłam tam na twarz.

To nie tak miało być - pomyślałam z paniką, kiedy poczułam lekkie ukłucie w bok szyi - Nie tak…

Ogarnęła mnie ciemność i odleciałam.

*****

Ocknęłam się po jakimś, nieokreślonym dla mnie czasie, w nieznanym mi pomieszczeniu, kiedy gdzieś za ścianą lub może bardziej za drzwiami pomieszczenia, w którym byłam zamknięta, rozbrzmiewały krzyki i bieganina, ale byłam zbyt oszołomiona, by cokolwiek zrobić.

Poczułam, jak ponownie ogarniała mnie panika, bo nie mogłam się poruszyć, chociaż nie byłam skrępowana.

Po prostu moje mięśnie nie działały, a głowa pulsowała bólem tak wielkim, że miałam wrażenie, że po najmniejszym poruszeniu nią po prostu zwymiotuję.

Rozmawialiśmy o tej sytuacji, w jaką zostałam wciągnięta, naprawdę bardzo często zarówno z Ryanem, Jimmym, jak i Jeremym, Davidem i Filipem.

Zaangażowałam w to wielu ludzi.

Ale nie było tak, jak przewidywałam, że miało być, bo to miało być proste.

Leżałam na twardym materacu bez poduszki czy nawet koca i byłam ubrana ciągle w te same szorty i w tą samą koszulkę, w których byłam na wyprawie po sklepach, na którą udałam się tego ranka z Jeremym.

O, Jezus Maria - pomyślałam ze strachem - Jeremy!

Nie wierciłam się, a leżałam spokojnie, czekając aż wróci mi prawidłowe krążenie w kończynach, bo czułam, że były odrętwiałe i bardzo starałam się skupić, nie panikować.

Starałam się oddychać głęboko i powoli.

Bardzo chciałam się uspokoić, nie pozwolić oszołomić się strachowi, bo mogły mi być potrzebne wszelkie siły na walkę z tymi, którzy mnie porwali, uśpili i wywieźli Bóg wie gdzie.

Dlatego właśnie odpłynęłam w myślach do tego, jak bardzo zmieniło się moje życie, jak dobre się stało, odkąd poznałam Ryana i odkąd była w nim ciocia Eva i jej rodzina.

Miałam tutaj, w SLC, moją wymarzoną pracę, w której realizowałam się w wykonywaniu zadań, które mnie satysfakcjonowały i spotykałam wielu ludzi, którzy tą pracę doceniali.

Nie dalej jak przedwczoraj była w naszej klinice weterynaryjnej pewna kobieta, która koniecznie chciała, żebym to ja zajęła się jej psiakiem, bo mi zaufał, a ponieważ chodziło tylko o zbadanie go i zaszczepienie, więc obie z szefową przystałyśmy na taki warunek.

Nadal jednak nie miałam uprawnień i wciąż studiowałam, dlatego musiałam ograniczać się do rutynowych badań, oceny stanu zwierząt i szczepień wynikających z kalendarza.

Jednak przy tym uczyłam się tego, czego chciałam się uczyć, a nie tego, co ktoś uważał za dobre dla mnie teraz, czy też kiedyś w przyszłości.

Było więcej dobrego w moim życiu.

Mieszkałam z mężczyzną, który mnie doceniał i którego kochałam, a na dodatek mieszkałam z nim blisko jego rodziny, która przyjęła mnie jako jedną ze swoich i była cudowna.

Ryan był ideałem, o którym wcześniej mogłabym jedynie marzyć, żeby go poznać, a tym bardziej, żeby takiego mieć dla siebie.

Ufałam mu bezgranicznie, a przynajmniej tak sądziłam.

Nie myślałam wcześniej że byłam w stanie komukolwiek zaufać.

Jemu ufałam tak bardzo, że mogłam leżeć prawie bez strachu na tym niewygodnym łóżku, a na pewno nie panikując.

Potem pomyślałam o Evie i moich wizytach w jej domu.

Nie, pomyliłam się, to nie był jej dom, a ich dom, dom całej rodziny.

Nie zwiedzałam go całego, bo nie chciałam wkraczać w część prywatną, gdzie były sypialnie, chociaż Eva mnie tam zapraszała, ale nawet część dzienna była rodzinna.

Nie było sztywnego i formalnego salonu przeznaczonego do przyjmowania oficjalnych wizyt.

Nie było wymuskanej jadalni, w której odbywałyby się proszone obiady.

Nawet nie było wypielęgnowanego jak spod igły ogrodu, chociaż ogród cioci Evy był taki cioci Evy.

Salon i bawialnia zawsze nosiły ślady przebywania tam całej rodziny, głównie dzieci i przyjaciół tej rodziny, chociaż były zawsze wysprzątane.

Po prostu wszędzie leżały książeczki do kolorowania i kredki, czytanki, klocki, gry planszowe, a w bawialni na stoliku przed telewizorem również pady i Xbox’y do gier.

Na ścianach wisiały rodzinne zdjęcia i rysunki dzieci, z których każde, jak się przekonałam, miało swoją historię, którą Eva lubiła opowiadać i zrobiła to do mnie z łagodnym, ciepłym uśmiechem na twarzy, a nutą wzruszenia w głosie.

Wyczuwało się, że to kochała i akceptowała każde z dzieci takim, jakie było.

A dzieci była trójka.

Najstarszym był Matt, o którym dowiedziałam się, że biologicznie był wnukiem Jimmy’ego, ale po tym, jak porzuciła go rodzona matka, a córka Jimmy’ego, Eva i jej mąż go usynowili.

Matt był graczem piłki nożnej tu nazywanej soccer, która była naszą, europejską, piłką nożną, więc trochę dziwiłam się, skąd wzięło się jego zamiłowanie do niej i o to zapytałam Evę.

Okazało się, że Matt poznał tę grę przez Mike, mojego brata ciotecznego, który był powodem, dla którego Eva znalazła się w Stanach.

Michał dostał to pracę jako programista po wygranym konkursie na pracę licencjacką czy magisterską, skorzystał z tej szansy i przeprowadził się tu, więc Eva i Dorota trafiły tu razem z nim.

Drugą pod względem wieku była Maria, drobna dziewczyneczka o latynoskiej urodzie, którą podobno Jimmy uratował z pożaru, w którym zginęła ostatnia z żyjących krewnych dziewczynki, jej ciotka, a po którym Maria uważała go za Superbohatera.

Co przedstawiła na jednym z rysunków, który wisiał między innymi rysunkami na ścianie w ich bawialni, dzięki czemu poznałam całą historię.

Maria miała czternaście lat, zaczęła liceum i przygotowywała się na studia pielęgniarskie, a ja podziwiałam ja za wspaniałe, wyrozumiałe podejście do dzieci i spokój, jaki towarzyszył jej każdemu działaniu.

Najmłodszym z tego rodzeństwa, z tej posklejanej rodziny, był Davie, którego Eva urodziła niespodziewanie osiem lat temu, kiedy już myślała, że z powodu jej wieku nie może mieć więcej dzieci.

Chłopiec był niesamowicie podobny do Jimmy’ego, ale Matt też był, więc obaj uchodzili za synów Jimmy’ego, a emocjonalnie obaj byli też synami Evy.

Bardziej domyśliłam się, niż dowiedziałam wprost, że imię rodzonego syna Evy i Jimmy’ego wzięło się z tego, że najlepszym przyjacielem męża mojej cioci był David, bo obserwowałam ich obu oraz innych ludzi, którzy przewijali się często i gęsto przez dom państwa Spark.

Tak, moja ciocia Eva obecnie nazywała się Spark.

To był jeden z powodów, przez które nie mogłam odnaleźć jej w Stanach.

Obserwowałam ich życie rodzinne, to ciepło i zrozumienie, jakie sobie okazywali, sposób, w jaki rozmawiali ze sobą, jak uzgadniali różne kwestie, a nawet jak się kłócili i nie zazdrościłam im, ale żałowałam, że mnie to ominęło.

Tak, nawet kłótnie.

Moi rodzice uważali za coś wysoce niewłaściwego, by kłócić się przy kimkolwiek spoza rodziny, by kłócić się w ogóle w jakiejkolwiek sytuacji, ale bardziej chodziło o to, że nie kłócili się, bo ze sobą nie rozmawiali.

W moim przypadku - nie słuchali mojego zdania.

Nieważne.

Musiałam myśleć o czymś pozytywnym, by nie wariować ze strachu.

Wiedziałam to.

Westchnęłam i zmieniłam tok myśli.

Oczekiwanie na to, co miało nadejść, przedłużyło się bardziej, niż się tego spodziewałam i nagle poczułam się zła i niecierpliwa.

Moja złość wyparła z mojego umysłu strach.

Podniosłam się z leżenia na materacu, usiadłam na brzegu łóżka, moje nogi obute nadal w sportowe sandałki zwiesiłam na brudną, betonową posadzkę i rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym byłam.

Nie było tam żadnych mebli oprócz łóżka, na którym siedziałam i zwykłego, drewnianego krzesła.

Nie było w nim również okna, więc nie mogłam ocenić, która była godzina, a pozbawiono mnie torebki i telefonu.

To ostatnie trochę mnie martwiło i potęgowało moją skłonność do paniki, ale nadal mocno wierzyłam, że ci wszyscy mężczyźni, którzy mnie chronili, wiedzieli, co robili.

W tym samym momencie bieganina na korytarzu i krzyki wzmogły się, zbliżyły do drzwi, za którymi byłam, więc wstałam chwiejnie, porządnie już przerażona, a potem drzwi gwałtownie się otworzyły, huknęły o ścianę, a ja pisnęłam ze strachu i podskoczyłam w miejscu.

- Kate? - usłyszałam niski, dudniący głos Davida i odetchnęłam z ulgą.

- Tak - wypchnęłam z siebie, a potem poczułam narastającą we mnie złość.

Byłam irracjonalnie zła na Ryana, że to nie on mnie uratował, że nie został moim bohaterem, więc wściekła potuptałam w kierunku drzwi.

- Już dobrze - uspokajająco mruknął David, a ja energicznie minęłam go w drzwiach i wtedy zobaczyłam Ryana idącego korytarzem w naszą stronę.

- Gdzieś ty, do cholery, był tyle czasu?! - głośno warknęłam na niego i usłyszałam zaskoczone wciągnięcie powietrza, które doszło mnie od pleców, więc miałam pewność, że pochodziło od Davida.

Potem mężczyzna roześmiał się!

David się roześmiał, bo byłam zła!

No wiecie państwo!

- Kitty? - Ryan spytał zdziwionym tonem.

- Czekałam tu i czekałam… - zrzędziłam na niego marudnie, wręcz płaczliwie - w tym okropnym pokoju.

Nie byłam sobą.

Nie mogłam się opanować.

Kiedy dołączyłam do mężczyzn w korytarzu, rzuciłam się do niego głową naprzód, żeby wtulić się w jego twarde, bezpieczne ramiona, a Ryan dał mi to, po czym przycisnął swoją twarz do boku mojej głowy.

Poczułam się zdezorientowana, więc moja złość nagle wyparowała.

- Jezu, kobieto! - Ryan jęknął mi we włosy - Ten alarm! David tu był… Coś ty wymyśliła? Co to było? Myślałem, że zejdę na zawał.

Jego ramiona zacisnęły się spazmatycznie wokół mnie i poczułam się źle z tym, że go zdenerwowałam.

Nadal wolałam być zła niż płaczliwa, więc cofnęłam się o krok i uderzyłam otwartą dłonią w jego ramię.

Wychyliłam górną część ciała do przodu, by krzyczeć mu prosto w twarz.

- Tak się bałam! - zawołałam i usłyszałam w moim głosie łzy.

O, nie, musiałam przejąć nad tym kontrolę.

Natychmiast dostałam trochę tego, co potrzebowałam, by się uspokoić.

- Czy ty wiesz, jak ja się bałem? - niskim pomrukiem zapytał Ryan i ponownie przyciągnął mnie do siebie, w bezpieczną przystań jego ramion, do domu, a ja pomyślałam, że to było to.

Byliśmy w gronie przyjaciół, a ja mogłam sobie pozwolić na zły humor, na narzekanie, nawet trochę niesprawiedliwe i narazić się na kłótnię z Ryanem.

- Zapewniam panią, że spieszyliśmy się, jak tylko mogliśmy - powiedział kolejny głos, uniosłam głowę, wyjrzałam zza ciała Ryana i zobaczyłam mężczyznę, którego znałam bardzo słabo, tylko z widzenia, ale wiedziałam, że pracował w FBI.

To oni, moi niezwykli obrońcy, nawiązali jakiś kontakt ze służbami, czyli z policją i FBI, i wreszcie zakończyli tę całą sprawę.

Sprawili, że mogłam zacząć spokojnie żyć.

- Kate… - zawołał David, więc spojrzałam na niego - może daj się zbadać i jedźcie do domu - zasugerował.

- No dobrze - mruknęłam, a później ponownie wpadłam w ramiona mojego mężczyzny, który przytulił mnie i pocałował w czubek głowy, więc poczułam się całkiem bezpiecznie.

*****

Godzinę później…

Wyszliśmy z Ryanem z pomieszczenia, w którym odpowiednim ludziom opowiedziałam wszystko, co ustaliliśmy z Filipem przez ostatnie kilka dni.

Było mi źle, bo przekonałam się, że to było tak, jakbym okłamała Ryana.

Mój facet właśnie ze szczegółami dowiedział się, że uknułam z Filipem, Jeremy’m, Davidem i Jimmym intrygę, dzięki której wymusiliśmy ruch tych złych, ale naraziliśmy mnie na porwanie.

Dlatego on o niczym nie dowiedział się wcześniej i został zaskoczony.

Stało się tak, bo wiedziałam doskonale, że Ryan nigdy w życiu nie pozwoliłby mi na takie ryzyko.

Przez kilkanaście dni spotykałam się więc z mężczyznami w domu Evy i Jimmy’ego, w Słoneczniku pod nieobecność Abigail i Jasmine lub w barach na kawę, by tam ustalać różne szczegóły.

Było wiadomo, że tamci, którzy chcieli się na mnie zemścić za rozpracowanie ich szajki, nie odpuszczą i dlatego namówiłam Davida i Jimmy’ego, bym mogła zagrać rolę przynęty.

Jeremy’ego nie musiałam do niczego namawiać, bo przyjaciel Ryana sam miał wiele szalonych pomysłów i to on poddał nam pomysł wykorzystania mojej manii uciekania mu ze sklepów, co przestałam robić kilka tygodni temu po mojej rozmowie z Ryanem.

Filip z kolei namawiał mnie na przyznanie się do wszystkiego Ryanowi, bo twierdził, że mój narzeczony wszystko zrozumie i, może niezbyt chętnie, ale w końcu włączy się do pomocy.

Teraz uznałam, że była to bardzo dobra rada i bardzo żałowałam, że z niej od razu nie skorzystałam.

Było jednak już za późno.

Wyszliśmy z budynku, w którym spędziłam podobno kilka godzin, ramię w ramię z Ryanem, ale nie zamieniliśmy ani słowa.

Zraniłam go.

Czułam się winna i nie wiedziałam, jak miałam przeprosić mojego mężczyznę, a on mi tego nie ułatwiał, bo był zły i rozczarowany moim podstępem tak wizualnie, że czułam, jakby te dwa uczucia z niego parowały.

W milczeniu jechaliśmy Ranger’em Ryana w stronę domu jego rodziców, a kiedy w milczeniu wysiadaliśmy, Ryan z tylnej kanapy wyciągnął moją torebkę i torbę z zakupioną przeze mnie bielizną.

Nie wiedziałam, skąd je miał, ale najwidoczniej oddano mu je, kiedy wychodziliśmy z budynku, w którym mnie przetrzymywano.

Podał mi je bez słowa i nie odpowiedział, kiedy wykrztusiłam w jego kierunku zaskoczone Dziękuję.

Również na mnie nie patrzył.

Weszliśmy do mieszkania po schodach, Ryan przede mną, otworzył drzwi z klucza, weszliśmy w tej samej kolejności, zamknął je za nami, zabezpieczył i poszedł do blatu kuchennego, gdzie rzucił klucze.

Mój narzeczony stanął tyłem do mnie przy wyspie kuchennej, nie odzywając się, ze zwieszoną głową i rękoma opuszczonymi luźno wzdłuż ciała.

 Obeszłam go, podeszłam do jego przodu i z wahaniem objęłam jego tułów, oplatając go w pasie rękoma, by wcisnąć twarz  w jego pierś.

Pozwolił mi na to, a po krótkiej chwili, która mi się dłużyła niczym wieczność, objął mnie ramionami, kładąc dłonie na moich łopatkach, a potem zaciskając je tak, że przycisnął jedną dłonią moją głowę do swojej szyi, a drugą moje łopatki do swojej piersi.

Ulżyło mi, bo poczułam nadzieję, że mi wybaczy.

- Przepraszam, kochanie - szepnęłam - Nie chciałam cię martwić.

- Wiesz jak się poczułem, kiedy rozbrzmiał ten pieprzony alarm w mojej komórce? - głuchym tonem zapytał retorycznie w moje włosy, a ja poczułam się jeszcze gorzej.

Ryan miał aplikację połączoną z moim przyciskiem paniki, a ja ją uruchomiłam, nie zaważając na konsekwencje.

Więc tak, Filip miał rację i powinnam była mu powiedzieć.

Teraz mój ukochany czuł wiedział już wszystko, bo przez godzinę wysłuchał całego naszego układy, wszystkich elementów tej układanki, całego knucia intrygi, dzięki której zwabiliśmy tamtych w pułapkę.

- Nie zaufałaś mi - powiedział Ryan, prostując się.

O, Jezus Maria, nie pomyślałam o tym w ten sposób.

Przekręciłam i odchyliłam głowę w jego ramionach, kiedy się poluzowały i opadły, by widzieć jego twarz.

Nie, nie, nie mogłam dopuścić do tego, by ode mnie odszedł.

Podniosłam obie ręce, położyłam płaskie dłonie wnętrzem na jego klatce piersiowej, a potem zacisnęłam palce na jego koszulce ze strachu, że się ode mnie odsunie.

- Ry… - urwałam jego imię, a potem zaczęłam paplać przejęta tym, jak podle go potraktowałam - Przepraszam. Ja nie chciałam. Nie pomyślałam. Ufam ci. Nie ufałam nigdy nikomu, ale ty jesteś… jesteś moim domem.

Ryan spojrzał na mnie najpierw zaskoczony, a potem jego spojrzenie stało się coraz bardziej łagodne i czułe.

Boleśnie zassałam powietrze do płuc i, milcząco wstrzymując oddech, zapatrzyłam się w jego piękne, szaro niebieskie oczy.

Czekałam na werdykt.

- Ryan? - zawołałam jego imię, kiedy nic nie mówił przez dłuższą chwilę.

- Podoba mi się - mruknął.

Podniósł ręce, objął moje ramiona i ponownie przyciągnął mnie do siebie.

- Podoba mi się to, że tak o mnie myślisz… - wyjaśnił - i że tak  do mnie mówisz. Że mi ufasz i że się przy mnie dobrze czujesz.

Ulżyło mi tak bardzo, że miałam ochotę zapłakać.

- Kocham cię - powiedziałam wyjaśniająco i wzruszyłam ramionami.

Tak, to było to.

Kochałam go, więc czułam się z nim dobrze i był moim domem.

To Eva za którymś razem mi uświadomiła ten kolosalny fakt, przypominając mi cytat „tam dom twój, gdzie serce twoje”.

Oto byłam w domu, będąc w ramionach mojego narzeczonego, w ramionach mężczyzny, którego kochałam.

Ale Ryan miał inny pomysł na moje zadośćuczynienie.

- Myślę, że powinnaś to odpokutować - powiedział, złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku swojego salonu, a tam usiadł na kanapie, na przeciwko której stanęłam.

Byłam przestraszona i zdezorientowana, ale nie ogarnęła mnie panika.

Ryan nie skrzywdziłby mnie.

Nigdy.

- Zacznij od tego… - powiedział mój narzeczony tonem, który już rozpoznawałam - że się rozbierzesz.

Zamrugałam z zaskoczenia.

Kiedy nie zrobiłam szybko i bez wahania tego, o co prosił, jak tego najwyraźniej oczekiwał, dodał niskim, warczącym głosem, w którym nuta pożądania pobrzmiewała jeszcze wyraźniej - Zdejmij wszystko. Teraz, Kitty - popędził mnie.

Oblizałam dolną wargę i głośno przełknęłam, bo niespodziewanie zaschło mi w gardle, a potem szybko zrzuciłam z siebie sandałki, niestarannie zaczepiając palcami o pięty i kopiąc nogami, a potem szarpnęłam w dół szorty razem z majtkami, a w górę koszulkę i stanik.

Wszystko byle jak odrzucałam od siebie.

Ryan patrzył na to, nie odzywając się, ale później spojrzeniem powędrował do ubrań w pośpiechu rozrzuconych przeze mnie po podłodze.

Wiedziałam, co to znaczyło, bo poznałam go już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że mój mężczyzna był porządnicki i lubił ład, bo dawało mu to kontrolę nad rzeczami i jego życiem.

Dlatego schyliłam się i zaczęłam składać ubrania, które przed chwilą z siebie zdjęłam, ale niespodziewanie usłyszałam pomruk - Zostaw to.

Wypuściłam z ręki koszulkę, którą właśnie podniosłam, powoli się wyprostowałam, odwróciłam się przodem do kanapy i spojrzałam na Ryana.

Mój narzeczony wciąż na niej siedział, ale teraz jego kolana były rozchylone, a jego tyłek był na samym brzegu siedziska.

- Podejdź tu i uklęknij - Ryan wydał mi rozkaz, który był zgodny z tym, czego właśnie wtedy pragnęłam, ale nadal był dziwny, bo od niego nigdy nie słyszałam żadnych rozkazów.

Prośby tak, sugestie tak, ale nie rozkazy.

Przyszło mi do głowy, że to było coś całkiem innego, niż rozkazy i suche polecenia, jakie dostawałam, kiedy byłam w domu, bo dotyczyło nas i było wydane tym niskim pomrukiem pełnym pożądania.

Nie miałam zbyt dużego doświadczenia, ale wyglądało na to, że Ryan pożądał mnie.

I to nie po raz pierwszy, a mnie się to bardzo podobało.

Dlatego podeszłam lekkim krokiem, a potem, kiedy Ryan wskazał rozkazującym gestem na podłogę między jego nogami, wciąż patrząc w jego piękne szaro niebieskie oczy, opadłam tam na kolana.

Już bez rozkazu, ale czując rozkoszny uścisk w podbrzuszu, wyciągnęłam obie ręce, by rozpiąć jego dżinsy.

Palce mi lekko drżały z podniecenia, kiedy mi nie zakazał, bo to znaczyło, że prawidłowo odczytałam jego reakcje i pragnienia.

Wreszcie się tego nauczyłam!

A potem jego sztywny penis wyskoczył z bokserek, które zsunęłam pod jądra mojego faceta razem z jego spodniami i Ryan uniósł biodra, bym mogła zdjąć te części jego garderoby z jego tyłka.

Zgięłam palce i pociągnęłam wszystko przez uda i do kolan Ryana, a potem na łydki, ale na tym musiałam skończyć.

Ryan sam przesunął się tak, by zgarnąć to wszystko, co miał na kostkach i rzucić gdzieś obok kanapy, czym mnie absolutnie zszokował, bo zrobił to strasznie bałaganiarsko i niedbale.

Chyba spieszył się tak samo bardzo, jak ja nie mogłam się tego doczekać.

- Weź go do buzi - mruknął Ryan i podniósł penisa ze swojego brzucha, trzymając go dwoma palcami u podstawy.

O niczym innym bardziej nie marzyłam.

- Tym razem nie liż go - poinstruował mnie tym samym niskim, dudniącym tonem - weź go od razu głęboko do gardła.

I wzięłam.

Otworzyłam szeroko usta, wysunęłam język i pozwoliłam, żeby cała długość penisa przejechała mi aż do tylnej ściany gardła.

Musiałam zamknąć oczy, by się skupić.

Zakrztusiłam się, ale postarałam się to wytrzymać, powstrzymać odruch wymiotny, wycofałam penisa ze swoich ust, przełknęłam ślinę i ponowiłam atak.

Zrobiłam tak trzy razy, zanim stwierdziłam, że nie dawałam rady zaspokoić wymagań mojego kochanka i potrzebowałam pomocy.

Dlatego właśnie wyciągnęłam ręce na boki i po omacku odnalazłam dłonie Ryana, które leżały swobodnie na kanapie przy jego udach.

Spojrzałam do góry, by zobaczyć, że patrzył na mnie z rozchylonymi ustami, więc nie było aż tak źle, jak myślałam, ale chciałam, żeby było lepiej.

Złapałam kciuki Ryana, podniosłam jego dłonie, nakierowałam je na swoje włosy po obu stronach głowy, położyłam je tam, a potem przeniosłam swoje ręce na uda mężczyzny.

Dał mi te trochę kontroli.

Zrozumiał moją sugestię.

Nie pociągał mnie za włosy.

Nie szarpał ani nie naciskał.

Nadal kierował ruchami mojej głowy tak, że poczułam to, na co czekałam.

Ryan zaspokajał się moim gardłem lub może bardziej - pieprzył swoim penisem moje usta.

Poczułam, jak podniecenie we mnie narastało, zbierając wilgoć między moimi nogami, kiedy łzy zbierały się w moich oczach, wciąż wpatrzonych w podniecenie na twarzy mojego mężczyzny.

Ruchy Ryana były rytmiczne i dość mocne, ale nie brutalne.

Dotarło do mnie, że podniecało mnie zarówno oddanie mu kontroli, jak i jego podniecenie i  nie wiedziałam, co bardziej.

Nagle Ryan stęknął - Kitty, ja zaraz… - i zaczął się wysuwać z moich ust, ale delikatnie pokręciłam głową, by tego nie robił, nie zrywając kontaktu wzrokowego między nami.

- Jesteś pewna - mruknął Ryan, a ja kiwnęłam głową, wciąż mając usta wypełnione penisem.

Byłam pewna.

Chciałam tego!

Nie przełykałam śliny, więc kapała mi po brodzie na piersi i brzuch, ale nawet to było podniecające.

Ryan podjął swoje ruchy, a po krótkim czasie zgubił rytm, jak już wiedziałam, że gubił tuż przed osiągnięciem spełnienia, po czym napiął biodra i poczułam w ustach słonawy smak gęstej cieczy.

- Uh - stęknął - Kitty - po czym odchylił głowę na oparcie kanapy i poluźnił uchwyt na moich włosach.

Delikatnie przeciągnęłam językiem dookoła penisa, wiedząc już, że po dojściu był wrażliwy i nie chcąc spowodować mu bólu, a później wycofałam się.

Ryan spojrzał na moją twarz, gwałtownie schylił się i zapał mnie pod pachami, by przyciągnąć moje ciało do góry, na swoje ciało tak, bym usiadła na jego udach okrakiem.

- Kocham cię, Kociaku - powiedział, zanim mnie pocałował.

To był kolejny nasz pierwszy raz.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz